Date:

(tekst w języku polskim poniżej)

There are moments in the life of a state when politicians stop pretending that what matters is legislation, procedures or the Constitution. What remains is power. Acquiring it, retaining it and bringing under its control institutions that are supposed to remain independent of those in government. Friday, 30 October 2026, may prove to be one of those dates.

Jacek Kurski had previously warned that Donald Tusk might resort to forceful measures. Many dismissed his words as political exaggeration, yet another episode in the partisan war of words. Today, following the events surrounding Poland’s Constitutional Tribunal, that warning has returned with disturbing relevance.

This is not even about who is right in the long-running dispute over the Tribunal. It is not about sympathies towards Bogdan Święczkowski, his opponents or any particular political camp. It is about something far more serious: can a democratic state resolve a dispute over the legitimacy of an institution’s leadership through faits accomplis, administrative pressure and the presence of the state apparatus?

Because if it can, what do we still need a constitution for? We might as well replace it with an instruction manual for those in power. All it takes is the right parliamentary majority, a suitably worded statement and a sufficient number of officers in the right place.

After the current coalition came to power, one could certainly expect a rough ride politically. Personal vendettas, spectacular press conferences, demonstrative decisions and further confrontations with institutions staffed by the previous government were all foreseeable. But even the wildest imagination could not absolve anyone of the obligation to ask whether the limits imposed by law would remain limits—or become merely obstacles to be removed.

That is precisely why the events surrounding the Constitutional Tribunal demand explanations, not another press conference at which each side declares victory.

The police maintain that their officers did not enter the Tribunal building and that their presence was intended to ensure public order. This is an important circumstance and must not be ignored. But it does not settle the matter. Questions remain about the legal basis for the actions taken, the authority of those issuing instructions, the status of those making decisions concerning the Tribunal’s leadership, and the permissible extent of interference in the functioning of a constitutional institution of the state.

And this brings us to the most important question: who will be held accountable if the competent authorities determine that the law was violated?

The politicians who made the decisions? The officials who prepared the documents? Those who carried out the instructions? Or perhaps the officers who were present and performed their duties? No one’s guilt can be presumed in advance. But neither can we assume that a uniform, an official position or political backing provides immunity from accountability.

This is not a question of revenge. It is a question of a principle without which the rule of law becomes an empty slogan.

If someone exceeded their authority, they should answer for it. If someone acted lawfully, they should be cleared of any allegations. If unlawful instructions were issued, it must be established who issued them and who is responsible for their content. And it should make absolutely no difference whether that person holds a membership card of the ruling coalition, Law and Justice, or any other political party.

Because the rule of law does not mean that our people can do more while the others are expected to keep quiet.

There is another issue. Today’s government must not forget that it will not govern forever. Every administration eventually leaves office. Every prime minister eventually ceases to be prime minister. Every minister loses their office, their official car and the power to issue instructions. What remains, however, are documents, decisions, signatures and accountability for the exercise of public office.

What a politician considers acceptable today when dealing with an opponent may be used against them tomorrow. Creating precedents in a state governed by the rule of law is an exceptionally risky business. A precedent has no party affiliation. It does not ask who won the election. It does not recognise the face of the prime minister.

That is why the most important test of the current situation will not be who wins the media battle over the Tribunal. It will be whether independent authorities can establish what actually happened and assess the legality of the actions taken by everyone involved. Without special treatment. Without political phone calls. Without selective justice.

Kurski warned of forceful measures. Was he right? This should not become a partisan competition over who can deliver the most effective political comeback. It should become the subject of a serious investigation.

Because the Constitutional Tribunal is not the property of Tusk, Kaczyński, Święczkowski or any political party. It is an institution of the state. And the state cannot be a private estate belonging to those who happen to command a parliamentary majority at any given moment.

And one more thing: anyone who believes that the end justifies the means should remember that, in politics, means have an exceptionally long memory.

Today, you may have power. Tomorrow, you will need arguments. And the day after that, you may need a lawyer as well.

 

Są takie chwile w życiu państwa, kiedy politycy przestają udawać, że chodzi im o przepisy, procedury i konstytucję. Zostaje już tylko władza. Jej zdobycie, utrzymanie i podporządkowanie sobie instytucji, które z założenia powinny być od władzy niezależne. Piątek, 30 października 2026 roku, może się okazać jedną z takich dat.

Jacek Kurski już wcześniej ostrzegał, że Donald Tusk może posunąć się do rozwiązań siłowych. Wielu traktowało te słowa jako polityczną przesadę, kolejną odsłonę partyjnej wojny na mocne słowa. Dziś, po wydarzeniach wokół Trybunału Konstytucyjnego, tamto ostrzeżenie wraca z niepokojącą aktualnością.

Nie chodzi nawet o to, kto ma rację w wieloletnim sporze o Trybunał. Nie chodzi o sympatie do Bogdana Święczkowskiego, jego przeciwników czy któregokolwiek z politycznych obozów. Chodzi o rzecz znacznie poważniejszą: czy w demokratycznym państwie można rozstrzygać spór o legalność obsady instytucji za pomocą faktów dokonanych, presji administracyjnej i obecności aparatu państwowego?

Bo jeśli tak, to po co nam jeszcze konstytucja? Można przecież zastąpić ją instrukcją obsługi władzy. Wystarczy odpowiednia większość, odpowiednio sformułowany komunikat i odpowiednia liczba funkcjonariuszy w odpowiednim miejscu.

Po przejęciu władzy przez obecną koalicję można było się spodziewać politycznej ostrej jazdy. Można było przewidywać personalne rozliczenia, spektakularne konferencje, demonstracyjne decyzje i kolejne odsłony konfliktu z instytucjami obsadzonymi przez poprzedników. Ale nawet najbardziej wybujała wyobraźnia nie zwalniała od pytania, czy granica prawa pozostanie granicą, czy stanie się jedynie przeszkodą do usunięcia. I tutaj Jacek Kurski okazał się dysponować jakąś szklanną kulą.

Policja zapewnia, że jej funkcjonariusze nie weszli do budynku Trybunału, a ich obecność miała służyć zapewnieniu bezpieczeństwa. To istotna okoliczność, której nie wolno pomijać. Ale nie zamyka ona sprawy. Pozostają pytania o podstawy prawne podejmowanych czynności, kompetencje osób wydających polecenia, status osób podejmujących decyzje dotyczące kierownictwa Trybunału oraz zakres dopuszczalnej ingerencji w funkcjonowanie konstytucyjnego organu państwa.

I tu dochodzimy do pytania najważniejszego: kto poniesie odpowiedzialność, jeżeli właściwe organy stwierdzą, że doszło do naruszenia prawa?

Politycy, którzy podejmowali decyzje? Urzędnicy, którzy przygotowywali dokumenty? Osoby, które wykonywały polecenia? A może funkcjonariusze, którzy znaleźli się na miejscu i realizowali zadania służbowe? Nie można z góry przesądzać winy żadnej z tych osób. Nie można też jednak zakładać, że mundur, stanowisko czy polityczne poparcie stanowią immunitet od odpowiedzialności.

To nie jest pytanie o zemstę. To pytanie o zasadę, bez której państwo prawa staje się pustym hasłem.

Jeżeli ktoś przekroczył uprawnienia, powinien odpowiedzieć. Jeżeli ktoś działał zgodnie z prawem, powinien zostać oczyszczony z zarzutów. Jeżeli wydano bezprawne polecenia, należy ustalić, kto je wydał i kto odpowiada za ich treść. I nie powinno mieć najmniejszego znaczenia, czy osoba ta nosi legitymację partyjną Koalicji, Prawa i Sprawiedliwości, czy jakiegokolwiek innego ugrupowania.

Bo państwo prawa nie polega na tym, że nasi mogą więcej, a tamci mają siedzieć cicho.

Jest jeszcze jedna kwestia. Dzisiejsza władza nie może zapominać, że nie będzie rządzić wiecznie. Każda ekipa kiedyś odchodzi. Każdy premier kiedyś przestaje być premierem. Każdy minister traci gabinet, samochód służbowy i możliwość wydawania poleceń. Pozostają natomiast dokumenty, decyzje, podpisy i odpowiedzialność za sprawowanie urzędu.

To, co dziś polityk uznaje za dopuszczalne wobec przeciwnika, jutro może zostać zastosowane wobec niego samego. Tworzenie precedensów w państwie prawa jest bowiem zajęciem wyjątkowo ryzykownym. Precedens nie ma barw partyjnych. Nie pyta, kto wygrał wybory. Nie rozpoznaje twarzy premiera.

Dlatego najważniejszym testem obecnej sytuacji nie będzie to, kto wygra medialną bitwę o Trybunał. Będzie nim to, czy niezależne organy zdołają ustalić rzeczywisty przebieg wydarzeń i ocenić legalność działań wszystkich zaangażowanych osób. Bez taryfy ulgowej. Bez politycznych telefonów. Bez selektywnej sprawiedliwości.

Kurski ostrzegał przed siłowymi rozwiązaniami. Czy miał rację? To nie powinno być przedmiotem partyjnego konkursu na najbardziej efektowną ripostę. Powinno stać się przedmiotem poważnego postępowania wyjaśniającego.

Bo Trybunał Konstytucyjny nie jest własnością Tuska, Kaczyńskiego, Święczkowskiego ani żadnej partii. Jest instytucją państwa. A państwo nie może być prywatnym folwarkiem tych, którzy akurat dysponują większością parlamentarną.

I jeszcze jedno: jeżeli ktoś uważa, że cel uświęca środki, powinien pamiętać, że w polityce środki mają wyjątkowo długą pamięć.

Dzisiaj można mieć władzę. Jutro trzeba będzie mieć argumenty. A pojutrze być może trzeba będzie mieć również adwokata.

Poprzedni artykuł
Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Polexit musi być planem!

Jarosław Kaczyński, występując w Krynicy, postawił diagnozę, która nie...

Wspólny blok PiS-Rozwój Plus zmienia całkowicie układ sił!

Niedawno pisałem o zamarzniętym piekle i kołczanie strzał, które...

Marian Banaś: Państwo nie może być partyjnym łupem!

Gospodarka, niegospodarność, upolitycznione instytucje i potrzeba odbudowy zaufania obywateli...

Tusk chce cenzury!

Rząd chce wprowadzić możliwość administracyjnej cenzury internetu. Większość rządząca...