Najpierw jest światło. Potem schody. Na końcu schodów zaczyna się inny Neapol. Ten pierwszy pozostaje na górze: głośny, rozgrzany, pełen skuterów, nawoływań i rozmów, które prowadzi się tak, jakby cisza była stratą czasu. Ten drugi leży tuż pod stopami. Nie ma tu słońca. Nie ma nieba. Jest kamień, wilgoć i ściany, które pamiętają więcej, niż człowiek chciałby wiedzieć o własnym gatunku.
Katakumby San Gaudioso znajdują się w dzielnicy Sanità. Nazwa brzmi niemal pogodnie, jak obietnica zdrowia i pomyślności. Tymczasem pod bazyliką Santa Maria della Sanità kryje się miejsce, w którym Neapol przez stulecia prowadził swoje rozmowy ze śmiercią.
Historia tego miejsca zaczęła się na długo przed tym, zanim stało się ono atrakcją dla przybyszów, który zaczęli zwiedzać świat przemieszczając się samolotami. Pamięć katakumb wiąże się z postacią afrykańskiego biskupa Gaudioso, który w 439 roku przybył do Neapolu, uciekając przed najazdem Wandalów. Wczesnochrześcijańskie cmentarzysko rozrastało się w następnych stuleciach. W 1616 roku osiedlili się tu dominikanie. Zmienili przestrzeń, włączyli ją w obręb nowej świątyni i nadali jej kolejne życie. Takie miejsca rzadko mają jedną historię. Są raczej warstwami czasu, z których każda przykrywa poprzednią, ale żadnej nie potrafi całkiem wymazać.
Korytarz i nisze wykute są w tufie, żółtej skale pochodzenia wulkanicznego. Neapol zbudował z niej część swojego świata. Tuf jest mocny, lecz porowaty, daje się obrabiać, pozwala drążyć przejścia i komory. Człowiek bierze skałę, wycina w niej przestrzeń, a potem oddaje ją umarłym.
Wydaje się, że to proste. Żywi potrzebują miejsca do życia. Umarli potrzebują miejsca, w którym nie będą przeszkadzać żywym. Ale historia pogrzebów pokazuje, że człowiek nigdy nie zadowalał się samym pochowaniem ciała. Chciał jeszcze ustalić, gdzie zmarły będzie leżał, kto położony zostanie obok niego, kto go kiedyś odwiedzi i jak długo świat będzie o nim pamiętał.
W katakumbach San Gaudioso pamięć miała swoją cenę.
W XVII wieku chowano tu przede wszystkim przedstawicieli arystokracji i duchowieństwa. Nie wszystkich traktowano jednakowo. Nawet śmierć, która miała unieważniać różnice między ludźmi, została wciągnięta w porządek społeczny. Bogaci mogli zapłacić za miejsce, które opowiadało o ich pozycji także po śmierci. Biedni nie mieli podobnych możliwości. Równość okazywała się ideą piękną, lecz niekoniecznie obowiązującą w praktyce.
Ciała umieszczano w specjalnych niszach, nazywanych scolatoi, aby traciły płyny ustrojowe. W tym celu wykorzystywano również otwory i pojemniki odprowadzające wydzieliny. Była to praktyka znana w niektórych południowowłoskich środowiskach pogrzebowych, szczególnie wśród duchownych i zamożnych rodzin. Dziś brzmi jak fragment opowieści o obcym, niemal nierealnym świecie. Wówczas należała do porządku rzeczy.
Nie była to jednak wyłącznie opowieść o technice. Była opowieścią o wierze, statusie i pragnieniu, by śmierć nie oznaczała natychmiastowego zniknięcia. Ludzie potrafią wiele zrobić, aby odsunąć od siebie myśl o końcu. Jedni budują pomniki. Inni zamawiają portrety. Jeszcze inni chcą, aby ich szczątki pozostały widoczne, by ktoś, kto przejdzie przez korytarz za sto, dwieście lat, zatrzymał się choćby na chwilę.
W San Gaudioso niektórym zmarłym pozostawiono czaszki w ścianach. Umieszczano je we wnękach, a poniżej malowano ciała. Freski przedstawiały niekiedy stroje i przedmioty związane z pozycją lub zajęciem zmarłego. W ten sposób powstawał portret osobliwy: prawdziwa kość i namalowana reszta, materia i wyobrażenie, to, co zostało, i to, co żywi chcieli jeszcze dopowiedzieć.
Twarz znikała. Pozostawała czaszka.
W czasach, kiedy chowano tu ludzi, czaszkę uważano za szczególnie ważną część człowieka. Wierzenia i zwyczaje pogrzebowe zmieniały się w czasie, ale w tej praktyce głowa stawała się znakiem rozpoznawczym zmarłego. Ciało mogło ulec rozkładowi, ubranie zniknąć, imię zapaść w mroku historii… Czaszka trwała w murze jak znak postawiony na przekór zapomnieniu.
A jednak zapomnienie nie potrzebuje wiele czasu. Wystarczy kilka pokoleń. Potomkowie odchodzą, nazwiska przestają cokolwiek mówić, herby tracą znaczenie. Człowiek, który za życia otoczony był służbą, pieniędzmi i szacunkiem, staje się dla obcego turysty kolejnym elementem, kolejnej ściany.
Na jednej ze ścian widzimy figurę – „Musso Frankenstein”. To osobliwy strażnik złożony z kości pochodzących od różnych osób. Jego nienaturalnie długi kręgosłup sprawia, że wygląda jak stworzenie złożone przez kogoś, kto próbował odtworzyć człowieka na podstawie fragmentów. Nie jest już pojedynczą osobą. Nie jest też po prostu szkieletem. Staje się symbolem, strażnikiem cmentarza, przypomnieniem, że zmarli nadal należą do świata żywych — choćby tylko jako przedmiot ich wyobraźni.
Patrzę na tę figurę i myślę, że człowiek od zawsze próbował uporządkować śmierć. Nadawał jej imiona, stawiał przy niej anioły, malował diabły, tworzył ceremonie i przepisy. Chciał wierzyć, że nawet tam, gdzie wszystko się kończy, istnieje jakiś porządek. Że ktoś pilnuje bramy. Że ktoś wie, kto powinien znaleźć się po której stronie.
Na ścianie pojawia się napis: Memento mori – Pamiętaj o śmierci!
To zdanie nie jest groźbą. Raczej informacją, której człowiek nie chce przyjąć do wiadomości. Umrzesz, choćbyś miał władzę. Umrzesz, choćbyś zgromadził wiedzę, pieniądze i tytuły. Umrzesz, choćbyś uważał, że twoje nazwisko jest ważniejsze od nazwisk innych ludzi.
Śmierć zwycięża nad czasem, bogactwem i pozycją. Tak brzmi przesłanie tego zwołania. Ale zaraz pojawia się sprzeczność: przecież to właśnie w tym miejscu bogaci mogli wykupić sobie szczególny rodzaj pamięci. Czaszki umieszczone w ścianie nie były przypadkowe. Ich obecność świadczyła również o tym, że ktoś miał pieniądze, by za takie miejsce zapłacić.
Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi.
Wobec pogrzebu nie wszyscy byli równi.
Ludzie nawet wówczas, gdy stają wobec rzeczy ostatecznej, próbują ocalić własne hierarchie. Zabierają do grobu majątek, tytuły, przywileje. A jeśli nie mogą zabrać ich naprawdę, próbują zostawić ich ślad w kamieniu.
Neapol zna takie sprzeczności. Jest miastem, w którym świętość sąsiaduje z codziennym chaosem, piękno z rozpadem, a życie potrafi być głośne nawet wtedy, gdy rozgrywa się tuż obok cmentarza. W dzielnicy Sanità śmierć nie znajduje się na odległym przedmieściu, za bramą oddzielającą ją od miasta. Jest pod nim. Wbudowana w jego architekturę, w jego pamięć, w jego sposób rozumienia świata.
Po pewnym czasie zaczynam patrzeć na czaszki inaczej. Nie jak na dekorację, choć dla zwiedzających łatwo stają się makabryczną atrakcją. Nie jak na anonimowe szczątki, choć większość nazwisk dawno przepadła. Widzę w nich ludzi, którzy chcieli zostać zapamiętani. Którzy bali się zniknięcia tak samo jak my. Którzy płacili za to, aby ich śmierć nie była całkiem bezimienna.
Nikt już dziś pamięta ich głosów, ich twarzy. Ściana zachowała kości, ale nie potrafi opowiedzieć całego życia. Nie wiemy, kogo kochali, czego się bali, komu byli winni pieniądze, kogo skrzywdzili i kto za nimi tęsknił. Zachował się zaledwie fragment tej historii. Resztę musi dopowiedzieć wyobraźnia.
Na górze tętni miasto, gwarne ulice, sklepy, skutery, głosy i ludzie spieszący do swoich spraw. Zobaczymy twarze, które za kilkadziesiąt lat staną się wspomnieniem, a później być może niczym więcej niż nazwiskiem na nagrobku.
Zanim ruszę do wyjścia, spoglądam jeszcze raz na ścianę.
Przez stulecia ci ludzie chcieli być widoczni. Chcieli, aby ktoś ich rozpoznał. Chcieli pozostać. I pozostali. Ale nie tak, jak sobie wyobrażali. Zostali czaszkami w kamiennej ścianie. Milczącymi świadkami świata, w którym nawet po śmierci człowiek próbował kupić sobie miejsce bliżej wieczności. A wieczność, jak się okazuje, nie zna nazwisk.




