Piekło zamarzło. Według ostatniego sondażu CBOS Nowa Lewica Włodzimierza Czarzastego za burtą. PSL też. No dobrze, może jeszcze nie zamarzło całkiem, bo sondaż to nie wybory, a do wyborów zostało trochę czasu. Ale jeżeli ostatnie trzydzieści kilka lat polskiej polityki przyzwyczaiło nas do myśli, że PSL jest niezatapialny a postkomunistyczna lewica wywodząca się z dawnego PZPR zawsze znajdzie dla siebie miejsce w Sejmie, to najnowsze badanie CBOS pokazuje, że wcale tak być nie musi.
TVN24 w nagłówku pisze: „Wzrosło poparcie dla KO i PiS. Obie Konfederacje tracą”, a o tym, że Nowa Lewica Czarzastego wypada z obiegu – nie wspomina. Ale to nie koniec. Wyniki tego samego badania podaje również Onet, tyle, że po tzw. imputacji, czyli statystycznym oszacowaniu preferencji osób niezdecydowanych i odmawiających odpowiedzi. Po tym zabiegu KO ma 32,8 proc., PiS 22,1 proc., Konfederacja 14,7 proc., KKP 11,6 proc., a Razem 5,4 proc.. Nowa Lewica ze swoim marszałkiem ‘polnym’ też nie wchodzi. I to jest najważniejsze: w obu wariantach Nowa Lewica i PSL zostają poza Sejmem. Nowa Lewica ma po imputacji (imputacji, a nie amputacji) 3,3 proc., PSL 3,2 proc.
No i tutaj historia zaczyna robić się naprawdę ciekawa. Krótko po ostatnich wyborach na jednym z portali, opublikowałem powyborczy felieton „Alibi dla PSL-u”. Pisałem wtedy, że PSL jest jedyną partią polityczną, która przetrwała wszystkie ustrojowe przemiany od czasów PRL-u. PZPR zniknęła, jej polityczni spadkobiercy zmieniali nazwy, szyldy i koalicje, Stronnictwo Demokratyczne odpłynęło w siną dal, a PSL ciągle było. I napisałem wtedy: „PSL trwa…! I już nie zniknie”.
No cóż. Nie myli się tylko ten, kto nic nie robi, czytaj: nie pisze. Bo najnowszy sondaż pokazuje, że obydwa ugrupowania mające polityczne korzenie w tzw. demokracji ludowej mogą znaleźć się poza parlamentem w demokracji bezprzymiotnikowej. Lewica Czarzastego – za burtą. PSL – za burtą. Sprawiedliwość dziejowa działa powoli, ale bywa konsekwentna. I być może po trzydziestu siedmiu latach wreszcie stanie się jej zadość. Oczywiście ktoś zaraz powie, że dzisiejszy PSL to nie ZSL, a dzisiejsza Nowa Lewica to nie PZPR. Formalnie będzie miał rację. Minęło trzydzieści siedem lat od zmiany ustroju, zmieniły się pokolenia, ludzie, programy i nazwy. Ale polityczna genealogia pozostaje. Tym bardziej, że Polska jest praktycznie jedynym z państw dawnego bloku wschodniego, w którym dekomunizacja nigdy nie została formalnie przeprowadzona.
I jeżeli wyborcy demokratycznie zdecydują, że obydwa te środowiska nie są im już w Sejmie potrzebne, to nie potrzeba już żadnych administracyjnych zakazów i żadnej politycznej kwarantanny. Do dalszego politycznego bytu najzwyczajniej zabraknie poparcia potrzebnego do przekroczenia pięcioprocentowego progu. Można powiedzieć, że będzie to naturalna dekomunizacja poprzez kartkę wyborczą. Taka jest demokracja. Taka jest rzeczywistość. A jak wiadomo – rzeczywistość jest nieubłagana.
No tak, ale jest w tym sondażu jeszcze jedna liczba, która zwraca uwagę. Rozwój Plus ma tylko 4 proc., czyli też za burtą. A kilka dni temu Mateusz Morawiecki zapowiedział samodzielny start. I tutaj trzeba postawić pytanie: czy Morawiecki nie widzi tego, co pokazuje najprostszy rachunek wyborczy?
Oczywiście, że widzi. Był premierem przez sześć lat, przeszedł kilka kampanii wyborczych, ma własne zaplecze analityczne i trudno podejrzewać go o to, że nie rozumie działania progu wyborczego oraz metody d’Hondta. Tyle tylko, że Morawiecki najwyraźniej liczy dziś nie tylko mandaty całego obozu prawicy. Liczy również własną przyszłą pozycję. Bo gdyby już dzisiaj zgodził się na wspólną listę z PiS, natychmiast pojawiłyby się pytania: kto układa listy? Ilu ludzi Morawieckiego dostanie miejsca biorące? Kto decyduje o programie? I wreszcie – kto po wyborach będzie liderem prawej strony? Odpowiedź byłaby oczywista: Jarosław Kaczyński i ludzie PiS. A Morawiecki nie chce wracać do PiS, jako petent. Nie chce – po sześciu latach bycia premierem rządu PiS – iść do Canossy i prosić o kilka dobrych miejsc dla swoich ludzi. Chce mieć własną partię, własne struktury, własnych posłów i własny mandat polityczny.
Jeżeli Rozwój Plus zdobędzie 7 czy 8 proc. i wprowadzi do Sejmu samodzielny klub, sytuacja zmieni się całkowicie. Morawiecki przestanie być byłym premierem skonfliktowanym z macierzystą partią, a stanie się liderem ugrupowania potrzebnego do zbudowania przyszłej większości. Wtedy to nie on będzie prosił PiS o miejsca na listach. To PiS będzie musiał przyjść do niego po mandaty potrzebne do stworzenia rządu.
I dlatego warto przypomnieć jego znamienne słowa, że ‘nie ma hegemona na polskiej prawicy’ i że prawica musi nauczyć się współpracować. To może być właśnie docelowy model Morawieckiego: nie jedno PiS dominujące nad całą prawą stroną, lecz kilka samodzielnych ugrupowań, które dopiero po wyborach siadają do stołu i budują większość. Politycznie – logiczne. Tylko, że jest pewien drobiazg. Najpierw trzeba wejść do Sejmu. Ordynacja wyborcza nie zna ambicji, żalów ani politycznych racji. Zna natomiast próg wyborczy. Cztery procent to w wyborach do Sejmu dokładnie zero mandatów!
W tym samym sondażu PiS ma 22,1 proc., co według naszej uproszczonej, ogólnopolskiej symulacji d’Hondta daje około 118 mandatów. Gdyby PiS i Rozwój Plus wystartowały razem i zachowała się prosta suma dzisiejszego poparcia czyli 26,1 proc., ich reprezentacja wyniosłaby około 133 mandatów. Piętnaście mandatów różnicy na plus. A przecież istnieje jeszcze coś, co politolodzy nazywają premią za jedność. Wyborca, który widzi dwie partie tego samego obozu idące osobno, zaczyna się zastanawiać, czy jego głos nie zostanie zmarnowany, to zniechęca. Kiedy natomiast widzi jedną silną listę, która ma realne szanse walczyć o władzę, zaczyna myśleć strategicznie i głosuje też strategicznie.
Jeżeli więc premia za jedność podniosłaby prostą sumę PiS i Rozwoju Plus z 26,1 do około 28 proc., w tej samej symulacji oznaczałoby to już około 140 mandatów. Oddzielny start to 118 mandatów PiS i Rozwój Plus pod progiem, wspólny start to 133 przy zwykłym zsumowaniu poparcia. Natomiast zakładając umiarkowana premię za jedność jest 140, czyli 22 mandaty więcej niż idąc osobno. To są liczby, obok których trudno przejść obojętnie.
Dlatego niedawna deklaracja Morawieckiego o samodzielnym starcie wcale nie musi być ostatnim słowem. Może być również elementem negocjacji. Jeżeli na kilka miesięcy przed wyborami Rozwój Plus będzie miał stabilne 7–8 proc., Morawiecki może pójść do wyborów sam. Będzie miał ku temu polityczne argumenty. I wtedy jego pozycja negocjacyjna będzie zupełnie inna niż gdyby już dzisiaj wrócił pod skrzydła PiS. Nie będzie to pozycja frakcji proszącej o miejsca, lecz pozycja owszem, niezbyt dużego ale odrębnego środowiska politycznego. Będzie mógł wtedy negocjować liczbę kandydatów, pozycję swoich ludzi, program, a być może również przyszły układ personalny po wyborach.
Tak więc deklaracje Rozwoju Plus o samodzielności mają swoją polityczną logikę. Ale jest to gra bardzo wysokiego ryzyka. Morawiecki nie optymalizuje dzisiaj wspólnej ilości mandatów PiS i Rozwoju Plus. Optymalizuje prawdopodobieństwo, że po wyborach stanie się graczem, bez którego nie da się zbudować większości. Jeżeli przekroczy próg – może wygrać bardzo dużo. Jeżeli zostanie na obecnych 4 proc. – może przegrać wszystko. Co więcej, wtedy może usłyszeć uprawniony zarzut: przez ciebie prawica straciła kilkanaście mandatów i możliwość przejęcia władzy. A cała piękna perspektywa naturalnej dekomunizacji – Nowej Lewicy i PSL poza Sejmem – może się okazać politycznie zmarnowana, dlatego, że dwa ugrupowania patriotycznej prawicy nie potrafiły porozumieć się przed wyborami.
Tak, wiem. Są ambicje. Są żale. Są rachunki krzywd. Są ludzie, którzy jeszcze niedawno siedzieli przy jednym stole a dzisiaj pewnie woleliby siedzieć przy różnych stołach i w różnych budynkach. Ale wyborców naprawdę niewiele obchodzi, kto komu nie podał ręki, kto kogo nie zaprosił na spotkanie i kto o kim źle się wypowiedział w telewizji. Jeżeli PiS i Rozwój Plus uznają, że ważniejsze od wyniku wyborów jest udowodnienie sobie, kto miał rację, mogą dostać od wyborców bardzo bolesną lekcję.
I tutaj przypomina mi się pewna opowieść, którą czytałem jeszcze jako dziecko w szkole podstawowej. Była to baśń o starym chińskim ojcu, który, leżąc na łożu śmierci, zawołał swoich synów. Wiedział, że ciągle się kłócą, więc zamiast wygłaszać im długą przemowę, wskazał na leżący obok kołczan pełen strzał i powiedział – spróbujcie go złamać. Synowie próbowali kolejno. Pierwszy, drugi, trzeci. Każdy był silny, każdy mocował się z pękiem strzał, ale żaden nie potrafił go przełamać.
Wtedy stary ojciec poprosił, żeby podali mu kołczan. Jestem stary i słaby – powiedział – a mimo to potrafię zrobić to, czego wy nie potrafiliście. Wyjął pierwszą strzałę i złamał ją bez wysiłku. Potem drugą. Trzecią. I kolejne aż do ostatniej. Po chwili wszystkie leżały połamane na podłodze.
Morał tej opowieści jest tak prosty, że aż banalny. Razem można wygrać. Osobno można przegrać, nawet, jeżeli każda ze stron jest przekonana o własnej sile. Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki nie muszą się lubić. Ale jeżeli uważają, że reprezentują tę samą patriotyczną część polskiej prawicy i chcą mieć realny wpływ na przyszły rząd, powinni odpowiedzieć sobie przed wyborami na jedno pytanie: czy chcą zebrać strzały obozu patriotycznego w jeden kołczan, czy też każdy zachować własne – i pozwolić przeciwnikom łamać je po kolei?
Wierzę w polityczną mądrość obydwu przywódców. I wierzę, że kiedy przyjdzie czas podejmowania ostatecznych decyzji, odpowiedzią będzie kołczan. Czyli wspólny blok i wspólna lista wyborcza.




