Tusk chce cenzury!

Date:

Rząd chce wprowadzić możliwość administracyjnej cenzury internetu. Większość rządząca przegłosowała ustawę wdrażającą DSA. Podmiotami odpowiedzialnymi za blokowanie nielegalnych treści będą rządowi urzędnicy – Przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej (polityczni nominaci). Cała nadzieja w prezydencie Nawrockim, który – miejmy nadzieję – ustawę zawetuje.  

Część zapisów ustawy nie budzi wątpliwości, jednak są w niej również regulacje niezwykle niebezpieczne, mocno uderzające w wolność słowa. Ustawa pod pretekstem bezpieczeństwa i walki z „mową nienawiści” wprowadza możliwość administracyjnej cenzury internetu. Na mocy nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i niektórych innych ustaw wspomniani rządowi urzędnicy mają bowiem otrzymać kompetencję do usuwania z internetu między innymi takich treści, które uznają za tzw. mowę nienawiści. Nic więc dziwnego, że media opozycyjne, w tym również i my, bijemy na alarm.

Działania rządu Donalda Tuska w obszarze regulacji internetu rodzą poważne pytania o rzeczywiste granice ingerencji państwa w wolność obywateli. Szczególnie niepokojące jest uzasadnianie kolejnych inicjatyw legislacyjnych koniecznością walki z dezinformacją, mową nienawiści i zagrożeniami w sieci, podczas gdy proponowane rozwiązania mogą przyznawać administracji nadmierną swobodę w decydowaniu o tym, jakie treści obywatele będą mogli publikować i odbierać. W państwie demokratycznym bezpieczeństwo nie może stać się uniwersalnym usprawiedliwieniem dla rozszerzania kontroli nad społeczeństwem. Tymczasem kierunek proponowanych zmian stwarza ryzyko, że pod hasłami ochrony obywateli zostaną wprowadzone mechanizmy osłabiające podstawowe gwarancje wolności słowa.

Szczególnie kontrowersyjny jest kontekst, w jakim rząd przedstawia potrzebę zaostrzenia kontroli nad internetem. Ostatnie tragiczne incydenty z udziałem młodzieży i towarzyszący im społeczny niepokój wymagają zdecydowanych działań, lecz nie uprawniają do automatycznego rozszerzania kompetencji państwa w zakresie cenzurowania publikowanych treści. Łączenie szkolnych tragedii z koniecznością przyjęcia nowych regulacji internetowych wymaga przedstawienia przekonujących dowodów na istnienie bezpośredniego związku między tymi zjawiskami a konkretnymi lukami prawnymi. Bez takiego uzasadnienia powstaje wrażenie, że autentyczny strach rodziców i nauczycieli staje się politycznym argumentem na rzecz rozwiązań, które w innych okolicznościach mogłyby spotkać się ze znacznie większym oporem społecznym.

Niepokój budzi zwłaszcza możliwość administracyjnego blokowania treści uznanych za nielegalne. Jeżeli urzędnicy otrzymują szerokie uprawnienia, a przesłanki ich stosowania są nieprecyzyjne, granica między zwalczaniem rzeczywistych zagrożeń a eliminowaniem niewygodnych wypowiedzi może stać się niebezpiecznie płynna. Kto będzie rozstrzygał, czy dana publikacja jest szkodliwą dezinformacją, uzasadnioną krytyką władzy, czy też opinią sprzeczną z dominującą interpretacją określonego problemu społecznego? Jakie zabezpieczenia zagwarantują, że decyzje nie będą podejmowane wybiórczo? I czy obywatel, którego wypowiedź zostanie usunięta, otrzyma realną możliwość obrony przed arbitralną decyzją administracyjną?

To nie są pytania drugorzędne, lecz fundamentalne kwestie ustrojowe. Władza, która uzyskuje możliwość decydowania o dopuszczalnych granicach debaty publicznej, otrzymuje narzędzie potencjalnie znacznie szersze niż instrument służący do zwalczania przestępczości. Wystarczy nieprecyzyjna definicja „dezinformacji”, „mowy nienawiści” czy treści „wprowadzających podziały”, aby powstało ryzyko ograniczania wypowiedzi, które są ostre, niepopularne lub politycznie niewygodne. Nie trzeba przy tym wprowadzać formalnego zakazu krytykowania rządu. Sama groźba usunięcia publikacji, postępowania prawnego czy sankcji może skłaniać obywateli do autocenzury. W ten sposób ograniczenie wolności słowa może następować stopniowo, bez otwartego zakwestionowania demokratycznych zasad.

Podobne zastrzeżenia dotyczą rządowych planów walki z dezinformacją oraz roli tak zwanych zaufanych sygnalistów. Weryfikowanie informacji może być społecznie potrzebne, jednak nie wolno utożsamiać eksperckiej oceny treści z niepodważalnym prawem do decydowania o ich obecności w przestrzeni publicznej. Organizacje zgłaszające publikacje powinny działać według przejrzystych zasad, ujawniać potencjalne konflikty interesów i uzasadniać swoje oceny. Nie można dopuścić do sytuacji, w której nieformalny lub słabo kontrolowany system zgłoszeń będzie skutecznie ograniczał widoczność poglądów konserwatywnych, krytyki polityki migracyjnej czy sprzeciwu wobec określonych rozwiązań światopoglądowych. Znany jest przypadek skrajnie lewicującej organizacji, która „żyła” z tego (czy nadal żyje to nie wiem, bo szkoda „nafty”, by śledzić poczynania wariatów), że zgłaszała do prokuratury – właściwie jak leci – wszystkie wydarzenia, które uznała za „faszystowskie”, „ksenofobiczne”, „rasistowskie” i każde inne – ważne, że organizowały je środowiska konserwatywne. Ale nie tylko…Wystarczyło, że jeden z popularnych kanałów zapowiedział, że przeprowadzi wywiad Januszem Walusiem (zabójcą Chris’a Hani’ego komunisty z RPA) – już pojawiło się ostrzeżenie, że wywiad (zresztą bardzo słaby) będzie bacznie przez ten ośrodek monitorowany. Szaleństwo w czystej postaci!

Ktoś może powiedzieć, że przesadzam. Nie! Przypomnijmy, że w lutym 2023 roku została zablokowana strona «Najwyższego Czasu!» (nczas.com). Do dziś nie wiadomo, dlaczego. NCZ założył sprawę przeciwko ABW w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w marcu 2023 roku. Wyrok w pierwszej instancji zapadł dopiero po… 22 miesiącach! Tomasz Sommer, redaktor naczelny „Najwyższego Czasu” podkreślił, że blokada była bezprawna i niczym nieuzasadniona, a jej rezultatem były znaczące straty finansowe. „Każdy miesiąc te straty zwiększa. Już nie mówiąc o tym, że zmusza nas do różnej tam takiej ekwilibrystyki, jak właśnie korzystanie z Fundacji Najwyższy Czas, jako metody ratowania nczas.com przed upadkiem – mówił red.  Sommer. Redaktor naczelny poinformował, że będzie się domagał odszkodowania 100 tysięcy złotych za każdy miesiąc blokowania portalu. „Do premiera Morawieckiego, który zgodził się na tę cenzurę też dojdziemy” – przekazał redaktor naczelny NCZ! I kto za to zapłaci?

Warto tutaj przywołać art. 54 Konstytucji, który stanowi, że „każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. Jak wiadomo słowo Konstytucja dobrze układa się na koszulce, a w codziennym życiu wisi w miejscu, gdzie królowie chadzają raczej sami.

Największym zagrożeniem pozostaje jednak możliwość utrwalenia mechanizmu, który będzie służył nie tylko obecnej władzy, ale również każdemu kolejnemu rządowi. Prawo ustanawiane dzisiaj przeciwko treściom uznawanym przez jedną większość za szkodliwe jutro może zostać wykorzystane przeciwko jej własnym zwolennikom. Z tego powodu sprzeciw wobec nieprecyzyjnych uprawnień cenzorskich nie jest wyłącznie postulatem jednej opcji politycznej. To kwestia ochrony demokratycznego systemu, w którym obywatele mają prawo kwestionować decyzje rządzących, ujawniać nadużycia i przedstawiać alternatywne poglądy bez obawy, że administracja arbitralnie usunie ich głos z przestrzeni publicznej.

Rząd Donalda Tuska powinien zatem odpowiedzieć nie na pytanie, jak skuteczniej kontrolować internet, lecz jak skuteczniej chronić obywateli bez naruszania ich podstawowych praw. Jeżeli proponowane regulacje nie gwarantują precyzyjnych kryteriów, niezależnej kontroli sądowej, przejrzystości decyzji i realnego prawa do odwołania, ich przyjęcie byłoby nieodpowiedzialnym eksperymentem na wolności obywatelskiej. Bezpieczeństwo nie może być kartą przetargową, za pomocą, której uzasadnia się kolejne ograniczenia praw jednostki. Warto postawić pytanie, dlaczego w tej sytuacji nie można wprowadzić tzw. trybu wyborczego, gdzie sądy mają 24 godziny na podjęcie decyzji czy jakiś portal ma być zamknięty czy nie?  Sądzę, że rządzący obawiają się, iż sądy (i tak już na bezdechu) zostaną – przepraszam za kolokwializm – zawalone sprawami. Tak być może, ale rządzący tworząc regulacje prawne nie mogą przerzucać ciężaru odpowiedzialności na barki obywateli! Jeżeli sądy nie dają rady, to stwórzcie (politycy) taki system, by dały radę! W przeciwnym wypadku będziemy skazani na powtórki z NCz.

Prezydencie nie podpisuj!!!

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Dość upokarzających protestów wobec Ukrainy! Pora na czyny!

Najwyższy czas stworzyć czarną listę osób, które w Polsce...

Karina Bosak za życiem!

Przyjęcie ustaw dotyczących aborcji stało się jednym z najważniejszych...

Paryż w Warszawie?

Premier Donald Tusk napisał w portalach społecznościowych, że "Polska...

Ostatni sondaż CBOS, czyli zamarznięte piekło i kołczan strzał!

Piekło zamarzło. Według ostatniego sondażu CBOS Nowa Lewica Włodzimierza...