Są na mapie Europy miejsca, które z pozoru nie różnią się niczym od tysięcy innych. Rzeka, równina, kilka wzgórz, mokradła, droga prowadząca ku osadom i miastom. A jednak historia potrafi nadać takiemu miejscu znaczenie większe niż niejednej stolicy. Pod Mohaczem, 29 sierpnia 1526 roku, na pozbawionej pozornie większego znaczenia równinie rozstrzygnął się los Królestwa Węgier. Poległ młody król Ludwik II Jagiellończyk, legła armia chrześcijańska, a zwycięski Sulejman Wspaniały otworzył sobie drogę do serca Europy. Mohacz stał się nie tylko nazwą bitwy. Stał się nazwą klęski, która miała trwać w pamięci narodów przez stulecia. Do dzisiaj na Węgrzech można usłyszeć powiedzenie: „Több is veszett Mohácsnál” — „Więcej stracono pod Mohaczem”, co można rozumieć jako pocieszenie: głowa do góry, większe nieszczęścia już się zdarzały.
A przecież nawet dziś nie wiemy dokładnie, gdzie ta bitwa się rozegrała.
Jest w tym coś znamiennego. Człowiek potrafi przez wieki przechowywać pamięć o wielkim wydarzeniu, a jednocześnie gubi jego materialne ślady. Węgierscy uczeni, przygotowując się do pięćsetnej rocznicy bitwy, powrócili na miejsce wydarzeń. Szukali nie tylko śladów armii, lecz także grobów tych, którzy polegli. Wśród nich byli również Polacy, którzy przybili pomóc bratankom. Być może ziemia nad Dunajem kryje jeszcze szczątki ludzi znad Wisły, których nazwisk historia nie zdołała zapisać…
Mohacz nie był bowiem bitwą dwóch równych armii. Po jednej stronie stało około 25–27 tysięcy chrześcijan, po drugiej zaś potężna armia osmańska, licząca około 60 tysięcy ludzi. Węgrzy wiedzieli, że nadchodzi przeciwnik, któremu trudno będzie sprostać. Wiedzieli również, że nie mogą liczyć na pomoc wielkich chrześcijańskich mocarstw. Turcy przeprawili się przez Drawę, a armia Ludwika czekała pod Mohaczem, na równinie niebezpiecznej nie tylko z powodu nieprzyjaciela, lecz także z powodu bagien i wezbranych wód.
I oto właśnie teren, który dziś trzeba mozolnie odtworzyć z map i dokumentów, był jednym z aktorów rozgrywającego się dramatu. Równina nie była jednolita. Przecinały ją strumienie, mokradła i zagłębienia. Od strony Dunaju grunt stawał się zdradliwie podmokły. Węgierscy dowódcy musieli zatem walczyć nie tylko z Sulejmanem, ale także z przestrzenią, której nie mogli podporządkować swoim poleceniom.
W tej scenerii oczekiwano nadejścia Turków. Węgierscy rycerze byli zmęczeni przedłużającym się oczekiwaniem, a dowódcy spierali się o sposób rozegrania bitwy. Nie było wśród nich zgodności. Nie było też pewności czy armia powinna opuścić umocniony obóz. Padał nawet pomysł otoczenia go wozami, na wzór husyckiego obozu warownego. Byłby to sposób na przetrwanie, lecz wymagał czegoś, czego Węgrom najbardziej brakowało — czasu i odsieczy chrześcijańskiego rycerstwa.
29 sierpnia wojsko węgierskie ustawiło się w dwóch liniach. W centrum znajdowały się działa, piechota i rycerstwo. Król Ludwik stanął pośród swoich ludzi. Był młodym człowiekiem, a zarazem władcą państwa, które znalazło się na granicy katastrofy. W jego żyłach płynęła krew Jagiellonów. Był potomkiem Władysława Jagiełły, dynastii, która należała do najpotężniejszych wówczas w Europie. Teraz ten potomek wielkiego króla miał stawić czoła potędze osmańskiej.
Ale warto na chwilę odwrócić wzrok od węgierskiego obozu i spojrzeć na Mohacz oczami drugiej strony. Dla Węgrów był to dzień, w którym miało umrzeć ich dawne królestwo. Dla Osmanów — dzień zwycięstwa sułtana. Już XVI-wieczne kroniki osmańskie pisały o wydarzeniu językiem triumfu. Bitwa zostaje określona jako „zmaganie wojenne, które wydarzyło się na równinie Mohacza”. Nie ma tutaj jeszcze węgierskiej pamięci o narodowej katastrofie. Jest przede wszystkim opowieść o wyprawie sułtana i jego olśniewającym zwycięstwie.
To samo widać u innego osmańskiego historyka z XVI wieku – Saliha Çelebiego, Autor przedstawia węgierską armię w sposób świadomie wyolbrzymiony, pisząc o „ponad dziesięciu tysiącach strzelców” i „około stu pięćdziesięciu tysiącach” konnych. Są to liczby niewiarygodne, ale właśnie dlatego cenne dla publicysty: pokazują nie tyle rzeczywistą liczebność armii, ile wyobrażenie zwycięzcy o rozmiarze pokonanego przeciwnika.
Jeden Mohacz, a dwa sposoby pamiętania. Dla jednej strony równina była miejscem zagłady. Dla drugiej stała się sceną, na której objawiła się potęga padyszacha. Właśnie w tym miejscu historia przestaje być prostym rachunkiem zwycięstw i klęsk. Każde zwycięstwo ma przecież czyjąś drugą stronę.
Wróćmy na pole bitwy. Pierwszy atak Węgrów przyniósł sukces. Kawaleria osmańska została rozbita, a piechota turecka zaczęła się – pod naporem chrześcijan – cofać. Przez krótką chwilę mogło się wydawać, że niemożliwe staje się możliwe. Właśnie wtedy jednak węgierska armia popełniła śmiertelny błąd, który zwiastował druzgocącą klęskę.
Na pozór pokonana armia Sulejmana nie powiedziała ostatniego słowa. Za wzgórzem, w miejscu niewidocznym dla atakujących, znajdowały się najlepsze oddziały sułtana: janczarzy, uzbrojeni w broń palną oraz artyleria. W chwili, gdy Węgrzy dotarli pod ich pozycje, otworzyło się przed nimi coś, czego nie spodziewali się ujrzeć. Nie była to już średniowieczna bitwa rycerzy, w której odwaga i impet szarży mogły rozstrzygnąć wszystko. Była to ściana ognia, która „kosiła” szarżujących zbierając śmiertelne żniwo.
Armaty i broń palna rozbiły szyki węgierskie. Kawaleria, która przed chwilą odnosiła sukcesy, znalazła się w śmiertelnym potrzasku. Oddziały osmańskie zaczęły oskrzydlać chrześcijan. Węgrzy nie mieli już odwodów. Wszystko zostało rzucone do walki.
I wtedy Mohacz stał się rzezią.
Zginęły tysiące żołnierzy. Poległo wielu dostojników i biskupów. Śmierć poniósł także naczelny dowódca, arcybiskup Paweł Tomori, którego odciętą głowę zwycięzcy wystawili na widok publiczny. W zamęcie bitwy zginął również Ludwik II. Kiedy po kilku tygodniach odnaleziono jego ciało, okazało się, że śmierć władcy może skrywać znacznie więcej tajemnic, niż chciałaby przyznać oficjalna wersja wydarzeń. Według niej wszystko było proste. Ludwik, uciekając z pola bitwy, dotarł w okolice potoku Csele. Koń stracił grunt pod kopytami, monarcha w ciężkiej zbroi wpadł do zdradliwego, bagnistego terenu i… utonął. Koniec historii. Tyle że historia nie lubi prostych zakończeń.
Już w 1526 roku, niemal natychmiast po bitwie, pojawiły się pogłoski, że Ludwik nie zginął przypadkiem. Wenecki szpieg donosił o zamordowaniu króla przez własnych ludzi. Jeszcze relacje – o tajemniczym zabójcy z kręgów węgierskiej elity. Najbardziej sensacyjny przekaz pozostawił kronikarz Jerzy Szeremi. Według jednej z wersji Ludwik miał po bitwie dotrzeć do domu miejscowego księdza. Tam zdjął zbroję i próbował ogrzać się przy ogniu. I właśnie wtedy miał pojawić się Jerzy Zapolya, brat potężnego wojewody Jana Zapolyi – skonfliktowanego z węgierskim dworem. Jednym ciosem czeskiego miecza miał zabić króla. Tyle czarna legenda. Jak było naprawdę? Bóg jeden wie…
Wróćmy na bagna, gdzie król utonął. Świadkiem jego śmierci miał być szambelan Ulrich von Czettritz. I właśnie on odegrał później kluczową rolę. Kiedy po wycofaniu się Turków rozpoczęto poszukiwania zwłok monarchy, Czettritz wskazał miejsce, w którym – jak twierdził – doszło do tragedii. Poszukujący znaleźli tam konia, broń oraz ciała innych ludzi. Króla jednak nie było. Aż wreszcie odkryto świeży grób.
Ludzie rzucili się do kopania. Czettritz rozpoznał króla. Ale wtedy pojawiła się kolejna zagadka. Zwłoki miały być zaskakująco dobrze zachowane. Nie znaleziono na nich poważnych ran. Jedynym śladem obrażeń miała być niewielka rana na głowie. W późniejszych interpretacjach zaczęto przypisywać jej ogromne znaczenie. Czy mogła być śladem ciosu, który zabił króla? Nie wiadomo. I właśnie to „nie wiadomo” jest w tej historii najbardziej fascynujące.
Bo nie chodzi tylko o ranę. Chodzi o całą sekwencję wydarzeń. Król znika. Przez pewien czas nie wiadomo, czy żyje. Krążą pogłoski o jego ocaleniu. Potem pojawiają się relacje o zabójstwie. Następnie odnalezione zostaje ciało ukryte w skromnym grobie. A niedługo później Jan Zapolya zostaje koronowany na króla Węgier. Czy to wszystko jest tylko ponurym zbiegiem okoliczności? Najprawdopodobniej tak. Historycy nie dysponują twardym dowodem, że Ludwik został zamordowany. Przeciwnie – wiele źródeł przemawia za tragicznym wypadkiem podczas ucieczki. Nawet tajemnicza rana nie wystarcza, by zbudować przekonującą teorię zabójstwa. Ale pozostaje coś, czego nie da się tak łatwo wymazać: dramatyczna atmosfera tamtych dni, któa zapowiadała pasmo nieszczęść, które miało za chwilę nawiedzić Węgrów.
Mohacz nie był zwykłą przegraną bitwą. Był końcem pewnego świata. Śmierć Ludwika II oznaczała kres jagiellońskiego panowania w Czechach i na Węgrzech. Po jego śmierci natychmiast rozpoczęła się walka o tron, a kraj został rozdarty między konkurujących monarchów.
W takim momencie śmierć młodego króla była nie tylko tragedią.
Była polityczną katastrofą.
A polityczna katastrofa zawsze rodzi pytania o to, komu przyniosła korzyść.
Być może Ludwik rzeczywiście zginął w bagnistym potoku, pokonany nie przez miecz, lecz przez ciężar zbroi, zmęczenie i chaos ucieczki. Być może jego ciało ukryli miejscowi, aby uchronić je przed profanacją przez Turków (zwyczaj odcinania głów zwłokom). Być może zaś prawda była bardziej ponura i ostatni Jagiellończyk na węgierskim tronie padł ofiarą ludzi, którzy już w chwili jego śmierci myśleli o tym, kto zajmie jego miejsce.
Dzisiaj nie sposób rozstrzygnąć tego z całą pewnością.
Bo czasem najbardziej niepokojące w historii nie jest to, co wiemy.
Najbardziej niepokojące jest to, czego mimo pięciu stuleci wciąż nie potrafimy wyjaśnić.
W osmańskim spojrzeniu bitwa pod Mohaczem jest przedstawiana w zupełnie innym świetle. Nie była końcem świata, lecz jego poszerzeniem. Zwycięstwo pod Mohaczem nie miało dla ludzi Sulejmana charakteru żałobnego. Miało charakter triumfalny. Kroniki — opowieści o zwycięskich wyprawach — budowały obraz sułtana jako władcy, któremu sprzyja zarówno siła jego armii, jak i wola Allaha.
To właśnie dlatego turecka pamięć Mohacza jest tak ważnym dopełnieniem pamięci węgierskiej. W Budapeszcie, w Mohaczu i w węgierskiej historiografii słowo „Mohacz” przez wieki oznaczało klęskę. W tradycji osmańskiej i tureckiej oznaczało natomiast zwycięstwo. Jeden dzień, jedno pole, dwie pamięci.
Wśród walczących byli – jak już wcześniej wspomniałem – także Polacy. Ich liczba nie jest pewna; historycy szacują ją na około dwa tysiące, z czego około 1600 mogło polec. Dowodził nimi kapitan Lenart Gnoiński, którego nazwisko przetrwało między innymi dzięki relacji biskupa Istvána Brodaricsa, jednego z najważniejszych świadków wydarzeń. Polacy nie byli więc przypadkowymi przybyszami. Ich obecność wpisywała się w ówczesny los Europy Środkowej, gdzie granice państw i interesy dynastii nie przeszkadzały ludziom z różnych krajów ginąć na wspólnych polach bitew. Korona polska nie wysłała pod Mohacz armii w ramach formalnej interwencji, lecz wśród walczących znaleźli się ochotnicy i rycerze służący sprawie węgierskiej.
Współczesne badania mają znaczenie większe niż zwykłe poszukiwanie zabytków. Naukowcy z Uniwersytetu w Peczu i Węgierskiej Akademii Nauk próbują ustalić przebieg bitwy, lokalizację obozów i centrum walk, a przede wszystkim odnaleźć masowe mogiły. Szacuje się, że pod Mohaczem mogło zginąć 30–40 tysięcy ludzi. Taka liczba przekracza wyobraźnię. W jednym miejscu musiała pozostać ogromna liczba ciał, lecz ślady po nich z czasem niemal zniknęły. Szczególnie przejmująca jest myśl o sposobie, w jaki grzebano poległych. Ciała wrzucano do rowów, często pozbawione przedmiotów pozwalających ustalić tożsamość. Archeolog może rozpoznać chrześcijanina i muzułmanina, może odczytać sposób ułożenia ciała. Znacznie trudniej jednak powiedzieć: ten człowiek był Węgrem, ten Czechem, a ten Polakiem. Do takiego odkrycia potrzebne byłoby niemal szczęście. Czasem jedynym świadkiem narodowości może okazać się drobna moneta, krzyżyk…
Równie wymowny jest fakt, że naukowcom udało się już ustalić prawdopodobne miejsce, w którym Osmanowie wznieśli pomnik zwycięstwa. Miał on znajdować się przy dawnej rzymskiej drodze, na styku moczarów i równiny. Tam, skąd Sulejman mógł obserwować bitwę i modlić się o zwycięstwo. Zwycięzcy pozostawili więc znak swego triumfu. Pokonani pozostawili przede wszystkim groby. I tutaj obie pamięci, węgierska i osmańska, spotykają się po pięciu stuleciach. Archeolog, który odnajduje miejsce osmańskiego pomnika, nie odnajduje przecież tylko kamienia. Odnajduje punkt, z którego zwycięzca patrzył na klęskę przeciwnika. Archeolog, który szuka masowej mogiły, patrzy natomiast na to samo wydarzenie od strony tych, którzy już nie mogli patrzeć na nic.
Jest w tym osobliwa sprawiedliwość historii.
Sułtan, który zwyciężył pod Mohaczem, przeszedł do pamięci jako zdobywca. Ludwik II jako król, który poległ. Tomori jako dowódca, który walczył do końca. Lenart Gnoiński jako polski rycerz, którego nazwisko ocalało wśród tysięcy innych, zapomnianych. A bezimienni polegli pozostali częścią ziemi, która nadal milczy.
Mohacz nie zakończył się jednak wraz z ostatnim ciosem. Jego skutki trwały dziesięciolecia. Klęska otworzyła drogę do rozpadu dawnego Królestwa Węgier, walki o koronę i podziału kraju między Habsburgów, Osmanów i władców Siedmiogrodu. Była katastrofą polityczną, lecz także symbolem końca świata, w którym średniowieczna tradycja jeszcze próbowała przeciwstawić się nowej potędze militarnej.
Dla Osmanów natomiast Mohacz był początkiem dalszego marszu. Po zwycięstwie armia ruszyła ku Budzie. Miasto zostało zajęte, a sam Mohacz pozostał w pamięci osmańskiej jako miejsce jednego z największych triumfów Sulejmana. W tym sensie symboliczna wymowa bitwy była dokładnie odwrotna po obu stronach: tam, gdzie dla jednych coś się skończyło, dla drugich coś się zaczęło.
Nie była to przy tym tylko walka dwóch cywilizacji przedstawianych w prostym schemacie jako chrześcijaństwo przeciw islamowi. Pod Mohaczem spotkały się dwa różne sposoby prowadzenia wojny, różne armie i różne epoki techniki wojennej. Węgierski rycerz, choć odważny i dobrze uzbrojony, musiał zmierzyć się z artylerią i janczarami, którzy potrafili uczynić z otwartej równiny miejsce śmierci. Historia nie zawsze wybiera zwycięzcę według miary odwagi. Czasami wybiera go według miary organizacji, cierpliwości i umiejętności wykorzystania przewagi.
Dlatego warto wracać na tę równinę.
Mohacz pozostaje więc nie tylko miejscem dawnej klęski chrześcijańskiej armii. Jest również lekcją pamięci. Pięćset lat po bitwie współcześni ludzie chodzą tam, gdzie kiedyś chodzili żołnierze. Szukają śladów tych, którzy przegrali i tych, którzy zwyciężyli. Szukają pomnika triumfu i mogił pokonanych. Bo dopóki nie wiemy, gdzie spoczywają umarli, dopóty nie znamy do końca miejsca, w którym umarł stary świat.
Mohacz – refleksja Lengyeleka (Polaka)
Są bitwy, które przegrywa armia. Są takie, które przegrywa państwo. I są wreszcie takie, które następne pokolenia przegrywają jeszcze raz – tym razem w pamięci. Mohacz należy do wszystkich trzech kategorii.
Węgrzy nie przegrali dlatego, że byli bandą zacofanych rycerzy, którzy z mieczami i romantycznym patriotyzmem ruszyli na nowoczesną turecką machinę wojenną. Taki obraz przez lata dobrze służył zarówno narodowej mitologii, jak i historycznym uproszczeniom. Tyle, że coraz gorzej służy faktom.
Współczesna historiografia węgierska mówi wręcz o potrzebie rewizji „czarnej legendy Mohacza”. Dawny obraz bitwy jako starcia przestarzałej armii średniowiecznej z nowoczesnym Imperium Osmańskim został podważony. Mohacz okazuje się jednym z największych starć wczesnej epoki nowożytnej, w którym walczyły ze sobą dwie armie będące – jak określają to badacze – w „równym stopniu nowoczesne” jak na standardy swoich czasów.
To nie jest drobna korekta. To zmiana całej opowieści. Nie było dwóch światów Po jednej stronie: słabnące państwo Jagiellonów, skłócona szlachta, biedny skarb, nieudolny młody król i armia tkwiąca jedną nogą w średniowieczu. Po drugiej: Sulejman, janczarzy, artyleria, dyscyplina i potęga Imperium Osmańskiego. A potem oczywiście – bum! – Mohacz. Problem w tym, że historia nie jest filmem wojennym.
Węgierska armia była poważną siłą. Badania nad finansami i organizacją wojskową Królestwa Węgier wskazują, że mimo późniejszej klęski pod względem liczebności i składu była „bez wątpienia poważną, groźną siłą bojową”. Węgrzy mieli wojsko. Mieli doświadczenie wojenne. Nie mieli natomiast tego, czego potrzebuje każde państwo stojące przed wojną z wielkim imperium: wystarczającego zaplecza.
Bo wojna jest bardzo demokratyczna. Nie interesuje jej pochodzenie społeczne dowódcy ani piękno ręcznie wyszytego sztandaru. Liczy ludzi, pieniądze, konie, proch, żywność i czas. A pod tym względem Węgry miały problem fundamentalny.
Sulejman nie przyprowadził pod Mohacz armii po to, żeby urządzić Węgrom demonstrację siły. Imperium Osmańskie było wówczas jednym z największych mocarstw świata. Miało większą populację, większe zasoby, większą możliwość mobilizacji i ogromne doświadczenie wojenne. Węgry były natomiast państwem znajdującym się na pierwszej linii frontu.
Można być znakomitym rycerzem i przegrać z państwem, które może wystawić trzy armie tam, gdzie ty jesteś w stanie wystawić jedną. Można mieć dobrych dowódców i nie mieć wystarczającej liczby rezerw. Można mieć odwagę, ale nie mieć pieniędzy. A odwaga – choć niewątpliwie piękna – nie produkuje armat. Węgrzy nie ustawili się pod Mohaczem po to, żeby bohatersko umrzeć. Mieli plan, ryzykowny, ale logiczny. Trzeba było zaatakować szybko, zanim cała armia Sulejmana zdąży się rozwinąć. Uderzenie miało rozbić część sił osmańskich i nie dopuścić do pełnego wykorzystania ich przewagi.
Klęska pod Mohaczem otworzyła drogę do katastrofalnego kryzysu politycznego. Król zginął. Śmierć Ludwika II była tragedią o wymiarze symbolicznym. Wraz z nim zginął mit ciągłości władzy. I wtedy zaczęło się coś, czego nie da się wyjaśnić samą bitwą. Zaczęła się walka o koronę. Jan Zapolya. Ferdynand Habsburg. Interesy Osmanów. Wojna domowa. Interwencje zewnętrzne. Kolejne zdrady. Kolejne kompromisy. Królestwo Węgier zaczęło się rozpadać. Mohacz był więc początkiem katastrofalnego procesu.
Współczesna synteza dziejów Węgier określa bitwę jako „rzeczywisty punkt zwrotny zarówno w historii Królestwa Węgier, jak i „całej Europy Środkowej”. I tu trzeba postawić kropkę nad „i”. Historia nie jest sądem. To chyba najważniejsza różnica między historią a polityką. Historia nie skazuje narodów na klęskę. Narody skazują się na nią wtedy, gdy zamiast wyciągać z historii wnioski, zaczynają czcić własne mity. I to jest najważniejsza nauka, która płynie znad pól Mohacza, nauka również ważna dla Rzeczpospolitej dnia dzisiejszego.




