Koalicja chętnych, wyraziła poparcie dla działań Donalda Trumpa na rzecz pokoju na Ukrainie. Kto tam decyduje: Niemcy, Francja, Włochy, Kanada i Wielka Brytania. Polski brak! Jest to kolejne spotkanie w sprawie pokoju na Ukrainie bez udziału przedstawiciela Polski. Czy premier Tusk siorbie przy stole, może smarka w rękaw, a może pozbawiony jest umiejętności posługiwania się nożem i widelcem (łyżką posługiwać się potrafi, bo na własne przepiękne oczęta widziałem, jak z pasją wcina żurek)? Nasz premier ma prawo nie umić (dobrze napisane) posługiwać się widelcem, bo jak głosi legenda zestawię stołową uniósł ze sobą – uciekając z Wawelu – król Henryk Walezy, który polskim władcą być nie chciał. Wróćmy jednak do czasów nam współczesnych.
Jak pamiętamy, chociaż zapewne nie wszyscy chcą, premier Tusk w swoim exposé powiedział jasno i wyraźnie do gamoniów po prawej stronie sejmowej mównicy, że „w Unii to nikt go nie ogra”. Jaką unię pan premier miał na myśli: Union Internationale de Cyclisme, Union Gas czy może Unię Spółdzielnię Handlową w Polsce? Kto teraz wykaże się brawurą, będzie miał tyle cywilnej odwagi, by zapytać pana premiera, co właściwie miał na myśli mówiąc, że „nikt go nie ogra”? Ale najciekawsze jest to, że nikt — absolutnie nikt — nie zadał fundamentalnego pytania, które powinno paść od razu po tym oświadczeniu: skoro nikt go w Unii nie ogra, to czy w ogóle zamierza grać w jakąś grę? A skoro odważnych nie widzę, to sam zbiorę się na śmiałość i zapytuję: Panie premierze, z kim pan tam właściwie gra i o co? Bo – przynajmniej niektórzy z nas – ważnym jest, czy mamy pana dopingować, czy raczej trzymać się z daleka od stołu, na którym żetony dawno przestały należeć do graczy, a spoczęły w kieszeni krupiera, który w wolnych chwilach lubi sobie pojodłować.
Z drugiej strony, to może i nawet dobrze, że nas w tej koalicji chętnych nie ma! Jak nas tam nie ma, to decyzje zapadające w tym gronie nas nie obowiązują! Prawda panie premierze, że nie obowiązują!? Żeby później nie było, że oni konsumują, a po naszej stronie jest opłata za rachunek. Zanim premier po raz kolejny zapewni nas, że nikt go nie ogra, wypadałoby ustalić, czy przypadkiem nie dał się już poprosić o numer karty kredytowej. Bo najgorsza gra to ta, w której nie wiemy, czy jesteśmy graczami, czy sponsorami tytularnymi. Może więc warto zapytać głośno: panie premierze, skoro nas tam nie ma, to czy możemy liczyć, że tym razem naprawdę nie przyjdzie do nas nikt z terminalem? Czy znów okaże się, że „nieobowiązujące” decyzje są obowiązujące, ale akurat dla nas – tak z rozpędu, z przyzwyczajenia, z europejskiego dobrego tonu, z dobrego serca? Bo jeśli ktoś ma zapłacić za kolację, dobrze byłoby przynajmniej wiedzieć, co było w menu.
O menu naszego premiera informuję kanclerz Mertz. Ponoć informuje go na bieżąco i z całą skrupulatnością. Także jesteśmy na bieżąco. A skoro jesteśmy na bieżąco, to nasz premier może zająć się sprawami ważnymi, a nawet arcyważnymi. Na „tapecie” egzotyczny, ale jakże ważny wyjazd do Angoli. Panie premierze, w Angoli warto zobaczyć powalające wodospady Calandula i Pedras Negras de Pungo Andongo. Miłego wypoczynku! Zresztą zauważyłem, że nasz premier wczuł się w klimat wysiadając z samolotu w… stroju grzybiarza. Tylko gospodarz jakiś taki sztywniak: kompania honorowa, czerwony dywan, garnitur, krawat. W głowach najwyraźniej się poprzewracało tym Afroafrykanom!
Pytam zwolennika Donalda, jak mu tam z tą świadomością, że naszego premiera nie doprosili do pańskiego stołu. „Myślałem, że mają (niby KO) większe cojones” – odparł krótko i zwięźle. Szczerze zdzwiony jestem, bo ja tam nigdy żadnych cojones nie widziałem! Może – co najwyżej – jakieś przereklamowane wielkanocne wydmuszki. Teraz nie ma rady – poparcie dla naszego premiera musi gwałtownie poszybować w kosmos!




