Wolny język i wolny człowiek …

Date:

24 grudnia br. weszła w życie nowelizacja Kodeksu pracy nakazująca używanie w ogłoszeniach o pracę nazw stanowisk neutralnych płciowo. Leszek Miller (choć stary komuch), na swoim profilu skomentował to w sposób prześmiewczy:

„Lewica odniosła wielki sukces. Z rynku pracy znikają stolarz, przedszkolanka i opiekunka. Nie dlatego, że wymarli, tylko dlatego, że mają płeć. A płeć – jak wiadomo – jest dziś podejrzana. Zamiast nich pojawia się więc „osoba wykonująca prace stolarskie”, „osoba realizująca czynności wychowania przedszkolnego” oraz „osoba do spraw opiekuńczych”. Lepiej wszystko rozmyć, bo dotychczasowe nazewnictwo może kogoś urazić, wykluczyć albo – co gorsze – pozwolić się domyślić, kto robi co i dlaczego. Skoro nie wolno już nazywać rzeczy po imieniu, to nie ma się co dziwić, że coraz trudniej odróżnić zdrowy rozsądek od absurdu”.

Miller X
źródło: X/Leszek Miller

Nie tylko Miller, ale cały internet też się śmieje z tego osiągnięcia lewicy, memy gonią memy. A ja przewrotnie powiem za Gogolem: Z czego się śmiejecie? Sami z siebie się śmiejecie! Dlaczego? Ano dlatego, że to nie jest już tylko kwestia zdrowego rozsądku, jak uważa Miller. To już jest prawo i to prawo, które zaczyna obowiązywać na bardzo wrażliwym etapie relacji państwo – obywatel: w ogłoszeniu o pracę.

Jak od 24 grudnia br. pracodawca, szukając pracownicy do przedszkola, napisze w ogłoszeniu, że szuka „przedszkolanki”, zamiast napisać tak, jak to prześmiewczo ujął Miller, że szuka „osoby realizującej czynności wychowania przedszkolnego”, to złamie prawo. A to już nie jest do śmiechu.

Oczywiście zwolennicy zmian mówią: to tylko neutralność, to tylko równość, to tylko język. A z kolei przeciwnicy: to jest ideologia, absurd, papierowa poprawność. Obie strony mają rację – i obie jej nie mają. Bo gdy „tylko język” staje się normą prawną, przestaje być tylko językiem. Zaczyna być narzędziem kontroli.

Toteż w tym sensie nie mamy do czynienia tylko z regulacją antydyskryminacyjną, lecz z miękką formą cenzury (na razie). Nie cenzury treści – jeszcze nie – ale cenzury formy. Państwo nie mówi: „CO” masz myśleć, ale wyraźnie mówi: „JAK” wolno ci to nazwać. A to zawsze jest pierwszy etap. Najpierw lista dopuszczalnych określeń, potem lista niewłaściwych, a na końcu – sankcja za użycie „złego” słowa.

W tej sprawie nie chodzi o to, czy feminatywy są potrzebne, czy nie, ani o to, czy język powinien się zmieniać – bo język zmienia się zawsze. Chodzi o moment, w którym zmiana przestaje być naturalna, a zaczyna być narzucana i egzekwowana. Od tego momentu język nie jest już przestrzenią porozumienia, staje się przestrzenią represji. Dziś chodzi o ogłoszenie o pracę. Jutro o dokument, pojutrze o wypowiedź publiczną.

Możemy się śmiać – i nawet warto, bo ironia bywa ostatnią linią obrony rozsądku. Ale dobrze wiedzieć, z czego się śmiejemy. Bo gdy państwo zaczyna poprawiać obywatela nie za to, kogo dyskryminuje, lecz za to, jakiego słowa użył, to nie jest już tylko reforma językowa. To jest sygnał, że język przestaje być wolny. A wolny język to również wolny człowiek.

Każda rewolucja zaczyna się od języka. Nie dlatego, że słowa same w sobie są groźne, lecz dlatego, że kontrola nad słowami oznacza kontrolę nad granicami myślenia. No i chłopaki i dziewczyny, tfu… osoby męskie i żeńskie z lewicy, realizują rewolucję. Tak wyglądają na serio sprawy z przedszkolanką i „osobą realizującą czynności wychowania przedszkolnego”.

Tadeusz Hatalski
Tadeusz Hatalski
kpt. ż.w., Członek Rady Gospodarczej przy Prezydencie RP

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Zaproszenie na progu płonącego domu. Hiszpańska polityka migracyjna wystawia rachunek

Kiedy granica staje się tylko teorią, hiszpańska polityka migracyjna przynosi zapaść w Ceucie. To nie histeria sąsiadów, lecz rachunek za wysyłanie w świat niebezpiecznych sygnałów bez pokrycia.

Od tragedii do farsy. Polska między narodowym mitem a polityką strachu!

Gdy narodowe tragedie zastępuje polityczna farsa, a rakiety w rzepaku stają się narzędziem władzy. Czy groteskowe zarządzanie strachem to jedyny pomysł rządzących na zaczarowanie rzeczywistości?

Od szczawiu do dębu. Kawa z żołędzi jako nowy program socjalny rządu

Miało być taniej i nowocześnie, a kończy się kursem survivalu. Gdy ceny na rynkach szybują, rząd ma prostą radę: kawa z żołędzi. Czy po mirabelkach i pokrzywie przyjdzie pora na trawę z trawnika?

12 tysięcy zamiast 60. Wielka obietnica dostała mały druk!

Doczekaliśmy się. Wreszcie po 1000 dniach rządzenia wprawdzie miało...