Sędzia, który przypomniał, że prawo ma jeszcze duszę!

Date:

Żyjemy w czasach, w których od ludzi wymaga się przede wszystkim procedury. Procedura stała się współczesną religią. Ma swoje dogmaty, kapłanów i heretyków. Wszystko musi być zgodne z procedurą. Człowiek może być już mniej ważny, byle formularz był wypełniony prawidłowo.

Najlepiej, gdyby sędzia był kimś w rodzaju urzędnika od wyroków. Bez emocji, bez ocen, bez słów, które mogłyby kogoś poruszyć. Taki idealny sędzia z wyobrażeń niektórych komentatorów powinien przypominać drukarkę: przyjmuje dokumenty, przetwarza paragrafy, wydaje wynik. Drukarka jest bezstronna. Drukarka nie gniewa się na człowieka, który zabił. Drukarka nie pyta, czy ktoś ma jeszcze sumienie.

Tylko że drukarka nie nosi orła na piersi.

A sędzia nosi.

I ten orzeł jest pewnym zobowiązaniem. Przypomina, że sąd nie jest zakładem usługowym do produkcji wyroków, lecz jednym z najważniejszych miejsc, gdzie państwo spotyka się z obywatelem. Przez lata z pewną zazdrością patrzyliśmy na amerykańskich sędziów. Na tych, którzy w togach, ale bez językowej bariery, potrafili mówić do ludzi, a nie wyłącznie do protokołu. Na tych, których uzasadnienia nie brzmiały jak fragment instrukcji obsługi urządzenia prawnego, lecz jak rozmowa o sprawach najważniejszych: winie, odpowiedzialności, krzywdzie i konsekwencjach.

Oczywiście amerykański system nie jest wolny od wad. Nie chodzi o kopiowanie cudzych rozwiązań. Chodzi o coś prostszego — o świadomość, że wymiar sprawiedliwości nie może być zamkniętą twierdzą, do której zwykły człowiek zagląda tylko przez szczelinę w drzwiach. Sędzia powinien umieć mówić tak, aby obywatel rozumiał, dlaczego państwo podjęło taką, a nie inną decyzję. I oto, po latach patrzenia za ocean, doczekaliśmy się czegoś, czego tak bardzo brakowało.

Sędziego, który mówi językiem zrozumiałym.

Człowieka, który nie chowa się za frazą „w świetle zgromadzonego materiału dowodowego”, lecz potrafi powiedzieć: stało się coś złego, ktoś poniósł śmierć, a odpowiedzialność ma znaczenie. Dlatego tak ważne były słowa sędziego Macieja Mitery w sprawie tragicznego wypadku na Trasie Łazienkowskiej.

Nie dlatego, że padła wysoka kara.

Wysokie kary już widzieliśmy. Widzieliśmy też niskie. Widzieliśmy wyroki, które budziły gniew, i takie, które przyjmowano z ulgą. Sama liczba lat za kratami nie jest jeszcze sprawiedliwością. Sprawiedliwość zaczyna się tam, gdzie ktoś rozumie, co naprawdę się wydarzyło. A wydarzyło się coś więcej niż złamanie kilku przepisów ruchu drogowego.

Ktoś rozpędził samochód do prędkości ponad 220 kilometrów na godzinę. Samochód, który w rękach człowieka pozbawionego wyobraźni przestał być środkiem transportu, a staje się narzędziem zbrodni. Ucieczka. I — jak zauważył sędzia — brak refleksji. W świecie, w którym często bardziej liczy się dobry wizerunek niż dobre zachowanie, ta uwaga zabrzmiała niemal staromodnie.

Refleksja.

Słowo niemodne. Prawie archaiczne. Dziś człowiek popełniający błąd często nie pyta: „co zrobiłem?”, tylko: „jak to wygląda?”. Nie zastanawia się nad winą, lecz nad kryzysem wizerunkowym. Nie szuka odpowiedzialności, lecz sposobu, jak od tej odpowiedzialności uciec. Tymczasem sędzia Mitera powiedział coś, czego wielu ludzi oczekuje od państwa: że pewne granice istnieją. Że nie wszystko jest kwestią interpretacji. Że nie każdą tragedię można rozłożyć na czynniki pierwsze, aż zniknie odpowiedzialność. „Co trzeba mieć w głowie, żeby rozpędzić Arteona do prędkości ponad 200 kilometrów na godzinę?” — zapytał. To nie było pytanie z kodeksu karnego. To było pytanie CZŁOWIEKA. I właśnie dlatego tak mocno zabrzmiało.

Oczywiście natychmiast pojawią się głosy, że sędzia powinien być chłodny. Że powinien ważyć słowa. Że nie powinien mówić o kindersztubie. Być może. Ale warto zapytać: czy naprawdę największym problemem jest to, że sędzia powiedział kilka zdań za dużo? Czy może problemem jest to, że przez lata przyzwyczailiśmy się do instytucji mówiących z takim dystansem, jakby ludzkie tragedie były tylko numerami spraw? Państwo, które boi się powiedzieć obywatelowi, że pewne zachowania są zwyczajnie złe, przegrywa coś więcej niż pojedynczy spór sądowy. Przegrywa wychowanie. A prawo, które nie widzi człowieka, staje się tylko instrukcją obsługi państwowej maszyny.

Oczywiście sędzia musi być związany prawem. Oczywiście nie może kierować się gniewem tłumu. Oczywiście nie może zamienić sali sądowej w mównicę. Ale między chłodem a emocją istnieje jeszcze coś takiego jak mądrość. Między paragrafem a sprawiedliwością istnieje przestrzeń. I właśnie tam pracuje PRAWDZIWY sędzia. Nie wystarczy przeczytać ustawę. Trzeba rozumieć jej sens. Nie wystarczy znać przepis. Trzeba wiedzieć, po co ten przepis istnieje.

Nie wystarczy wymierzyć karę. Trzeba umieć wyjaśnić, dlaczego państwo tę karę wymierza. Dlatego ta sprawa jest czymś więcej niż jednym wyrokiem. Jest przypomnieniem, że obywatel nie oczekuje od sędziego jedynie chłodnego arbitra. Oczekuje człowieka, który w imieniu Rzeczypospolitej potrafi powiedzieć: są rzeczy, których robić nie wolno, bo za nimi stoi cudze życie.

Oczekuje, że sędzia z orłem na piersi będzie głosem sprawiedliwości zapisanej nie tylko w przepisach, ale również pomiędzy literami prawa. I oto zobaczyliśmy coś, co w dzisiejszych czasach wydaje się niemal egzotyczne. Sędziego, który nie bał się być sędzią.

Nie rzecznika procedury.

Nie komentatora.

Nie polityka.

Po prostu sędziego.

Warto przy tym zauważyć rzecz dla wielu niewygodną. Maciej Mitera był członkiem tak zwanej neo-KRS. Jedni uznają to za argument przeciwko niemu. Inni będą uważać, że właśnie ta sprawa pokazuje absurd łatwego szufladkowania ludzi. Bo może czasem warto wrócić do rzeczy najprostszych. Nie pytajmy najpierw, z jakiego obozu jest człowiek. Zapytajmy, czy jest uczciwy. Nie pytajmy, kto go lubi. Zapytajmy, czy potrafi być sprawiedliwy. Nie pytajmy, czy pasuje do naszej politycznej układanki. Zapytajmy, czy kiedy trzeba, ma odwagę powiedzieć prawdę.

Takich sędziów potrzebuje Polska.

Nie idealnych.

Nie bezbłędnych.

Ludzkich.

Bo największym zagrożeniem dla sprawiedliwości nie jest sędzia, który czasem okaże emocje. Największym zagrożeniem jest sędzia, który zapomni, że po drugiej stronie akt zawsze stoi człowiek. A prawo bez człowieka jest tylko zbiorem liter. Dopiero sprawiedliwość nadaje tym literom znaczenie. I dlatego dziś można powiedzieć coś, co przez lata wydawało się w Polsce niemal niemożliwe:

Panie sędzio — dziękujemy.

Za to, że mówił Pan tak, aby ludzie usłyszeli.

Za to, że przypomniał Pan, iż toga nie jest kostiumem urzędnika, lecz zobowiązaniem wobec państwa i obywateli.

Za to, że w świecie pełnym wyuczonych formuł pojawił się głos zwyczajnie ludzki.

Czasem naprawdę nie trzeba wiele.

Wystarczy sędzia, który pamięta, że sprawiedliwość nie mieszka wyłącznie w kodeksie.

Mieszka także w sumieniu.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

 Świeca zgasła, został tylko dym. Kompromitacja Amnesty International!

Świeca, która dawniej oświetlała lochy dyktatur, dziś parzy tych, którzy śmią wierzyć inaczej. Gdy strażnicy wartości stają się inkwizytorami, uniwersalne prawa człowieka umierają w ciszy.

Złom, którego nikt nie chciał… a jednak walczył! Cena niewdzięczności!

Polska oddała Ukrainie „wojskowy złom”? Gdy ważyły się losy Kijowa, liczyły się sekundy, a nie fabryczna folia. Prof. Szeremietiew brutalnie rozlicza medialne mity i ujawnia, jak było naprawdę.

„Krzyk, którego nie udało się zagłuszyć”. Gdynia oddała głos ofiarom Wołynia!

Trójmiasto oddało hołd ofiarom Krwawej Niedzieli. Pierwszy Marsz Wołyński w Gdyni przyniósł wstrząsające relacje świadków i głośne żądanie prawdy oraz ekshumacji. „Wołyń wciąż woła o pamięć”.

Między Moskwą a Kijowem. Polska nie musi wybierać historycznego kłamstwa!

Stosunki polsko-ukraińskie są napięte do granic możliwości. A jednak...