Historia lubi płatać figle tym, którzy zbyt łatwo ogłaszają jej przełomy. Człowiek współczesny, zapatrzony w kalendarz i nagłówki gazet, chętnie widzi w każdym wydarzeniu znak epoki. Oto ma się dokonać rzecz niemal niezwykła: po ponad pięciuset latach na czele brytyjskiego rządu stanie katolik. Zdanie to brzmi podniośle, niemal jak zapowiedź zwrotu w dziejach Brytanii. Lecz historia, ta surowa nauczycielka, zazwyczaj radzi, aby przed biciem w dzwony sprawdzić, czy rzeczywiście nadchodzi święto.
Katolicyzm w Anglii i szerzej w Wielkiej Brytanii nie był przez wieki jedynie wyznaniem. Był także symbolem politycznej podejrzliwości, pamięcią o konflikcie korony z Rzymem, o reformacji Henryka VIII, o krwawych sporach religijnych i o lęku przed tym, że wiara może oznaczać obcą lojalność. Maria Tudor próbowała odwrócić bieg dziejów, lecz dzieje nie zwykły cofać się na rozkaz monarchów. Od tamtej pory katolik na najwyższym stanowisku państwowym był na Wyspach raczej wyjątkiem…
Ale oto nadchodzi Andy Burnham. Człowiek, który wspomina o swym katolickim wychowaniu, o służbie ministranta, o wpływie Kościoła na jego wrażliwość społeczną. Wszystko to brzmi znajomo i szlachetnie. Kościół, który przez wieki budował szkoły, szpitale i dzieła miłosierdzia, pozostawił przecież ślad głęboki także w życiu ludzi, którzy później zaczęli się z niektórymi jego naukami spierać.
I właśnie tutaj zaczyna się problem. Czy o katolicyzmie polityka decyduje metryka chrztu, wspomnienie rodzinnego domu i kilka zdań wypowiedzianych podczas wywiadu? Czy może jednak istnieje jakaś granica, po przekroczeniu której religijna nazwa staje się jedynie elementem biografii, a nie rzeczywistym zobowiązaniem?
Burnham sam dostarcza materiału do podobnych pytań. Mówi o sobie jako o katoliku popierającym prawa osób LGBT i jako feministycznym chrześcijaninie. W wielu sprawach obyczajowych zajmował stanowiska sprzeczne z oficjalnym nauczaniem Kościoła. Nie jest to zresztą przypadek odosobniony. Współczesny świat zachodni stworzył nowy typ polityka: człowieka, który chce zachować religijną tożsamość jako część własnej historii, ale jednocześnie nie zamierza przyjmować wszystkich wynikających z niej konsekwencji.
To zjawisko nie powinno dziwić. Polityka zawsze miała talent do zapożyczania języka moralności. Władcy przywdziewali szaty obrońców wiary, republiki głosiły cnotę, a partie deklarowały troskę o lud. Niekiedy za tymi słowami kryła się autentyczna troska, innym razem były one tylko dekoracją. Historia uczy, że nie należy sądzić ludzi wyłącznie po hasłach, ale również po czynach.
Warto przy tym wspomnieć przypadek Joe Bidena, który przez lata przedstawiał siebie jako człowieka głęboko związanego z katolicyzmem. Jego publiczne uczestnictwo w praktykach religijnych było dla wielu wyborców ważnym elementem wizerunku. Jednocześnie jego stanowiska w kwestiach takich jak aborcja czy małżeństwa osób tej samej płci wielokrotnie wywoływały spory z częścią środowisk katolickich, które uważały je za sprzeczne z nauczaniem Kościoła. Dla jednych był przykładem katolika kierującego się sumieniem i własną interpretacją wiary, dla innych – symbolem rozdźwięku między deklaracją a działaniem, jakże odległym od zasad wiary, której mienił się wyznawcą.
Nie trzeba jednak od razu sięgać po wielkie słowa o zdradzie, hipokryzji czy wojnie religijnej. Historia jest bardziej skomplikowana niż publicystyczne wyroki. Człowiek może być przywiązany do tradycji religijnej, a jednocześnie odrzucać część jej norm. Może czerpać inspirację z Kościoła, nie będąc posłusznym każdemu jego nakazowi. Pytanie nie brzmi więc tylko: „czy Burnham jest katolikiem?”, ale raczej: „jaką treść nadaje temu słowu?”.
Bo słowa mają swoją wagę. „Katolik”, podobnie jak „demokrata”, „konserwatysta” czy „socjalista”, nie jest jedynie etykietą przyklejaną do marynarki przed wyborami. Każda wielka tradycja wymaga pewnej wierności, inaczej pozostaje jedynie wspomnieniem z dzieciństwa. Dlatego zapowiedź pierwszego od pięciuset lat katolickiego premiera Wielkiej Brytanii należy przyjąć spokojnie. Nie dlatego, że jest nieważna, ale dlatego, że historia widziała już zbyt wiele uroczystych wejść, po których następowały zwyczajne rozczarowania. Sam fakt przynależności do Kościoła nie czyni jeszcze polityka obrońcą jego zasad.
Największym błędem jest myślenie, że dzieje rozstrzygają się w chwili nominacji. Dzieje są bezlitosne dla pozorów. Ostatecznie nie zapisują w księgach tego, kto jaką nosił nazwę, lecz pytają, co uczynił z powierzonym mu czasem. I być może właśnie to jest najstarsza lekcja historii: nie tytuł świadczy o człowieku, lecz próba, której zostaje poddany.
Polska również zna ten rodzaj politycznego teatru, w którym religijny symbol pojawia się wtedy, gdy jest potrzebny do budowania określonego obrazu własnej osoby, a znika, gdy staje się niewygodnym zobowiązaniem. Mieliśmy przecież polityków, którzy chętnie fotografowali się w domowym zaciszu przy rodzinnym ołtarzyku, ukazując więź z tradycją i religijnym dziedzictwem, by później w publicznym sporze ogłaszać, że przed księżmi klękać nie będą.
Nie chodzi tu o obowiązek polityka do bezkrytycznego podporządkowania się każdemu przedstawicielowi Kościoła. Demokracja wymaga prawa do sporu, także z instytucjami religijnymi. Lecz jest pewna różnica między dojrzałym rozdzieleniem wiary od polityki a traktowaniem religijnego znaku jak dekoracji używanej zależnie od okoliczności.
Historia zna wiele takich przypadków. Krzyże wieszane na sztandarach, modlitwy odmawiane przed kamerami i uroczyste deklaracje wiary bywają czasem bardziej świadectwem politycznej kalkulacji niż duchowego przekonania. A przecież religia, podobnie jak historia i tradycja narodowa, źle znosi rolę rekwizytu. Człowiek, który przywołuje ją w chwilach korzystnych, musi liczyć się z pytaniem, czy gotów jest przyjąć również jej wymagania.
Bo największym niebezpieczeństwem dla wiary nie zawsze jest otwarty przeciwnik. Czasem większą szkodę wyrządza ten, kto czyni z niej element wizerunku, a potem odkłada ją na półkę niczym zużyty polityczny atrybut.
Panie Premierze, jako katolik życzę Panu nie tyle politycznych triumfów, ile odwagi sumienia. Historia zapamięta nie fakt, że nosił Pan miano katolika, lecz to, czy potrafił Pan dochować wierności temu, co ono oznacza. Bo polityczne kadencje przemijają, lecz świadectwo życia pozostaje – zarówno w pamięci ludzi, jak i przed sądem Historii, a dla człowieka wierzącego także przed sądem ostatecznym.




