W „nasz kraj” znowu odkryto grupę społeczną, która — jak się okazuje — cierpi bardziej niż wszyscy inni. Nie są to górnicy po zamknięciu kopalń. Nie pielęgniarki pracujące po 250 godzin miesięcznie. Nie kierowcy tirów śpiący na parkingach pod Paryżem. Nawet nie nauczyciele, którym kolejne rządy obiecują gruszki na wierzbie. Nie. Tym razem dramat rozgrywa się w duszy artysty.
Ministerstwo Kultury, pod czułym okiem minister Cinkowskiej (z życzliwym wsparciem Donalda Tuska), postanowiło bowiem, że społeczeństwo powinno dopłacać do emerytur ludzi sztuki. Bo artysta jest biedny. Artysta jest niezrozumiany. Artysta ma misję. A kiedy kończy 65 lat, państwo powinno podejść, pogłaskać go po ramieniu, przytulić i wyszeptać: „spokojnie, obywatelu performansu, pan już nic nie musi”. My (czyli wszyscy obywatele) weźmiemy to na klatę!
I oczywiście wszystko odbywa się pod hasłem troski o kulturę. Bo przecież bez dopłat upadnie polska sztuka. Kraj pogrąży się w ciemnocie i zabobonie, a ludzie zaczną słuchać disco polo bez ironicznego dystansu.
Tylko że jest pewien drobiazg. Za tę „troskę” zapłaci człowiek, który codziennie rano wstaje o szóstej, jedzie do roboty i przez czterdzieści lat płaci składki. Czyli pan Mirek od hydrauliki. Pani Ania z księgowości. Kierowca autobusu z Gdyni. Oni wszyscy mają teraz dorzucać się do emerytury celebryty, który przez ostatnie dwie dekady utrzymywał, że „system go wyklucza”, siedząc jednocześnie na panelach sponsorowanych przez miejskie instytucje kultury.
I tu dochodzimy do sedna tej całej groteski.
Bo kto właściwie będzie tym „artystą”? To pytanie jest dziś równie filozoficzne jak ustalenie płci według progresywnego uniwersytetu. Kiedyś sprawa była prostsza. Artysta malował obrazy, pisał książki albo komponował muzykę. Dziś wystarczy wrzucić do galerii film, na którym człowiek przez osiem godzin (czyli pełny etat) siedzi w wannie lub obiera worek ziemniaków. Potem przychodzi krytyk z grantem i ogłasza, że jest to „dekonstrukcja patriarchalnej narracji warzywnej”. „Nareszcie coś niewymyślanego! Tak, proste! Surowe! Szczerość wypowiedzi! Prawda!” – że pozwolę sobie przypomnieć cytat ze słynnego filmu „Nie lubię poniedziałku”. Ale tam chociaż robotnicy z PGR-u Sulęcice byli zadowoleni, bo pozyskali treblinki do kombajnu, których na rynku zwyczajnie brakowało.
Najzabawniejsze jest jednak co innego. Ci sami ludzie, którzy jeszcze nie tak dawno kpili z „państwa opiekuńczego”, z 500+, z rodzin wypoczywających nad polskim morzem, nagle odkryli uroki opiekuńczej ręki państwa, kiedy przyszło finansować własne zaplecze polityczne. Wolny rynek jest wspaniały — o ile dotyczy piekarza, mechanika albo właściciela budki z lodami. Ale artysta? O nie! Artysta nie może być oceniany przez rynek. Artysta potrzebuje wsparcia. Dotacji. Stypendium. Emerytury specjalnej. Najlepiej jeszcze dopłaty do ekologicznego latte. No, żesz ty… (tutaj sam się ocenzurowałem wiedząc z góry, że szanowna Korekta tego nie przepuści) Nóż sam się w kieszeni otwiera! To już nawet nie jest hipokryzja. To jest osobny nurt współczesnej polityki, którą roboczo należy nazwać pełzającą, brunatną Tuskozą.
Premier Tusk doskonale rozumie logikę tego układu. Władza zawsze lubi mieć przy sobie ludzi znanych z telewizji, sceny i internetu. Celebryta jest dziś tym, czym kiedyś był nadworny poeta. Ma recytować właściwe kwestie, podpisywać odpowiednie listy i wzruszać się tam, gdzie trzeba. A jeśli przy okazji dostanie gwarancję spokojnej starości — tym lepiej. Dwór musi przecież jakoś funkcjonować.
Oczywiście wszystko zostanie opakowane w piękne słowa o „ochronie dziedzictwa kulturowego”. Problem polega na tym, że przeciętny obywatel coraz częściej patrzy na to dziedzictwo i widzi faceta przebranego za babę, który w miejscu publicznym zachowuje się jak ja po dwóch butelkach wina. Tylko, że mnie zgarnie policja i odwiezie do izby wytrzeźwień.
Najuczciwiej byłoby więc rozszerzyć cały program na inne grupy społeczne. Dopłaty dla piłkarzy okręgówki — przecież ich talent również nie został doceniony. Emerytury dla garażowych rockmanów, którym „rynek nie dał szansy”. Wsparcie dla poetów publikujących na Facebooku i dla wujka Staszka, który po trzech piwach śpiewa Niemena lepiej niż połowa finalistów telewizyjnych talent show. Dlaczego oni mają być gorsi?
A może po prostu przyjąć zasadę, że każdy odpowiada za własne życie zawodowe. Jeśli ktoś wybiera drogę artystyczną — świetnie. Wolny kraj. Ale ryzyko jest częścią tej decyzji. Tak samo jak ryzykuje przedsiębiorca, restaurator czy właściciel małego sklepu. Nikt przecież nie proponuje specjalnych emerytur dla bankrutujących kioskarzy z prowincji. Chociaż, umówmy się, ich wkład w życie społeczne bywa znacznie większy niż kolejna instalacja pseudoartysty.
„Ja się zastanawiam, dlaczego kasjerka w Lidlu jest bardziej uprzywilejowana i zarabia więcej na kasie niż ja po 15 latach pracy intelektualnej” — żali się publicznie pan Jaś (mniejsza o nazwisko).
I rzeczywiście. Trudno pojąć tę niesprawiedliwość społeczną. Oto kobieta wstaje codziennie o piątej rano, przez osiem godzin skanuje towary, użera się z klientami, odpowiada za kasę, terminowość, błędy i inwentaryzację — a potem wraca do domu bez jednego wywiadu o swojej „wrażliwości”.
Tymczasem człowiek, który od nastu lat produkuje grafomańskie manifesty o kapitalizmie, patriarchacie i traumie późnego kebaba, jest oburzony, że rynek pracy nie wynagradza go godnie. Jaś zdaje się odkrywać brutalną tajemnicę cywilizacji: ludzie częściej potrzebują kupić chleb i mleko niż przeczytać poemat o opresyjności paczkomatu napisany pod wpływem yerba mate.
I oto całe nieszczęście współczesnej pseudoelity. Oni naprawdę uwierzyli, że samo poczucie własnej wyjątkowości powinno być objęte systemem emerytalnym. Że podatnik ma moralny obowiązek utrzymywać człowieka tylko dlatego, że ten nazywa swoje wpisy „pracą intelektualną”.
Idąc tym tropem, należałoby natychmiast objąć specjalnym świadczeniem każdego wujka przy grillu, który po trzecim piwie wygłasza tyrady o geopolityce. On też przecież wykonuje działalność publicystyczną. I to często bardziej zrozumiałą.
Jakby tego było mało, do chóru oburzonych dołączyła również Klementyna Suchanow, która w serwisie X postanowiła pouczyć „polskiego chłopa”, że powinien zrozumieć wielkość artysty, bo ten daje krajowi „większą chwałę niż jego krowa czy myjnia przy chacie”. To jest właśnie ten rodzaj inteligenckiej pogardy dla prostego człowieka.
„Polski chłop”. „Krowa przy chacie”. Człowiek niemal słyszy ten westchnieniowy ton salonu, który z niesmakiem patrzy na prowincję — tę straszną krainę ludzi pracujących fizycznie, płacących podatki i mających czelność pytać, dlaczego mają utrzymywać cudze artystyczne ambicje.
Według pani Suchanow rolnik, przedsiębiorca czy właściciel myjni samochodowej najwyraźniej nie tworzą „chwały narodu”, bo nie siedzą w berlińskiej kawiarni nad esejem o patriarchacie. Ich problem polega na tym, że produkują rzeczy potrzebne. Mleko. Jedzenie. Usługi. Miejsca pracy. A to, jak wiadomo, przy stolikach progresywnej inteligencji uchodzi za zajęcie dość podejrzane estetycznie.
Najbardziej rozczulające jest jednak to protekcjonalne zdanie o „polskim chłopie”, który „czasem pojedzie do Paryża i zajrzy do Luwru”. Ach tak, oczywiście — lud pracujący powinien raz na jakiś czas dostać przepustkę do cywilizacji, żeby zrozumieć wyższość performance’u nad dojarką.
Tymczasem prawda jest brutalna: bez tego „chłopa”, jego krowy i tej pogardzanej myjni przy chacie cała ta twitterowo arystokracja nie miałaby ani co jeść, ani gdzie zaparkować swojego moralnego wzmożenia.
I może właśnie dlatego ten „polski chłop” coraz częściej patrzy na współczesne elity artystyczno-aktywistyczne jak na grupę ludzi, którzy najpierw przez dekady śmiali się z „Januszy”, „prowincji” i „ciemnogrodu”, a dziś wyciągają rękę po ich pieniądze — obrażeni, że społeczeństwo nie chce finansować kolejnego manifestu o emancypacyjnej roli latte macchiato.
Państwo powinno wspierać kulturę. Owszem. Muzea, zabytki, edukację artystyczną. Ale nie tworzyć nową kastę ludzi „szczególnej troski”, których utrzymanie staje się moralnym obowiązkiem hydraulika z Płocka.
Bo wtedy kultura przestaje być kulturą.
Staje się systemem redystrybucji pieniędzy od ludzi pracujących do ludzi dobrze ustawionych w środowiskowym towarzystwie wzajemnej adoracji.




