Polityka zastępcza. O czym rozmawiamy, gdy nie rozmawiamy o Polsce

Date:

Polityka ma swoje stare, sprawdzone sztuczki. Jedną z najskuteczniejszych jest znalezienie tematu zastępczego, który będzie tak absurdalny, tak krzykliwy i tak wdzięczny dla mediów, że cała reszta zejdzie na dalszy plan. W historii III RP widzieliśmy to wiele razy. Kiedy nie ma się czym pochwalić, kiedy gospodarka zwalnia, kiedy inwestycje stoją w miejscu, kiedy państwo coraz bardziej przypomina maszynę do produkowania komunikatów, trzeba znaleźć coś, czym ludzie będą się zajmować przy porannej kawie.

Donald Tusk doskonale zna tę zasadę. To polityk z wieloletnim doświadczeniem, człowiek, który rozumie mechanizmy medialne lepiej niż większość swoich konkurentów. I trudno oprzeć się wrażeniu, że jego rząd ma własny system odwracania uwagi. Wystarczy wypuścić na pierwszy plan kilka postaci, które niemal gwarantują polityczny pożar w mediach. Katarzyna Kotula, Klaudia Jachira, Joanna Scheuring-Wielgus, Aleksandra Gajewska, Urszula Zielińska, Marta Wcisło, (żeby nie było, że same kobiety – dodajmy jeszcze Naleśnika tj. posła Witolda Zembaczyńskiego – naszego ulubionego parlamentarzystę oraz posłów Głupiego i Głupszego), których to wypowiedzi często stają się paliwem dla kolejnych awantur.

I nagle wszyscy rozmawiają o nich, o tym co „chlapnęli”, jak gołąb o parapet.

Nie o tym, dlaczego Polska ma problem z gigantyczną dziurą budżetową. Nie o tym, dlaczego wielkie projekty infrastrukturalne zostały odłożone na półkę. Nie o tym, dlaczego Polacy czekają latami w kolejkach do lekarzy (oczywiście nie wszyscy Polacy). Nie o tym, dlaczego państwo, zamiast działać, zajmuje się głównie komunikacją własnej wyjątkowości.

Zamiast tego mamy kolejną debatę o słowach Katarzyny Kotuli.

Minister do spraw równości została zapytana o zrównanie wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn. Usłyszeliśmy, że pełna równość oznacza również równy podział obowiązków domowych. Czyli zanim kobieta przejdzie na emeryturę w tym samym wieku co mężczyzna, trzeba sprawdzić, kto częściej myje naczynia, kto odkurza mieszkanie i kto pamięta o zakupie proszku do prania. Być może kolejnym krokiem będzie powołanie specjalnej komisji do spraw kontroli wykonywania prac domowych przez współmałżonków. Państwowi inspektorzy będą odwiedzać polskie mieszkania, sporządzać protokoły i sprawdzać, czy podział obowiązków został wykonany zgodnie z wytycznymi. Jeden punkt za wyniesienie śmieci, dwa za ugotowanie obiadu, trzy za samodzielne odkrycie, że w łazience skończył się papier toaletowy.

Oczywiście można się zastanawiać, czy w przyszłości ZUS będzie potrzebował nie tylko zaświadczenia o stażu pracy, ale również raportu z gospodarstwa domowego: ile razy w tygodniu obywatel odkurzał, czy regularnie mył podłogę i czy jego wkład w rodzinne obowiązki osiągnął wymagany poziom równości. Brzmi jak żart, ale właśnie na tym polega problem części współczesnej polityki – sprawy ważne zostają zastąpione przez symbole i ideologiczne rytuały. Zamiast rozmawiać o tym, jak zapewnić stabilność systemu emerytalnego, łatwiej prowadzić spór o to, kto w domu trzyma mop.

To jest właśnie ten rodzaj politycznej abstrakcji, który świetnie nadaje się mediów. Jedno zdanie wystarczy, aby przez kilkadziesiąt godzin trwała narodowa dyskusja. Jedni będą oburzeni, drudzy będą bronić, trzeci będą ironizować. A w tym czasie znika pytanie najważniejsze: co właściwie robi rząd?

Bo przecież nie chodzi o to, że podział obowiązków domowych nie jest tematem. Jest. Społeczeństwa się zmieniają, role kobiet i mężczyzn ewoluują, a nierówności w życiu codziennym istnieją. Tyle że państwo ma ograniczone zasoby uwagi. Minister odpowiedzialny za poważne sprawy powinien przede wszystkim odpowiadać na pytania dotyczące spraw najważniejszych. Gdy pytamy o emerytury, oczekujemy odpowiedzi o emeryturach. Gdy pytamy o gospodarkę, chcemy słyszeć o gospodarce.

Nie o tym, kto wynosi śmieci.

Ale może właśnie o to chodzi. Może ten chaos nie jest przypadkiem. Może ktoś doskonale wie, że polityka emocji jest tańsza niż polityka konkretów. Nie trzeba oddawać nowych dróg, fabryk czy strategicznych inwestycji. Wystarczy dostarczyć codziennie nową kontrowersję.

Jednego dnia mamy dyskusję o tym, kto powinien przepraszać za historię. Drugiego – językowych eksperymentach urzędników. Trzeciego – o budowaniu statku kosmicznego. Każdy temat osobno może wydawać się groteskowy, ale razem tworzą skuteczną zasłonę dymną.

Bo kiedy naród kłóci się o absurd, trudniej zauważyć otaczająca nas stagnację.

Czy od tych debat powstanie choć jedna elektrownia atomowa? Czy poprawi się sytuacja demograficzna Polski? Czy ruszą inwestycje w polski przemysł zbrojeniowy? Czy przedsiębiorca będzie miał mniej powodów do obaw? Czy młody człowiek łatwiej kupi mieszkanie? Na te pytania odpowiedzi zwykle są mniej efektowne niż kolejna wypowiedź polityka, który zamierza wybudować pierwszy polski statek kosmiczny.

Być może więc największym sukcesem takich wypowiedzi nie jest to, że ktoś w nie wierzy. Sukces polega na tym, że wszyscy o nich mówią. A kiedy wszyscy patrzą na statek kosmiczny zbudowany z politycznych słów, mało kto zauważa, że prawdziwy statek – ten państwowy – stoi gdzieś w krzakach i nigdzie nie odlatuje.

Wielce szanowny redaktor Stanowski po słowach minister Kotuli oświadczył, że „rządzą nami wariaci”. Mocne słowa, jak to u redaktora Stanowskiego bywa, ale pozostaje pytanie znacznie ciekawsze: kto tych „wariatów” wybrał? Przecież nie spadli oni na Polskę z kosmosu. Nie zostali mianowani przez tajemniczą komisję w Brukseli ani wyłonieni w drodze losowania.

Zostali wybrani przez obywateli w demokratycznych wyborach. Otrzymali mandaty, stanowiska i prawo do decydowania o sprawach państwa.  Bo przecież polityk, który mówi o kontroli podziału obowiązków domowych, nie pojawił się w próżni. Ktoś go wybrał, ktoś oddał na niego głos, ktoś uznał, że właśnie taki sposób uprawiania polityki odpowiada jego oczekiwaniom…Na to wszystko muszę patrzeć! Dramat w niekończących się aktach.

Konrad Dziecielski
Konrad Dziecielski
k.dziecielski@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Sędzia, który przypomniał, że prawo ma jeszcze duszę!

Żyjemy w czasach, w których od ludzi wymaga się...

 Świeca zgasła, został tylko dym. Kompromitacja Amnesty International!

Świeca, która dawniej oświetlała lochy dyktatur, dziś parzy tych, którzy śmią wierzyć inaczej. Gdy strażnicy wartości stają się inkwizytorami, uniwersalne prawa człowieka umierają w ciszy.

Złom, którego nikt nie chciał… a jednak walczył! Cena niewdzięczności!

Polska oddała Ukrainie „wojskowy złom”? Gdy ważyły się losy Kijowa, liczyły się sekundy, a nie fabryczna folia. Prof. Szeremietiew brutalnie rozlicza medialne mity i ujawnia, jak było naprawdę.

„Krzyk, którego nie udało się zagłuszyć”. Gdynia oddała głos ofiarom Wołynia!

Trójmiasto oddało hołd ofiarom Krwawej Niedzieli. Pierwszy Marsz Wołyński w Gdyni przyniósł wstrząsające relacje świadków i głośne żądanie prawdy oraz ekshumacji. „Wołyń wciąż woła o pamięć”.