W minioną sobotę 21-letni Libańczyk wjechał furgonetką w tłum ludzi w alejce w berlińskim parku Tiergarten. Nieopodal odbywała się tzw. Parada Równości. W ataku zginęła Polka (jej córka została ranna), a 29 osób zostało dotkliwie poturbowanych. W niedzielę sprawca zamachu został zastrzelony podczas policyjnej operacji na terenie ogródków działkowych w berlińskiej dzielnicy Spandau.
Nie ukrywam – odsłuchiwałem tę wypowiedź kilka razy i ze zdziwienia przecierałem swoje przepiękne oczęta. Nie dlatego, że nie rozumiałem jej treści. Dlatego, że nie mogłem uwierzyć, iż ktoś mógł wypowiedzieć takie (głupie i szokujące) słowa. Podczas czuwania po zamachu pojawiają się głosy rozczarowania, że sprawcą nie okazał się „białym chrześcijaninem”, lecz radykalnym islamistą. Szczęka opadła mi po pas. Nie, nie chodzi o pomyłkę. Nie chodzi o błędną identyfikację sprawcy. Chodzi o rozczarowanie, że rzeczywistość nie potwierdziła oczekiwanego scenariusza. Szok i niedowierzanie.
To jest moment, w którym człowiek przestaje zastanawiać się nad samym wydarzeniem. Zaczyna natomiast zadawać sobie pytanie znacznie ważniejsze. Czy zwolennicy skrajnie lewicowej wizji rzeczywistości nie widzą związku przyczynowo-skutkowego? Bo przecież wszystko, co robią w debacie publicznej, opiera się właśnie na przekonaniu, że taki związek… (a kuku) istnieje. Zależy tylko do czego to przekonanie przyłożyć.
Jeżeli rośnie temperatura, to – to lewica mówi – jest to efekt działalności człowieka. Jeżeli ktoś użyje niewłaściwego słowa, to – z lewej strony słyszymy – ma ono wpływ na emocje, zachowania i społeczne postawy. Jeżeli w internecie pojawi się „mowa nienawiści”, to – przekonują – może ona prowadzić do przemocy. A więc doskonale rozumieją, czym jest ciąg przyczyn i skutków!
Dlaczego zatem ta logika nagle znika, gdy rozmowa schodzi na tematy migracji, bezpieczeństwa czy radykalnego islamizmu? Dlaczego wtedy słyszymy, że nie wolno niczego łączyć, a świat działa na zasadzie wolnych elektronów? Że każdy przypadek jest odosobniony. Że wszelkie próby dostrzegania szerszego obrazu są przejawem uprzedzeń. To jest właśnie intelektualna sprzeczność, której nie potrafię zrozumieć.
Jeżeli przez lata prowadzi się określoną politykę migracyjną, otwiera granice, bagatelizuje problemy z integracją, oskarża o „ksenofobię” każdego, kto ostrzega przed zagrożeniami, a jednocześnie konsekwentnie marginalizuje problem radykalizacji części środowisk islamistycznych, to czy naprawdę nikomu nie przychodzi do głowy, że może istnieć związek między decyzjami politycznymi a ich konsekwencjami? Nie twierdzę, że każdy migrant stanowi zagrożenie. Byłoby to równie nierozsądne, jak twierdzenie, że każdy kibic jest chuliganem albo każdy przedsiębiorca oszustem. Ale równie nierozsądne jest udawanie, że problemy nie istnieją tylko dlatego, że ich istnienie komplikuje polityczną narrację.
Najbardziej uderza jednak coś jeszcze. Wyobraźmy sobie sytuację odwrotną. Dochodzi do zamachu. Ktoś mówi: „Szkoda, że sprawca nie był islamistą”. Jak długo taka osoba funkcjonowałaby w przestrzeni publicznej? Godzinę? Dwie? Ile czasu zajęłoby nazwanie jej fanatykiem, ekstremistą albo człowiekiem szerzącym nienawiść? I słusznie. Bo byłaby to wypowiedź obrzydliwa. Dlaczego więc, gdy kierunek oczekiwań jest odwrotny, część komentatorów nie dostrzega równie głębokiego moralnego problemu? Czy naprawdę nie widzą symetrii? Czy może widzą, ale uznają, że jedne uprzedzenia są moralnie dopuszczalne, a inne nie? Inna sprawa, że prokuratura Żurka już by delikwentowi lampą po oczach zaświeciła…
Historia uczy jednej rzeczy. Ideologia zaczyna być niebezpieczna nie wtedy, gdy głosi kontrowersyjne poglądy. Staje się niebezpieczna wtedy, gdy przestaje przyjmować do wiadomości fakty. Bo fakty są uparte. Nie pytają o poglądy. Nie głosują. Nie należą do żadnej partii. Po prostu są.
Jeżeli jednak rzeczywistość przestaje pasować do wcześniej przygotowanej opowieści, ideolog nie zmienia opowieści. Zaczyna mieć pretensje do rzeczywistości. I właśnie dlatego zdanie wypowiedziane podczas tego czuwania jest tak porażające. Nie dlatego, że świadczy o niechęci wobec chrześcijan. Nie dlatego, że wpisuje się w bieżący spór polityczny. Ale dlatego, że pokazuje coś znacznie groźniejszego. Moment, w którym tragedia przestaje być tragedią, a staje się jedynie narzędziem do potwierdzenia własnej narracji.
Jeżeli zamach nie potwierdza założonej tezy, pojawia się rozczarowanie. Nie ofiarami. Nie przemocą. Lecz… niewłaściwym sprawcą. I wtedy przestajemy rozmawiać o polityce. Zaczynamy rozmawiać o stanie umysłu. Bo człowiek, który bardziej przeżywa to, że rzeczywistość nie potwierdziła jego ideologicznych oczekiwań niż samą śmierć niewinnych ludzi, przestał już szukać prawdy. On szuka wyłącznie potwierdzenia własnych przekonań. A od tego momentu do utraty kontaktu z rzeczywistością pozostaje już tylko jeden krok.
Od lat słychać ostrzeżenia, że bezrefleksyjna polityka migracyjna może prowadzić do zderzenia dwóch systemów wartości. Z jednej strony społeczeństwa Zachodu, które – niezależnie od sporów światopoglądowych – wypracowały wysoki poziom ochrony praw osób homoseksualnych, a Polska nie ma się tutaj czego wstydzić. Z drugiej strony zasysamy ludzi wywodzących się z kultur, w których homoseksualizm bywa nie tylko społecznie potępiany, ale jest… karany.
Coraz częściej pada więc gorzkie pytanie: czy naprawdę można jednocześnie wspierać masową migrację z krajów, gdzie prawa osób LGBT są systemowo ograniczane, i oczekiwać, że ci sami przybysze automatycznie przyjmą europejski punkt widzenia na orientacje seksualną?
Iwona Hartwich, poseł Koalicji Obywatelskiej: Wpuśćcie w końcu tych ludzi do Polski! Kim są, ustali się później! Od czego macie służby?
Jedna z wypowiedzi, która obiegła media społecznościowe, ujmuje ten paradoks niezwykle dosadnie: „Nie można wpuścić milionów muzułmanów do Europy, a potem dziwić się, że homoseksualiści są atakowani. Homoseksualiści muszą w końcu się obudzić! To nie biali heteroseksualni mężczyźni są ich przeciwnikami. To niekontrolowana fala imigracji, która zalewa Europę jest dla nich prawdziwym zagrożeniem. Nie mogą wspierać muzułmanów i jednocześnie oczekiwać od nich akceptacji.”
Trudno uciec od pytania, które za tym pytaniem się kryje: czy decyzje polityczne naprawdę nie mają konsekwencji? Jeżeli przez lata ignoruje się różnice kulturowe, religijne i cywilizacyjne, to czy późniejsze napięcia społeczne są wyłącznie dziełem przypadku?
I jest w tym wszystkim jeszcze jeden paradoks. Przez lata część debaty publicznej przyzwyczaiła nas do myślenia, że największym zagrożeniem jest przede wszystkim człowiek wychowany w zachodniej kulturze – biały, chrześcijański mężczyzna. To on miał być symbolem przemocy, wykluczenia i nietolerancji. Tymczasem rzeczywistość skrzeczy. Miliony zwykłych ludzi wychowanych w tej kulturze nie organizują zamachów, nie wychodzą na ulice z nienawiścią i nie szukają wrogów. Zamiast tego prowadzą zwyczajne życie – pracują, wychowują dzieci, spotykają się ze znajomymi, oglądają mecze, idą na piwo z kolegami. Nie dlatego, że są idealni. Dlatego, że normalne społeczeństwa składają się przede wszystkim ze zwykłych ludzi, a nie z karykatur tworzonych na potrzeby lewicowych elit.
Pakt Migracyjny musi zostać przez Polskę wypowiedziany!
Analiza M24
Cena imigracji: bezpieczeństwo, radykalizacja i problem islamizmu w Niemczech.
Każda polityka migracyjna ma swoje konsekwencje. Jedną z nich jest konieczność stałego monitorowania środowisk, które mogą stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Niemcy od lat mierzą się z problemem radykalnego islamizmu. Według danych Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) w 2025 roku za Odrą znajdowało się około 28,6 tys. osób zakwalifikowanych jako islamiści. Z tej grupy ponad 9 tys. osób służby uznawały za potencjalnie zdolne do zastosowania przemocy.
Debatę publiczną ponownie ożywił przypadek 21-letniego Abdula Ballouta, podejrzanego o przeprowadzenie ataku podczas berlińskiej Parady Równości. Według ustaleń śledczych miał on wjechać samochodem w tłum ludzi, a następnie zaatakować ich ostrym narzędziem. W wyniku zdarzenia jedna osoba zginęła, a wiele zostało rannych.
Ballout urodził się w Berlinie w rodzinie libańskich imigrantów. Nie był przybyszem z zewnątrz – radykalizacja miała nastąpić już w Niemczech. Według informacji służb miał identyfikować się z ideologią tzw. Państwa Islamskiego i wcześniej był znany policji, m.in. w związku z aktami przemocy.
Według danych Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji środowisko islamistyczne w Niemczech liczy obecnie dziesiątki tysięcy osób. Szczególną uwagę służb zwraca fakt, że znaczna część z nich jest oceniana jako potencjalnie gotowa do przemocy. Około jednej dziesiątej tego środowiska skupiona jest w Berlinie, gdzie według danych bezpieczeństwa znajduje się również duża liczba osób zdolnych do przeprowadzenia ataków motywowanych ekstremistyczną ideologią.
Środowiska islamistyczne nie stanowią jednolitej grupy. Obejmują zarówno zwolenników organizacji takich jak Hamas czy Hezbollah, środowiska salafickie, jak i osoby pozbawione formalnych powiązań organizacyjnych, które jednak przejmują radykalną ideologię, np. inspirowaną przez Państwo Islamskie.
Jednym z największych wyzwań pozostaje proces radykalizacji. Coraz częściej nie wymaga on kontaktu z formalnymi strukturami organizacyjnymi ani długotrwałego przygotowania. Internet umożliwia szybkie rozpowszechnianie ekstremistycznych treści, a potencjalny sprawca może działać samodzielnie.
Współczesny terroryzm coraz częściej nie potrzebuje skomplikowanych planów, specjalistycznego sprzętu ani rozbudowanej siatki. Czasem wystarczy samochód i proste narzędzie przemocy. To właśnie ta zmiana charakteru zagrożenia sprawia, że walka z radykalizacją stała się jednym z najpoważniejszych wyzwań dla europejskich państw.




