Świeca zgasła, został tylko dym. Kompromitacja Amnesty International!

Date:

Amnesty International raport chrześcijanie – te cztery słowa w ostatnich dniach wywołały ogromne emocje. Organizacja, która przez dekady była symbolem obrony praw człowieka, opublikowała dokument stawiający organizacje chrześcijańskie w gronie zagrożeń dla tych praw!

Były czasy, gdy świeca Amnesty International naprawdę dawała światło. Oświetlała mroczne cele dyktatur, wydobywała z zapomnienia więźniów sumienia, przypominała światu, że człowiek ma niezbywalną godność niezależnie od tego, czy siedzi w sowieckim łagrze, chilijskim więzieniu czy afrykańskiej katowni. Amnesty była marką, której nie trzeba było reklamować. Sama nazwa była gwarancją, że ktoś stanie po stronie słabszego.

Dziś coraz częściej można odnieść wrażenie, że świeca nadal płonie, ale już nie po to, by rozpraszać ciemność. Raczej po to, by wskazywać nowych heretyków. Tym razem heretykami okazali się… chrześcijanie. Raport opublikowany przez Amnesty International uznał za zagrożenie dla praw człowieka katolickie media, organizacje lekarskie, środowiska bioetyczne, wspólnoty chrześcijańskie, przeciwników aborcji, krytyków ideologii gender, a nawet ośrodek pomagający kobietom będącym ofiarami przemocy seksualnej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że jedynym wspólnym mianownikiem tej osobliwej listy nie było łamanie praw człowieka, lecz odwaga myślenia inaczej niż nakazuje współczesny katechizm politycznej poprawności.

Warto zatrzymać się nad samą definicją. Organizacje te miały rzekomo „podważać prawa człowieka”. Naprawdę? Czy obrona życia jest zamachem na prawa człowieka? Czy przekonanie, że płeć nie jest kwestią deklaracji, lecz biologii, jest nawoływaniem do nienawiści? Czy katolicka gazeta staje się zagrożeniem tylko dlatego, że publikuje poglądy niezgodne z oczekiwaniami aktywistów? Jeżeli tak wygląda dziś rozumienie praw człowieka, to najwyraźniej ktoś po drodze zamienił deklarację praw na instrukcję ideologicznej poprawności.

Po dwóch dniach raport zniknął. Amnesty przeprosiła. Winne miały być „niewystarczające procedury wewnętrzne”. To brzmi mniej więcej tak, jakby producent samochodów tłumaczył odpadnięcie kół „drobnymi niedociągnięciami w kontroli jakości”. Problem nie polega bowiem na tym, że dokument opublikowano. Problem polega na tym, że ktoś go napisał, ktoś zaakceptował, ktoś uznał za rozsądne postawienie znaku równości między chrześcijańskimi organizacjami a zagrożeniem dla praw człowieka. Takich dokumentów nie tworzy przypadek. One są produktem określonego sposobu myślenia. Sposobu, w którym tradycyjne chrześcijaństwo przestaje być jednym z filarów zachodniej cywilizacji, a staje się przeszkodą do usunięcia. Nie przez zakazy i prześladowania – to byłoby zbyt prymitywne. Dziś robi się to znacznie subtelniej. Wystarczy przykleić etykietę: „zagrożenie dla praw człowieka”. Resztę wykona medialny mechanizm, „cyngle” czekające, aż zostaną spuszczone ze smyczy.

Paradoks polega na tym, że Amnesty przez dziesięciolecia walczyła właśnie z takim sposobem myślenia. Broniła ludzi prześladowanych za przekonania. Dziś sama zdaje się uznawać, że niektóre przekonania są po prostu niedopuszczalne. O ile oczywiście są to przekonania chrześcijańskie lub konserwatywne.

Szkoda samej Amnesty International. Bo naprawdę była kiedyś organizacją wielką. Miała moralny autorytet, którego nie kupuje się za granty ani za medialne kampanie. Wypracowali go ludzie gotowi ryzykować wiele w obronie prześladowanych. Dziś ten kapitał jest roztrwaniany z zadziwiającą lekkością. To nie jest pierwszy taki przypadek. Zachód ma już doświadczenie z instytucjami, które z biegiem czasu zaczęły bardziej przypominać polityczne komitety niż strażników wartości. Podobną drogę przeszła Nagroda Nobla. Kiedyś jej przyznanie oznaczało niemal powszechny szacunek. Dzisiaj coraz częściej zamiast uznania wywołuje dyskusję o politycznych sympatiach komitetu. Autorytet nie umiera z hukiem. Umiera po kawałku. Każdą kolejną decyzją, która sprawia, że ludzie zaczynają pytać: „Naprawdę?”.

Amnesty najwyraźniej weszła na tę samą drogę. Drogę, na której uniwersalne prawa człowieka ustępują miejsca selektywnie stosowanym „wartościom”, a bezstronność przegrywa z ideologicznym aktywizmem. Jeśli organizacja uznaje za problem nie tych, którzy ograniczają wolność słowa, lecz tych, którzy z tej wolności korzystają, to znaczy, że zgubiła własny kompas. Można oczywiście wycofać raport. Można przeprosić. Można zapowiedzieć nowe procedury. Nie da się jednak równie łatwo wycofać pytania, które pozostanie.

Kiedy Amnesty International przestała być organizacją broniącą praw człowieka, a zaczęła decydować, którzy ludzie na te prawa jeszcze zasługują? I chyba właśnie to jest w całej tej historii najsmutniejsze. Nie sam raport. Nie kompromitująca wpadka. Nawet nie przeprosiny. Najsmutniejsze jest to, że kolejna instytucja, która miała być ponad politycznymi podziałami, pozwoliła się wciągnąć w ideologiczną wojnę. A kiedy strażnik przestaje pilnować zasad i sam staje się uczestnikiem sporu, przegrywają wszyscy. Także ci, których miał chronić.

Konrad Dziecielski
Konrad Dziecielski
k.dziecielski@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Złom, którego nikt nie chciał… a jednak walczył! Cena niewdzięczności!

Polska oddała Ukrainie „wojskowy złom”? Gdy ważyły się losy Kijowa, liczyły się sekundy, a nie fabryczna folia. Prof. Szeremietiew brutalnie rozlicza medialne mity i ujawnia, jak było naprawdę.

„Krzyk, którego nie udało się zagłuszyć”. Gdynia oddała głos ofiarom Wołynia!

Trójmiasto oddało hołd ofiarom Krwawej Niedzieli. Pierwszy Marsz Wołyński w Gdyni przyniósł wstrząsające relacje świadków i głośne żądanie prawdy oraz ekshumacji. „Wołyń wciąż woła o pamięć”.

Między Moskwą a Kijowem. Polska nie musi wybierać historycznego kłamstwa!

Stosunki polsko-ukraińskie są napięte do granic możliwości. A jednak...

Od partnera do bankomatu. Najdroższa naiwność Europy? Polska polityka wobec Ukrainy.

Oddajemy rakiety, a podziękowania płyną do Berlina. Polska polityka zagraniczna wciąż wierzy w romantyczne gesty, podczas gdy inni twardo negocjują. Kiedy wreszcie zaczniemy wymagać?