Wyszedłem z amfiteatru i ruszyłem dalej. Przede mną rozciągało się miasto, którego nie sposób obejrzeć w godzinę. Ani w dwie. Trzeba iść, skręcać, zatrzymywać się, znów ruszać. Trzeba pozwolić, żeby ta przestrzeń człowieka pochłonęła. To Hierapolis. Miasto zbudowane na wzgórzach, w miejscu, gdzie ziemia od wieków oddaje ludziom gorącą wodę. Woda była tu lekarstwem, nadzieją, obietnicą ulgi. Przyjeżdżali chorzy. Przyjeżdżali starzy. Przyjeżdżali ci, którzy chcieli jeszcze raz poczuć, że ciało może być źródłem życia, a nie tylko jego ciężarem.
Miasto powstało w II wieku przed naszą erą, za panowania króla Pergamonu Eumenesa II. Później przyszli Rzymianie. Rozbudowali je, nadali mu swój porządek i monumentalność. W roku 60 naszej ery ziemia zatrzęsła się z taką siłą, że Hierapolis legło w gruzach. Ale człowiek nie chciał zrezygnować z tego miejsca. Odbudował je. Jeszcze większe, jeszcze bardziej rzymskie.
Dziś idzie się po tym wszystkim jak po rozdziałach niedokończonej książki.
Kamienie. Kolumny. Fragmenty świątyń. Tu nagle wyłania się kawałek muru, tam między trawami leży porzucona kolumna, jakby ktoś odłożył ją na chwilę i miał po nią wrócić. Nie wrócił. Nie wrócił od stuleci.
Ruiny rozciągają się na olbrzymim terenie. Nie ma tu jednego punktu, w którym można stanąć i powiedzieć: oto całe miasto. Hierapolis nie daje się zamknąć w jednym spojrzeniu. Trzeba przemierzać jego przestrzeń, a ona ciągle się otwiera. Wydaje się, że wystarczy kopnąć nogą w ziemię, żeby natrafić na ślad dawnego świata.
Wychodzę na otwarty teren. Wokół wzgórza, trawa, krzewy. Wśród nich kamienie. Jedne małe, niepozorne. Inne wielkie, obrobione ręką rzemieślnika, który żył dwa tysiące lat temu i nie przypuszczał, że jego praca stanie się kiedyś częścią krajobrazu. Człowiek patrzy na te szczątki i próbuje wyobrazić sobie miasto w czasach jego świetności. Ulice pełne ludzi. Kupców, żołnierzy, kapłanów. Gwar rozmów, stukot kół, wołanie sprzedawców. Życie, które płynęło między kolumnami, zanim zostało przykryte ciszą.
Nad tym wszystkim dominuje amfiteatr. Właśnie z niego wyszedłem. Jego kamienne rzędy wspinają się po zboczu, jakby chciały objąć całe miasto. Można sobie wyobrazić widownię, tysiące ludzi, aktorów na scenie, głosy niosące się po kamieniu. Dziś nie ma już tłumu. Jest przestrzeń i wiatr. Jest człowiek, który przystaje, patrzy i próbuje usłyszeć to, co dawno ucichło.
A potem przychodzi zdziwienie. Bo oto, kilka kroków dalej, starożytne miasto ustępuje miejsca krajobrazowi tak niezwykłemu, że trudno uwierzyć, iż stworzyła go sama natura.
Pamukkale. Bawełniany zamek.
Woda wypływająca ze źródeł niesie ze sobą minerały. Przez tysiące lat osadzały się one na zboczach, tworząc białe tarasy, zastygłe kaskady i niewielkie niecki. To trawertyn. Nazwa brzmi zwyczajnie, niemal technicznie, ale sam widok nie ma w sobie nic zwyczajnego. Białe formacje wyglądają jak śnieg, który spłynął ze szczytów i zatrzymał się na zboczu. Jak lodowiec, który zastygł w połowie drogi. Jak rzeka, której ktoś nagle kazał skamienieć.
Woda płynie, kamień trwa. I tak od wieków.
Dopiero tutaj widać, dlaczego ludzie postanowili zbudować miasto właśnie w tym miejscu. Hierapolis nie było przypadkowym skupiskiem domów i świątyń. Było miastem zdrowia, wypoczynku i wiary. Woda miała leczyć ciało, świątynie pomagały szukać odpowiedzi na pytania, na które człowiek nie znał odpowiedzi. Życie i religia splatały się ze sobą. Nie było wyraźnej granicy między jednym a drugim.
Później pojawiło się chrześcijaństwo. Od IV wieku Hierapolis stało się ważnym ośrodkiem religijnym. Powstawały kościoły, rozwijał się kult świętego Filipa, jednego z apostołów Jezusa. Miasto, które wcześniej należało do świata greckiego i rzymskiego, weszło w nową epokę. Nie zniknęły jednak dawne kamienie. Pozostały świątynie, teatry, ulice i budowle, obok których wznoszono chrześcijańskie miejsca kultu. Kolejne cywilizacje nie zaczynały od zera. Żyły na tym, co pozostawili poprzednicy.
Spaceruję i myślę o Turcji. O tym, jak wiele jest tutaj śladów Grecji, Rzymu i Bizancjum. Jak wiele z tego, co nazywamy europejskim dziedzictwem, znajduje się właśnie na tej ziemi. Granice państw zmieniały się, imperia powstawały i upadały, religie zdobywały wiernych, a potem ustępowały miejsca innym. Kamienie pozostały.
Może właśnie dlatego to miejsce robi takie wrażenie. Nie tylko z powodu swojej wielkości, choć jest rozległe. Nie tylko z powodu amfiteatru, świątyń i białych tarasów. Najbardziej uderza świadomość, że wszystko to istniało obok siebie, w jednym krajobrazie: woda, miasto, bogowie, cesarze, a potem chrześcijańscy pielgrzymi.
Hierapolis i Pamukkale wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1988 roku. Ale żaden wpis nie oddaje tego, co dzieje się z człowiekiem, kiedy idzie przez tę przestrzeń. Trzeba przyjechać. Zarezerwować sobie trzy, może cztery godziny. Nie spieszyć się. Zobaczyć amfiteatr, zejść między ruiny, pozwolić, by białe tarasy przyciągały wzrok.
Kąpiel w termalnych wodach zostawiam sobie na później. Na razie idę dalej.
W trawie leży następny kamień. Ktoś kiedyś nadał mu kształt, przeznaczył go do jakiejś budowli, postawił w określonym miejscu. Potem przyszło trzęsienie ziemi, przyszły kolejne stulecia. Kamień upadł i został.
A człowiek wciąż idzie. Patrzy. Próbuje zrozumieć.
I odkrywa, że pod stopami ma nie tylko ruiny dawnego miasta. Ma całą historię świata, który nie przestaje istnieć, nawet kiedy wydaje się, że dawno już zniknął.
Galerię zdjęć można zobaczyć tutaj: https://www.facebook.com/photo?fbid=29167772559527004&set=pcb.29167822329522027




