Werble premiera, cisza w Sztabie. Polski teatr polityczny w cieniu nadciągającej inwazji.

Date:

Przed wojną – tą drugą i światową – pułkownicy natrzaskaliby panu Sławomirowi Mentzenowi po pysku i tyle. A dzisiaj tylko oburzenie, że honor pierwszego żołnierza Rzeczpospolitej został niemiłosiernie zszargany, ale z tego wzburzenia niewiele wynika. Oburzył się nawet polityczny kolega pana Mentzena – marszałek Krzysztof Bosak, który poczuł się w obowiązku stanąć w obronie gen. Kukuły, który gdzieś zapewne szlocha po kątach. Zacznijmy zatem od początku…

Poszło o te słowa: „Problem jest taki, że nasi wojskowi również nie bardzo sprawdzają się w tej roli. Mówię na przykład o panu Wiesławie Kukule, który w tym momencie od strony wojskowych odpowiada za nasze wojsko. Ten człowiek jest nienormalny, w sensie on nie ma kompetencji, żeby być kapralem, on nigdy niczym tak naprawdę nie dowodził” – mówił Sławomir Mentzen, polityk Konfederacji. Poseł stwierdził, że gen. Kukuła mówił choćby o możliwości strzelania rakietami do „dronów ze sklejki”. „Szef MON również uważa, że strzelanie rakietą za 100 mln zł do drona ze sklejki jest świetnym pomysłem. Wspaniale! Zamiast gadać głupoty, pokażcie, że jesteśmy gotowi do obrony. Zróbcie próbną mobilizację chociaż jednej brygady. Albo zbudujcie chociaż jedną fabrykę amunicji. Pokażcie, że potraficie cokolwiek, poza wydawaniem naszych ciężko zarobionych pieniędzy na bardzo drogi amerykański sprzęt, który może przyjedzie do nas za kilka lat, żeby zostać zniszczonym przez rój dronów” – stwierdził lider Konfederacji.

Panu wicepremierowi z ZSL i gen. Kukule nie pozostaje nic innego jak ogłosić pokazową mobilizację brygady i udowodnić p. Mentzenowi, że mija się z prawdą – jak Andrzej Bachleda-Curuś bramki w slalomie gigancie. Zastanówmy się jednak jaką rolę odgrywa obecnie Szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i czy przypadkiem – albo i nie – posłusznie trzyma ręce „po szwach” odgrywając swoją rolę w teatrze kukiełek zarządzanym przez (właściwie) wszystkie siły polityczne w Polsce?

Otóż kilka dni temu premier Tusk oświadczył, że Rosja zaatakuje Polskę nie w perspektywie lat, a kilku najbliższych miesięcy. Jest to informacja iście alarmująca! Skąd premier może czerpać takie informacje? Wiadomo, że nie z „Gazety Wyborczej” czy nawet dobrze poinformowanego TVN-u. Takie informacje musiał mu przekazać nasz wywiad cywilny lub wojskowy. Chociaż istnieje jeszcze inna możliwość (bardziej niepokojąca), że nasze służby specjalne nic nie wiedzą, a premier otrzymał informacje od państw obcych, chyba z nami zaprzyjaźnionych. I teraz mamy do czynienia z taką oto sytuacją: weszliśmy w posiadanie (właściwie to wszedł premier) wiadomości o kluczowym dla polskiego bezpieczeństwa znaczeniu – nasza państwowość jest realnie zagrożona! ZA KILKA MIESIĘCY NA POLSKĘ RUSZY ROSYJSKA NAWAŁA. I co się dzieje, bo chyba bronić się jednak zamierzamy? Co prawda nie widzę żadnych przygotowań do obrony, ale ja może mam słaby wzrok. Wyrażam również gotowość do odkręcania tabliczek z nazwami ulic – dla zmylenia napastników! Tylko nie wiem czy już?

I tutaj mam właśnie pytanie do pana generała Kukuły „Co się właściwie dzieje?” Bo historia roku 1939 uczy nas, że mobilizacja ogłoszona zbyt późno skutkuje tym, że armia nie jest w pełni rozwinięta, a nie będąc rozwiniętą – nie była w stanie skutecznie stawić czoła agresorowi, co skończyło się spektakularną klęską Polski. Podkreślam i zwracam uwagę na mój słaby wzrok, bo może mobilizacja jest już ogłoszona, tylko ja czegoś nie widzę. Może też i słuch nie ten, gdyż też nic w tym temacie nie słyszę. Ale jeżeli nic się nie dzieje, to znaczy, że premier naszego rządu robi z pierwszego żołnierza RP człowieka (przepraszam za określenie) ograniczonego na umyśle. Bo po informacji, że grozi nam inwazja gen. Kukuła powinien niezwłocznie zameldować się u pana premiera i (jak rozumiem) cała maszyna powinna zostać puszczona w ruch…

Dlatego też nie ma co się obrażać na p. Mentzena, a należy rozliczać polityków i wojskowych z czynów i słów. Bo dziwnie to spokojna kraina, nad którą wisi rosyjski topór, a za wschodnią granicą premier słyszy wojenne werble. W historii naszej bywały już okresy osobliwego rozdwojenia jaźni państwowej. Oficjalne komunikaty pełne były alarmu, lecz codzienność płynęła swoim spokojnym rytmem, jakby nadchodzące niebezpieczeństwo miało grzecznie zapowiedzieć się na granicy i poczekać, aż my tu sobie ustalimy czym będziemy strzelać do dronów ze sklejki. Słowa wypowiedziane z wysokości państwowego urzędu mają swoją wagę i powinny postawić Sztab Generalny WP w pozycji „na baczność”. I tutaj właśnie rodzi się pytanie najbardziej niepokojące: czy mamy do czynienia z realnym ostrzeżeniem, czy jedynie z politycznym teatrem? Bo jedno i drugie jest groźne. Jeśli zagrożenie jest prawdziwe, to beztroska naszej armii graniczy z nieodpowiedzialnością. I za ten stan rzeczy odpowiada nie kto inny, jak gen. Kukuła. Jeżeli zaś zagrożenie zostało wyolbrzymione dla doraźnych celów politycznych, to władza sama podkopuje wiarygodność państwa. A naród, który przestaje wierzyć własnemu rządowi, staje się bezbronny nawet przed słabszym przeciwnikiem.

Michel de Montaigne, francuski filozof pisał, że „nikt nie jest wolny od mówienia bredni”, ale niektórzy bardziej. Historia Polski zdaje się niestety dostarczać wielu przypisów do tej uwagi. Bo największe katastrofy nie brały się zwykle z braku odwagi żołnierza, lecz z lekkomyślności ludzi stojących u steru władzy, w tym również władzy wojskowej. Odwaga bowiem rodzi się często spontanicznie. Rozsądek — niemal nigdy. Dlatego słowa premiera, jak i reakcja na te słowa powinna zostać przeanalizowana, a wnioski podane do publicznej wiadomości. Bo państwo poważne różni się od państwa sezonowego właśnie tym, że potrafi ważyć słowa wypowiadane przez własnych przywódców. Pan Mentzen jedynie bije w bęben, do czego ma prawo jako obywatel i polityk. A państwo ma obowiązek na te pytania i wątpliwości odpowiedzieć! Państwo dojrzałe nie boi się kontroli opinii publicznej, lecz traktuje ją jako element własnej siły. Historia wielokrotnie pokazywała, że największe klęski rodziły się nie z nadmiaru pytań, ale z nadmiaru pewności siebie ludzi władzy. A naród, któremu odmawia się prawa do zadawania pytań, wcześniej czy później zaczyna wątpić nie tylko w polityków, lecz w samo państwo.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Flota, której nie ma – problem, który jest! Gdzie znika polska bandera?

Statki polskich armatorów pływają pod obcymi banderami. Polska flota handlowa znika, a państwo traci kontrolę nad łańcuchami dostaw. To wynik lat braku strategii morskiej i cicha kapitulacja.

Poczobut: Nienegocjowalna miara człowieczeństwa kontra „plastelinowa” historia

Andrzej Poczobut swoim przemówieniem burzy misterną narrację o „wyzwoleniu”. Przypomina o wartościach nienegocjowalnych: honorze i wierności, stając się wyjątkowo niewygodnym świadkiem historii.

Między alarmem a ciszą. Sztorm na horyzoncie czy tylko polityczna mgła nad trzęsawiskiem?

Gdy kapitan ogłasza wojnę za kilka miesięcy, załoga spodziewa się rozkazów, a nie politycznej flauty. Czy premier Tusk naprawdę widzi sztorm na horyzoncie, czy jedynie bawi się lękiem pokoleń?

Berlin w ruinie, Waszyngton w grze – gdzie zgubiła się Polska?

Amerykański gambit uwalnia Poczobuta, podczas gdy Berlin tonie w gospodarczym chaosie. Czy Tusk poświęci polski interes narodowy na ołtarzu upadającej Rzeszy? Czas przestać patrzeć na Niemcy z lękiem.