Właśnie mijają 44 lata od wprowadzenia stanu wojennego. Czym był stan wojenny? Z punktu widzenia komunistycznej władzy była to, w krótkoterminowej perspektywie udana, operacja spacyfikowania polskiego społeczeństwa i utrzymania nad nim kontroli przez kolejne osiem lat. Trzeba tu dodać, że zmianą było zastąpienie partyjnych bonzów towarzyszami w mundurach, co jednak istoty tej niewydolnej, niesprawiedliwej, nieefektywnej i pasożytniczej władzy nie zmieniło.
W perspektywie dłuższej komuniści ponieśli klęskę, i nie chodzi tu o oddanie władzy (podzielenie się) w 1989 roku. Stalinowski projekt tzw. Polski ludowej, zapoczątkowany w 1944 roku, po dwóch pieredyszkach, najpierw towarzysza „Wiesława” (socjalizm z ludzką twarzą) w 1956, potem towarzysza Edwarda (druga Polska) w 1971, utracił w latach 80-tych zdolność poruszania i przyciągania młodych ludzi. On tak naprawdę skończył się 13 grudnia 1981 roku. Siłą inercji i działań represyjnych reżym jeszcze trwał, ale gnił. Nie był w stanie wyprowadzić gospodarki z kryzysu, a społeczeństwa z apatii. Jego atrakcyjność przeminęła, ideowców zastąpili pragmatycy i karierowicze, dla których przystąpienie do PZPR było wyborem sytuacyjnym.
Świetlana przyszłość – jak zawsze i wszędzie gdzie komuniści próbowali ją realizować – nie ziściła się i wielu rozczarowanych towarzyszy przestało wierzyć w jej nadejście. Niektórzy w swoim rozgoryczeniu nawet zwrócili partyjne legitymacje po wprowadzeniu stanu wojennego. Nas jednak nie interesują emocjonalne dylematy właścicieli prylu (za Herbertem), czy ich oddolnych popleczników, ale odczucia zwykłych ludzi, którym przyszło w nim żyć.
Milcząca większość, zmuszona do wegetacji w państwie „czerwonej burżuazji” lat 70-tych, nienawidziła komunizmu za jego szarzyznę, syf i beznadzieję, za wszechobecne kłamstwo i upodlenie, za brak wolności i godności. Wybór Karola Wojtyły na papieża, jego pierwsza pielgrzymka do Kraju i pamiętne słowa:
„o Duchu, który miał zstąpić i odnowić oblicze tej ziemi”
sprawiły, że ta większość się policzyła, uświadomiła sobie swoją siłę i się zorganizowała. I jak radził Kuroń, zamiast palić komitety założyła własne.
Powstanie Solidarności po sierpniowych strajkach w 1980 roku było niezwykłym fenomenem. Po 35 latach prania mózgów, mozolnego urabiania, ulepiania nowego sowieckiego człowieka, przez szkołę, organizacje młodzieżowe, telewizję i inne media, przez socjalistyczną popkulturę, przez możliwość ułatwionego awansu społecznego jaki oferowała Partia, okazało się że wolnościowe ciągoty Polaków są silniejsze. Choć do PZPR należało na przełomie lat 70/80-tych 3 miliony ludzi (na 35 milionów zamieszkujących PRL), to do Solidarności wstąpiło ponad 10 milionów, w tym wielu członków Partii.
Dość szybko się okazało, że Solidarność jest nie tylko niezależnym i samorządnym związkiem zawodowym, ale i szerokim ruchem społecznym o republikańskim, wolnościowym, narodowym i chrześcijańskim charakterze. Pamiętam ten ogromny potencjał nadziei na lepszą Polskę, na lepsze życie jaki wygenerowała Solidarność i jej sukcesy: podwyżki płac, wolne soboty, msza niedzielna w radio, Tygodnik Solidarność, niezależne harcerstwo, niezależne organizacje rolnicze i studenckie, odkłamanie niektórych „białych plam” w historii, nawet powstanie Solidarności funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Pamiętam też wzajemną życzliwość, pomoc i współdziałanie ludzi, poczucie jedności i solidarności, jakie udało się zbudować. Czasy te nazwano potem 16-miesięcznym karnawałem Solidarności.
Ale, chociaż Solidarność nie kontestowała ustroju ani zależności od ZSRS, sowieckie kierownictwo uznało ją za „kontrrewolucję”, a lokalny partyjny establishment za zagrożenie dla dominującej pozycji i przywilejów. Dlatego, gdy jedną ręką Partia podpisywała porozumienia kończące sierpniowe strajki ’80 roku, drugą rozpoczęła przygotowania do „usmierienia polskowo matieża”. Po rozmowach Jaruzelskiego z Breżniewem okazało się, że polscy towarzysze nie otrzymają bratniej pomocy i z kontrrewolucją będą się musieli rozprawić własnymi rękami.
Pod względem logistycznym i psychologicznym stan wojenny był majstersztykiem peerelowskich służb. Przygotowania udało się utrzymać w tajemnicy, w ciągu kilku dni zatrzymano i internowano pięć tysięcy działaczy, sparaliżowano łączność, przejęto lub zamknięto media i rozpoczęto wielką goebbelsowską operację wbijania w głowy przekazu o wielkim dobrodziejstwie jakim był zamach Jaruzelskiego (nielegalny nawet w świetle ówczesnego prawa). Czynnego oporu, poza paroma miejscami (kopalnie „Wujek” i „Manifest lipcowy”), w zasadzie nie było. Akcja 13 XII ’81 była nokautem i sparaliżowaniem Solidarności, a dla narodu przetrąceniem skrzydeł.
Z towarzysza Jaruzelskiego zrobiono wzorzec odpowiedzialnego patrioty, który zapobiegł anarchii, brakom w zaopatrzeniu w podstawowe artykuły, potencjalnemu terrorowi wymierzonemu w działaczy PZPR, a nawet – półgębkiem dawano do zrozumienia – wejściu sowietów i „bratnich wojsk” z NRD i Czechosłowacji. Duża część społeczeństwa w to uwierzyła i nawet dziś wielu Polaków widzi w towarzyszu „Wolskim” zbawcę narodu, a nie sowieckiego oficera w polskim mundurze.
Jak dziś ocenić stan wojenny? To przede wszystkim tragedia jaką była śmierć ponad setki ofiar zastrzelonych w manifestacjach, zakatowanych na posterunkach, skrytobójczo zamordowanych. Lista ofiar mogła być jednak większa, gdyby władza, której nie obeschła na rękach krew 50 tysięcy ofiar z czasów stalinowskich, zdecydowała się na brutalniejsze rozwiązania.
Z Polski uciekło, wyjechało, zostało wypchniętych ponad milion ludzi, którym komunizm odebrał perspektywy i nadzieje. Wielu działaczy Solidarności zostało złamanych, wielu zwerbowanych jako tajni współpracownicy, a niektórzy zalegendowani jako niezłomni bojownicy, którzy – zaproszeni przez generała Kiszczaka do okrągłego stołu – sfraternizowali się z komunistami i cynicznie okantowali naiwne społeczeństwo. Zmarnowaliśmy osiem lat, a co gorsza owocem zgniłego kompromisu zawartego w 1989 roku jest III Rzeczpospolita, która dla pamiętających czasy komuny jest PRL-em. Zwłaszcza w wydaniu aktualnej władzy.
„Akcja 13 grudnia była przetrąceniem skrzydeł narodu.”




