Są takie chwile, kiedy człowiek przeciera oczy ze zdumienia i zastanawia się, czy jeszcze ogląda państwo prawa, czy już nową edycję „Big Brothera” produkowaną przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Oto bowiem policja wpada do domu publicysty, skuwa asystentkę kajdankami „do tyłu”, bo ponoć gdzieś po kątach czai się tajemnicze „dziecko w zagrożeniu”, a gdy kurz po interwencji zaczyna opadać — cały aparat propagandowy III RP rzuca się nie na pytanie: „po co ten pokaz siły?”, lecz na dramatyczne śledztwo tekstylne.
Bo najważniejsze, proszę państwa, jest to, że red. Sakiewicz był… w bokserkach. W swoim domu. Skandal niebywały. Człowiek we własnym mieszkaniu, zamiast siedzieć pod krawatem i w garniturze od Vistuli, paradował niczym przeciętny Polak między kuchnią a salonem. Jeszcze chwila, a odkryjemy, że być może robił sobie herbatę bez zgody Komisji Europejskiej albo – co gorsza – na stole stała otwarta puszka piwa. A zatem sekwencja zdarzeń była następująca: mężczyzna w bokserkach z telefonem w ręku, atrakcyjna kobieta i alkohol. Scenariusz sam się układa…
Politycy KO z minami strażników moralności tłumaczą dziś obywatelom, że właściwie problemem nie jest policyjne wtargnięcie, nie kajdanki, nie demonstracja siły, tylko stan garderoby gospodarza. To bardzo wygodna metoda. Gdy płonie dom — dyskutujmy o kolorze wiadra.
Ach, i doczekaliśmy się także głosu autorytetu moralno-medialnego III RP — księdza celebryty, który zawsze pojawia się tam, gdzie można błysnąć ironicznym komentarzem. Oto ks. Kazimierz Sowa, nadworny kapelan KO, postanowił zabrać głos niczym etatowy recenzent cudzych mieszkań i relacji zawodowych. „…to mówicie, że asystentki redaktorów mają obowiązek świadczenia pracy 24/7…” — drwi na Facebooku. W dzisiejszej debacie publicznej chochoł jest ważniejszy od faktów. Trzeba było błyskawicznie zmienić temat z policyjnego wtargnięcia i kajdanek na insynuacje rodem z różowej prasy. I ks. Sowa, z wypiekami na twarzy, ochoczo podjął się tego zadania.
To zresztą charakterystyczne. Gdy wobec ludzi związanych z prawicą stosuje się demonstracyjną siłę, część salonowych komentatorów natychmiast zamienia się w specjalistów od obyczajówki. Nie pytają: „czy policja nie przekroczyła uprawnień?”, tylko: „a co robiła kobieta w mieszkaniu w obecności mężczyzny?” Mentalność dwóch starych bab (może być dwóch starych pryków, by nie było, że się czepiam płci), podlana sosem inteligenckiej wyższości.
Szczególnie osobliwie brzmi to z ust księdza. Duchownego, który zamiast zastanowić się nad granicami ingerencji państwa w życie obywatela, z zapałem uczestniczy w plotkarskim festiwalu domysłów. Widać dziś łatwiej zdobyć poklask salonu ironicznym wpisem niż odrobiną refleksji nad tym, jak cienka staje się granica między państwem prawa a państwem pokazowej represji.
Ks. Sowa najwyraźniej uznał, że najlepszą reakcją na scenę z kajdankami jest kabaretowy dowcip o „asystentkach naczelnych”. Tyle że problem w tym, iż nie komentuje już jako błazen internetu, lecz jako człowiek duchowny (co prawda najczęściej bez koloratki), który — przynajmniej teoretycznie — powinien wykazywać minimum odpowiedzialności za słowo. Ale może w świecie medialnych celebrytów sutanna jest już tylko dodatkiem do konta na Facebooku?
I jeszcze jedno: zdumiewające, jak szybko środowisko mieniące się postępowym zaczyna przypominać najbardziej przaśny PRL-owski komitet osiedlowy. Kto z kim był, kto, gdzie siedział, kto był w bokserkach, kto u kogo nocował. Brakuje już tylko towarzyszki w papilotach wyglądającej zza firanki i notującej w kajeciku: „obywatel zachowywał się podejrzanie, bo chodził po mieszkaniu w samych slipkach i bez skarpetek”.
W całej tej historii jest coś głęboko symbolicznego dla polityków koalicji „5,19 za litr”. Oni już nawet nie próbują udawać, że chodzi o standardy państwa prawa. Jeszcze trochę, a dowiemy się, że asystentka sama sobie założyła kajdanki… tak, by sprawić przyjemność Donaldowi Tuskowi. W dawnych czasach liberałowie opowiadali o wolności obywatela i nietykalności mieszkania. Dziś ci sami ludzie z wypiekami na twarzy analizują bieliznę red. Sakiewicza i snują domysły, co tam się mogło wydarzyć, gdyby nie „bohaterskie wejście” policji. Zaraz salon zacznie pisać scenariusze do filmów dla dorosłych.
Najbardziej ironiczne jest jednak to, że ci sami politycy, którzy dziś rechoczą z „bokserek”, jutro będą oburzeni, gdy policja zapuka do drzwi któregoś z ich kolegów o szóstej rano. Wtedy nagle odkryją, że dom to jednak sfera prywatna a kajdanki bywają poniżające. Ale spokojnie — wtedy telewizje zaprzyjaźnione z władzą zapewne skupią się na kolorze pidżamy zatrzymanego. I się wyrówna, wyjdzie na zero… Tylko gdzie w tym wszystkim powaga państwa?




