Doczekaliśmy się. Wreszcie po 1000 dniach rządzenia wprawdzie miało być po 100 dniach zgodnie z obietnicą, ale to tylko jedno zero, kto by się czepiał. Miało być 60 tysięcy złotych kwoty wolnej od podatku. Wielka obietnica, wielkie hasło, wielkie oczekiwania. Tylko wyszło tak, że zamiast obiecanej kwoty wolnej mamy… ulgę. I to nie dla wszystkich. Bo żeby z niej skorzystać, trzeba zarabiać ponad 12 tysięcy zł miesięcznie.
Czyli nauczyciel? Kierowca? Sprzedawca? Pracownik urzędu? Zwykły człowiek? No cóż… on nic nie dostanie. Średnia wynagrodzeń w Polsce to około 7690 zł brutto. Czyli większość pracujących nawet nie zbliża się do magicznych 12 tysięcy. Ale spokojnie. Rząd już wie, komu najbardziej potrzebna jest pomoc, przecież bogaci ledwo ciągną, na nic nie mają kasy: na nowe fury, kolejne mieszkania, egzotyczne wakacje. 😉 I tu pojawia się pytanie: czy nie miało być odwrotnie? Przecież kwota wolna miała pomagać przede wszystkim tym, którzy zarabiają mniej. Taka była cała idea. A wyszło jak zawsze…
Ale jest jeszcze ciekawiej. Bo jeśli propozycja trafi do Sejmu, potem do Senatu, a następnie do Prezydenta i wiadomo, że może zostać zawetowana, to już można zacząć odliczanie. „Prezydent znowu przeszkadza!”. „Prezydent blokuje!”. „Prezydent nie pozwala!” „Prezydent szkodni”! No genialne. Najpierw przygotować rozwiązanie, które nie realizuje obietnicy, potem doprowadzić do weta, a na końcu urządzić przedstawienie, kto jest winny!
A przecież można prościej. Zróbcie te 60 tysięcy, tak jak obiecywaliście. Bez kombinowania. Bez wojny. Bez dzielenia Polaków. Bo podatki to nie jest partyjna zabawka. Naprawdę tak trudno to zrozumieć? Czy może właśnie o to chodzi, żeby znowu była awantura zamiast dbania o zwykłych ludzi?




