Operacja Absolute Resolve: chirurgiczne cięcie Trumpa w Wenezueli

Date:

Weszli i wyszli. Jak po swoje. Pierwszy obywatel Wenezueli zmienił wygodne łóżko w swoim apartamencie na więzienną pryczę w USA. Od strony logistycznej była to perfekcyjnie przeprowadzona przez Amerykanów akcja, prawdziwie chirurgiczne cięcie, zakończone pełnym sukcesem. Przypomnijmy, że operacja określana jako Operation Absolute Resolve rozpoczęła się w środku nocy (ok. 2.00), a nad ranem. Na ulicach Caracas było już spokojnie, unosił się jedynie zapach spalonego prochu.

Władza w Caracas, która przez lata opierała się na strachu i demonstracji siły, tej nocy okazała się zaskakująco krucha i słaba. Państwo obudziło się bez swojego przywódcy, a cały świat zobaczył, że nawet najbardziej hermetyczne reżimy mają swoje słabe punkty. To był nie tylko cios personalny, ale i symboliczny pokaz sprawczości oraz sygnał, że granice bezkarności bywają złudzeniem. Akcja Amerykanów pokazała więcej – co w polityce międzynarodowej jest oczywistą oczywistością – silni mogą więcej, zdecydowanie więcej. I nie obowiązują ich żadne konwencje ani prawa. Dlaczego USA zaatakowały Wenezuelę? Bo chcieli i mieli do tego instrumenty.

Ta operacja była więc nie tylko demonstracją siły militarnej, lecz także brutalną lekcją realizmu w stosunkach międzynarodowych. Moralne oburzenie, apele o poszanowanie prawa i suwerenność brzmią donośnie głównie wtedy, gdy stoją za nimi realne możliwości ich wyegzekwowania. W przeciwnym razie pozostają jedynie retoryką dla słabszych. Noc w Caracas przypomniała światu starą zasadę: porządek globalny nie opiera się na deklaracjach, lecz na sile i gotowości do jej użycia.

Prezydent Trump na swojej konferencji prasowej podkreślał, iż głównym celem akcji było pojmanie „narkoterrorysty”, a od teraz ulice amerykańskich miast będą bezpieczniejsze. Nie twierdzę, że nie był to jeden z celów operacji, ale… nie najważniejszy. Doprawdy trudno uwierzyć, by dla bezpieczeństwa ulic w USA ryzykowano międzynarodowy skandal oraz ustanowiono precedens użycia siły militarnej. Ten argument dobrze brzmiał na konferencji prasowej i był skierowany do amerykańskiej opinii publicznej, ale rzeczywiste motywy – w mojej skromnej opinii – były znacznie szersze i dotyczyły przede wszystkim demonstracji siły, odbudowy wiarygodności USA jako globalnego gracza oraz wysłania czytelnego sygnału do sojuszników i przeciwników, że Waszyngton jest i pozostanie gotów działać jednostronnie, szybko i bez oglądania się na międzynarodowe konsekwencje. Message był więc jasny i nadto czytelny: ALBO BĘDZIECIE GRALI Z NAMI, ALBO PRZECIWKO NAM! Jeżeli przeciwko, to cela w amerykańskim więzieniu już czeka, a jeżeli z nami, to nie z Pekinem i Moskwą. Nie ma tu miejsca na trzecią drogę ani strategiczną niejednoznaczność. Świat według Waszyngtonu znów został podzielony na strefy lojalności, nawet neutralność przestała być bezpieczną opcją. To powrót do brutalnej logiki siły, w której wybór sojuszu jest nie tyle deklaracją polityczną, co warunkiem utrzymania się na nogach.

W jednej z wypowiedzi prezydent Trump zaakcentował zasadę starą jak świat, którą miał wyrecytować Franklin D. Roosevelt, inny prezydent USA: „He may be a son of a bitch, but he’s our son of a bitch”. Zdanie to na stałe weszło do kanonu myślenia o realizmie politycznym i bywa przywoływane zawsze wtedy, gdy mowa o cynicznych, ale pragmatycznych sojuszach. Co więc takiego powiedział prezydent Trump? Powiedział, że wiceprezydent Wenezueli pani Delcy Rodríguez jest skłonna „zrobić to, co konieczne, by uczynić Wenezuelę znowu wielką”. Jak to należy czytać? A mianowicie tak: Zostawimy was przy władzy, pod warunkiem, że teraz to my będziemy waszymi „przyjaciółmi”. Piszę „przyjaciele” w cudzysłowie, bo w słowniku politycznym takiego słowa – po prostu – nie ma! Komunikat jest jasny: zostawcie sobie prywatne frukta, ale sojusze musicie bezwarunkowo zmienić. Prezydent Trump przekazał również, że jest gotowy (przynajmniej w tej chwili) odstawić na boczny tor liderów obecnej opozycji: panią Marię Corinę Machado, która w 2025 roku otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla, oraz Edmundo Gonzáleza Urrutię, który zdaniem zagranicznych obserwatorów wygrał ostatnie wybory prezydenckie w Wenezueli.

I to będzie ciekawe: w jaki sposób Amerykanie przejmą władzę w Caracas? Najpewniej nie czołgami i desantem, lecz kontraktami, gwarancjami nietykalności i cichymi porozumieniami zawieranymi za zamkniętymi drzwiami. Władza w Caracas może zmienić barwy, ale niekoniecznie twarze — przynajmniej nie od razu. To będzie klasyczna operacja „zmiany wektora”, a nie „zmiany reżimu”: flagi zostaną te same, hymn też, zmienią się jedynie telefony, które odbiera się w pałacu prezydenckim. Najbliższe dni przyniosą odpowiedź, którą drogę wybierze pani Delcy Rodríguez i co za to będzie musiała dać. A jak już da, to czy obdarowani będą zadowoleni.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Zaproszenie na progu płonącego domu. Hiszpańska polityka migracyjna wystawia rachunek

Kiedy granica staje się tylko teorią, hiszpańska polityka migracyjna przynosi zapaść w Ceucie. To nie histeria sąsiadów, lecz rachunek za wysyłanie w świat niebezpiecznych sygnałów bez pokrycia.

Od tragedii do farsy. Polska między narodowym mitem a polityką strachu!

Gdy narodowe tragedie zastępuje polityczna farsa, a rakiety w rzepaku stają się narzędziem władzy. Czy groteskowe zarządzanie strachem to jedyny pomysł rządzących na zaczarowanie rzeczywistości?

Od szczawiu do dębu. Kawa z żołędzi jako nowy program socjalny rządu

Miało być taniej i nowocześnie, a kończy się kursem survivalu. Gdy ceny na rynkach szybują, rząd ma prostą radę: kawa z żołędzi. Czy po mirabelkach i pokrzywie przyjdzie pora na trawę z trawnika?

12 tysięcy zamiast 60. Wielka obietnica dostała mały druk!

Doczekaliśmy się. Wreszcie po 1000 dniach rządzenia wprawdzie miało...