Romanowski zaginął między premierem a prokuraturą!

Date:

Polska polityka doczekała się kolejnej zagadki z pogranicza s/f. Nie wiadomo, gdzie przebywa poseł Marcin Romanowski, przyjemniej zdecydowana większość Polaków nie wie. Natomiast wiadomo, że premier Donald Tusk wie. A właściwie – wie na 99 proc. To bardzo ważne rozróżnienie. W Polsce bowiem można nie wiedzieć, ale trzeba wiedzieć wystarczająco dużo, żeby wystąpić przed kamerami i oświadczyć, że (a brewka nawet nie drgnęła) według informacji – jakiś – służb Romanowski na 99 proc. przebywa w Naddniestrzu, a konkretnie w Tyraspolu. Już się chłopaki z ABW ubierały w stylowe kominiarki, gdy przed kamery wepchał się jakiś prokurator (należy ustalić kto zacz), który powiedział: spokojnie jak na wojnie, ale nie mamy procesowego potwierdzenia. Z materiału dowodowego nie wynika, że Romanowski jest w Tyraspolu. Nie wynika również, że go tam nie ma! Czyli klasycznie (jak to w prokuraturze bonŻurka): Romanowski jest i Romanowskiego nie ma! Taki David Copperfield naszego grajdołka.

To trochę jak z pogodą: według premiera jutro na 99 proc. będzie padać, ale według prokuratury nie ma procesowego potwierdzenia występowania deszczu. Dreszcze same przechodzą po plecach! Rzecznik prokuratury tłumaczy, że nie ma żadnej sprzeczności. Premier mówi na podstawie informacji operacyjnych służb, natomiast prokuratura musi posługiwać się dowodami, które spełniają wymogi postępowania karnego. I bardzo dobrze! Tylko że w takim razie pojawia się jakże zasadne pytanie, które zadał obrońca posła Romanowskiego, mecenas Bartosz Lewandowski: skoro premier wie, to może warto przesłuchać premiera?

Mecenas Lewandowski złożył wnioski dowodowe w dwóch postępowaniach – dotyczącym listu żelaznego oraz uchylenia Europejskiego Nakazu Aresztowania. W obu chce przesłuchania Donalda Tuska w charakterze świadka. Do wniosków dołączył materiał prasowy z wypowiedzią premiera i zawnioskował również o zwrócenie się do służb z pytaniami dotyczącymi ustaleń w sprawie miejsca pobytu jego klienta.

Prokuratura odpowiada, że przesłuchanie premiera nie jest „właściwym źródłem dowodowym”. No i bardzo dobrze! Ale…, skoro premier ma informację, której prokuratura nie ma, to może zamiast tłumaczyć, dlaczego premier nie jest „źródłem dowodowym”, warto zapytać premiera, skąd tę informację ma? Nie trzeba od razu organizować komisji śledczej. Wystarczyłoby zwykłe: „Panie premierze, gdzie jest Romanowski”? „W Naddniestrzu”. „Skąd pan wie”? „Służby”. „Jakie służby”? „Współpracujące”. „A czy mogą to potwierdzić”? „Nieprocesowo”. I mamy gotowy scenariusz kolejnego tasiemca, że pani Ilona Łepkowska schować się może!

Cała sprawa robi się jeszcze ciekawsza, ponieważ sam Romanowski złożył wniosek o list żelazny, a przesyłka – według informacji sądu – została nadana w Tyraspolu. To oczywiście jest mocna poszlaka. Ale poszlaka to jeszcze nie dowód! W dodatku Naddniestrze jest miejscem, które znakomicie pasuje do politycznej opowieści. Region separatystyczny, rosyjskie wpływy, Tyraspol, Mołdawia… Brakuje tylko mgły, starego Mercedesa i agenta rosyjskiego wywiadu stojącego przy kiosku z kwasem chlebowym, do którego wolnym krokiem zbliża się Donald Tusk i szepcze: „Najlepsze kasztany rosną na placu…”.

Nic więc dziwnego, że informacja „Romanowski uciekł pod skrzydła Rosjan” brzmi medialnie zdecydowanie lepiej niż „Romanowski przebywa poza Unią Europejską, a jego dokładna lokalizacja pozostaje niepotwierdzona procesowo”. Pierwsze zdanie ma potencjał na pasek w telewizji. Drugie ma potencjał na przypis w aktach. I właśnie dlatego warto zachować zdrowy rozsądek.

Historia lubi się powtarzać

Pamiętamy przecież grudzień 2024 roku. Wtedy również pojawiały się medialne doniesienia dotyczące miejsca pobytu Romanowskiego. Padała między innymi Hiszpania, podczas gdy ostatecznie polityk poinformował o uzyskaniu azylu na Węgrzech. A zatem można powiedzieć, że Romanowski ma wyjątkowy talent do podróżowania szybciej niż polskie serwisy informacyjne. W jednym kraju jest według mediów, w drugim według służb, w trzecim według własnego oświadczenia, a w czwartym jest tam, gdzie jest! Być może rozwiązaniem problemu byłoby utworzenie specjalnej aplikacji „Gdzie jest Romanowski?”. Użytkownik wpisywałby nazwisko, a aplikacja odpowiadałaby:

  • Hiszpania – 34 proc.

  • Węgry – 21 proc.

  • Serbia – 18 proc.

  • Naddniestrze99 proc. według premiera.

  • Procesowo potwierdzone0 proc.

A na dole małym drukiem: „Wyniki mogą ulec zmianie przed zakończeniem konferencji prasowej.”

Nie sądzę, żebyśmy szybko zobaczyli list żelazny w rękach Marcina Romanowskiego. Nie dlatego, że wiem, co zrobi sąd. Nie wiem. Ale dlatego, że list żelazny ma pewną niezwykle irytującą dla widowiskowej polityki właściwość: daje gwarancję, że człowiek może wrócić do kraju i odpowiadać z wolnej stopy. A wtedy cała operacja „Romanowski – człowiek, którego trzeba koniecznie schwytać” traci nieco ze swojego dramaturgicznego uroku. Bo wyobraźmy sobie scenę.

  • Samolot ląduje.

  • Romanowski wychodzi.

  • Dziennikarze czekają.

  • Kamery pracują.

  • I nic.

Żadnego pościgu. Żadnego wyłamania drzwi. Żadnego triumfalnego „mamy go!”. Żadnego obrazka funkcjonariuszy ABW wyprowadzających posła w kajdankach. Po prostu człowiek wraca i idzie do sądu. A przecież polska polityka lubi obrazki. Zwłaszcza takie, które można puścić w serwisie informacyjnym trzy razy w ciągu jednego wieczoru.

W tej historii nie chodzi nawet o Romanowskiego. Chodzi o standard państwa. Jeżeli premier mówi, że ktoś znajduje się w konkretnym miejscu na 99 proc., a prokuratura odpowiada, że nie ma procesowego potwierdzenia jego pobytu, to obywatel ma prawo zapytać: kto właściwie wie i na jakiej podstawie? Jeżeli premier ma wiedzę operacyjną, której nie może wykorzystać prokuratura, to mamy ciekawy model państwa. Premier wie, służby wiedzą, media wiedzą, internet wie, a prokuratura – która musi to wszystko później udowodnić przed sądem – nie może tego wiedzieć procesowo.

Informacja o rzekomym pobycie Romanowskiego w Naddniestrzu natychmiast stała się jednym z głównych tematów politycznych. W kilka godzin otrzymaliśmy pełny pakiet: Rosja, Naddniestrze, zdrada, służby, ucieczka, PiS i oczywiście Romanowski. To medialnie znakomity temat. Nie trzeba wtedy długo mówić o innych problemach. Wystarczy pytanie: „A gdzie jest Romanowski?” I pół Polski zaczyna szukać mapy Naddniestrza. A przecież może się okazać, że największą tajemnicą tej historii wcale nie jest miejsce pobytu Romanowskiego. Największą tajemnicą jest to, dlaczego premier wie na 99 proc., a prokuratura nie może wiedzieć procesowo nawet na 1 proc.

I tu dochodzimy do pointy. Jeżeli Donald Tusk rzeczywiście wie, gdzie znajduje się Marcin Romanowski, powinien bez problemu podzielić się tą wiedzą z sądem – oczywiście w zakresie, w jakim może to zrobić zgodnie z prawem. Jeżeli zaś nie może tego zrobić, bo informacja pochodzi z tajnych kanałów, których nie można ujawnić, to pozostaje nam piękne, polskie 99 proc.

  • 99 proc. pewności premiera.

  • 100 proc. niepewności prokuratury.

  • I 0 proc. pewności obywatela, czy jutro Romanowski będzie w Tyraspolu, Budapeszcie, Warszawie, czy – jak to już bywało – w miejscu, którego żaden telewizyjny ekspert akurat nie wskazał.

A gdyby ktoś chciał naprawdę rozwiązać zagadkę, proponuję zacząć od najprostszego rozwiązania: przesłuchać człowieka, który twierdzi, że wie. W końcu 99 proc. to już prawie dowód. Prawda? Tylko, że nieprocesowy.

Konrad Dziecielski
Konrad Dziecielski
k.dziecielski@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Gwałt na niewieście z własnego sztandaru. Jak demokracja walcząca pożarła standardy.

Deklaracja „biorę to na klatę” nie przywraca praworządności. Gdy demokracja walcząca łamie własne reguły w imię wyższej konieczności, zasady przestają istnieć, a stają się zwykłą pałką polityczną.

Medal z kartofla dla ZUS-u. Kto zapłaci za święty spokój elit?

Manuela Gretkowska i 44 złote emerytury. Czy emerytura za wkład w kulturę to rachunek wystawiony podatnikowi? O pracy za darmo, ZUS-ie i świętym oburzeniu tych, którzy nie płacili składek.

Nie wyć! Przekonywać. Lekcja rok po wyborach!

Nie mamy zwyczaju wchodzić w polemikę z lewicowymi komentatorami,...

Twarda polityka czy polityczna brawura? Problem z językiem prezydenta.

Przyznam, że nawet słynne zapowiedzi Szymona Hołowni o „wdeptywaniu...