Od ostatniej Wigilii w ogłoszeniach o pracę mogą być tylko neutralne płciowo stanowiska pracy. Pomysł narodził się w głowach (czy aby na pewno?) polityków Lewicy, takich jak tow. Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, która stoi na czele Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. I chciałoby się zawołać: więcej Dziemianowicz-Bąk, a nie ma takiej siły we wsi, aby to nie padło z hukiem na ryj. Nawet zwolennicy Koalicji Obywatelskiej – a osobiście byłem przy takiej rozmowie – mieli niezły ubaw, próbując w jakiś sensowny sposób zinterpretować nowe przepisy. Jedynie szefowa HR wpadła w nieokiełznaną panikę…
Przedstawiciele biznesu i językoznawcy ostrzegali, że brak jasnych wytycznych może prowadzić do chaosu i nieporozumień. Karol Wagner z Tatrzańskiej Izby Gospodarczej twierdził, że przepisy mogą „ośmieszyć pracodawców i wywołać zamieszanie”. Przykładem jest zastąpienie słowa „ratownik” czy „ratowniczka” określeniem „osoba do utrzymania bezpieczeństwa na basenie”. Jak podkreślił, takie sformułowania mogą sugerować, że nie są wymagane specjalistyczne kompetencje ani certyfikaty.
Profesor Jerzy Bralczyk zauważył niedawno, że z językiem neutralnym płciowo „jest to istotny problem, a rodzaj nijaki może być… dyskryminujący”. Wszędzie – jak widać – pułapki dyskryminujące. „Myślę, że to będzie z czasem problem coraz bardziej zaznaczony – uważa językoznawca. – Rodzaj nijaki trochę nie odpowiada, bo on trochę uprzedmiotawia człowieka. Mówić »ono« albo »to«… »ten« to może być mężczyzna, »ta« może być kobieta, a »to«? Od razu to obniża rangę i myślimy o »to«, że to jest jakiś przedmiot albo w najlepszym przypadku zwierzę. I dlatego też nie chciałbym, żeby ten nijaki rodzaj tutaj funkcjonował”. Na nic zdały się obawy i przestrogi pana profesora. Lewica – na siłę – próbuje udowodnić, że ma nierówno pod sufitem. Zapewniam, że nie ma takiej potrzeby. Każdy, kto ma oczy, widzi to od razu (i odzobaczyć tego/tej/owego już się nie da).
Nagle Polacy odkryli, że prawdziwą ofiarą równości nie jest ani mężczyzna, ani kobieta, lecz język. Język, który do tej pory jakoś sobie radził, a teraz dostał polecenie służbowe: „proszę być neutralny, ale dynamiczny, inkluzywny, elastyczny i najlepiej z doświadczeniem w pracy pod presją absurdów”. W efekcie nie szukamy już księgowej ani księgowego, tylko „osoby realizującej funkcje księgowo-podatkowe”, co brzmi jak stanowisko w NASA albo w sanatorium w Ciechocinku, ale na pewno nie w małej firmie z Pcimia.
I tak HR siedzi nad ogłoszeniem jak średniowieczny skryba nad manuskryptem, skreśla, poprawia, neutralizuje. „Asystent/ka” odpada – za binarne. „Specjalista” też mocno podejrzany. „Członek zespołu” jeszcze od biedy można jakoś wcisnąć, jak brakujący puzzel, ale już „pracownik fizyczny” wywołuje drżenie powieki i migotanie przedsionków serca. Najbezpieczniej byłoby napisać: „poszukujemy bytu fizycznego zdolnego do wykonywania określonych czynności”, ale czy byt może podpisać umowę o pracę…?
Szefowa HR w panice znajduje się nie bez powodu. Pani Marta (HR) już wie, że każdy przecinek, każda spacja, każda wolna przestrzeń między literami będzie teraz aktem cywilnej odwagi, a każde ogłoszenie – potencjalnym dowodem w sprawie. Rekrutacja zamienia się teraz w bieg z przeszkodami. A wszystko w imię tego, aby nikt nie poczuł się pominięty – co, jak wiadomo, najlepiej osiąga się wtedy, gdy wszyscy czują się zagubieni jak niewidome dzieci we mgle.
I tu dochodzimy do sedna. Bo Polacy, jak to Polacy, nie będą się kłócić o pomysł, tylko o instrukcję obsługi. Jedni będą neutralni płciowo z przekonania (ci z lewicy), drudzy – z ostrożności procesowej, a trzeci po prostu wrócą do starego: „szukam kogoś do roboty”. I rynek pracy zrobi swoje. Przepisy przepisami, a życie – jak to zwykle w Polsce bywa – i tak napisze własną, całkowicie nieinkluzywną puentę, która będzie kroczyła po fundamencie zdrowego rozsądku.
I na koniec do pani(na/no) ministrantki Dziemianowicz-Bąk: nic mnie nie interesuje, co wy tam w Ministerstwie Guseł, Czarów i Jednego Latającego Kociołka robicie! Zatrudniajcie sobie kogo chcecie, nawet gadającego konia z KO czy Naleśnika. Ale jeżeli już musicie „przepalać” moje ciężko zarobione pieniądze, to chociaż róbcie zapiski, tak by można było napisać książkę – coś w rodzaju przygód Szwejka. Niech się ludziska pośmieją, i niech tego śmiechu zostanie dla następnych pokoleń!
A tak na marginesie, to kto wyniósł do władzy takich debili? Czy „debile” jest słowem obrażającym? Nie – tako rzecze polski sąd.






