Dzięki przedterminowym wyborom prezydenckim w Krakowie, dowiedzieliśmy się jak poszczególne środowiska polityczne, zachowują się poddane próbie. Ziarna zostały oddzielone od plew.
Jednym z głównych punktów sporu wokół prezydentury Aleksandra Miszalskiego była kwestia strefy czystego transportu. Jej przeciwnicy przedstawiali ją jako rozwiązanie „systemowe”, narzucane w imię polityki klimatycznej i ograniczające swobodę mieszkańców. Dla części środowisk wolnościowych właśnie takie rozwiązania stały się symbolem szerszego konfliktu między regulacjami państwa a indywidualną wolnością.
Można więc było oczekiwać prostego scenariusza.
Środowiska określające się jako wolnościowe i antysystemowe powinny przynajmniej w tej sprawie mówić jednym głosem.
Tym bardziej, że sytuacja wyborcza była wyjątkowo czytelna.
Kandydat Neokonfederacji Bartosz Bocheńczak nie zdołał zebrać wymaganej liczby podpisów. W rezultacie z wyścigu wypadł kandydat tego środowiska, a Michał Klimek z Konfederacji Korony Polskiej (partii Grzegorza Brauna) pozostał jedynym kandydatem wyraźnie identyfikowanym z nurtem wolnościowym oraz antysystemowym.
Wielu działaczy zdecydowała się go poprzeć. Przede wszystkim legendy ruchu wolnościowego, takie jak: Janusz Korwin-Mikke, Stanisław Michalkiewicz i Stanisław Żółtek.
I właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część historii.
„Wywrócimy im ten stolik”
Neokonfederacja nie udzieliła poparcia Klimkowi!
Bartosz Bocheńczak nie poparł żadnego kandydata. Natomiast Konrad Berkowicz opublikował materiał, w którym podsumowuje każdego z kandydatów, szczędząc sarkazmu tylko wobec Łukasza Gibały oraz przedstawiając go jako antidotum na Platformę Obywatelską (https://tiny.pl/6bgxw2bf4). To właśnie ten fragment kampanii prowokuje do pytań o konsekwentność politycznych deklaracji.
Polityczna biografia Gibały jest bowiem dobrze znana. W 2004 r. wstąpił do Platformy Obywatelskiej. Był radnym sejmiku wojewódzkiego, a następnie dwukrotnie posłem tej partii. W 2012 r. przeszedł do Ruchu Palikota. Później wrócił do polityki samorządowej, tym razem startując bez oficjalnego poparcia partii. Można więc spierać się o jego obecne poglądy i samorządową działalność. Trudniej jednak udawać, że jego wcześniejsza droga polityczna nie istnieje.
Rekomendowanie zmiany na stanowisku prezydenta Krakowa, z członka Platformy Obywatelskiej, na byłego członka Platformy Obywatelskiej, nie zasługuje na miano realnej zmiany, lecz zaledwie lifting dotychczasowego układu.
A przecież Neokonfederacja przez lata budowała swoją rozpoznawalność na hasłach takich jak „PiS–PO, jedno zło” czy „Wywrócimy im ten stolik”.
To właśnie dlatego krakowska kampania jest interesującym testem dawnych deklaracji.
A co z wolnością słowa?
Jeszcze poważniejsze pytania dotyczą debat wyborczych.
Kandydat Korony, Michał Klimek, nie został nawet zaproszony do debaty w Polsacie, mimo oficjalnych sprzeciwów (https://tiny.pl/dn44g2123). Natomiast w TVP Info, dopuszczono się chamskiej manipulacji, która wywołała zarzuty dotyczące sposobu relacjonowania wypowiedzi jedynego przedstawiciela antysystemu. W czasie, gdy Klimek przemawiał, kamera pokazywała innego kandydata (artykuł: https://tiny.pl/2fm6c6w1w nagranie:https://tiny.pl/p26bwz_8d).
Antystemowcom oraz wolnościowcom, trudno przejść nad tymi faktami obojętnie Zmuszają ich do zadania pytania fundamentalnego dla każdego z tych środowisk: Czy wolność słowa jest jednym z pryncypiów, czy tylko narzędziem do realizacji swoich partykularnych interesów? W historii polskiego ruchu wolnościowego wielokrotnie przywoływano maksymę: „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”.
Sens tej zasady jest prosty. O wolność słowa walczy się w każdych okolicznościach nawet, gdy trzeba bronić prawa do wypowiedzi przeciwnika. A nie tylko wtedy, gdy ma się z tego korzyść. Dlatego milczenie wobec ostentacyjnej oraz prymitywnej dyskryminacji politycznego konkurenta zasługuje co najmniej na pytanie o konsekwentność Neokonfederacji.
Jeżeli bowiem ktoś deklaruje walkę z systemem o wolność, a następnie nie reaguje, gdy jego konkurent jest kneblowany na oczach wszystkich, to pojawia się oczywiste pytanie:
Neokonfederacja wywraca stolik, czy się do niego dosiadła?
Jest jeszcze jeden element tej układanki.
4 września 2022 r. w Mielcu Jarosław Kaczyński zadeklarował możliwość współpracy z Konfederacją, ale bez Janusza Korwin-Mikkego i Grzegorza Brauna.
Po tej wypowiedzi układ przywództwa w Konfederacji zaczął się zmieniać (zapewne przypadkiem). Zniknęli z niego Korwin-Mikke, Winnicki i Braun, a pierwszoplanowe role zaczęli odgrywać Sławomir Mentzen, Przemysław Wipler i Krzysztof Bosak.
Warto zadać sobie pytania: czy zmiana liderów ówczesnej Konfederacji była przypadkowa, czy zlecona? Czy razem z ludźmi zmieniły się również pryncypia? W poprzednich kampaniach wyborczych, gdy systemowe media manipulowały lub pomijały Konfederację, to Sławomir Mentzen, Konrad Berkowicz czy Krzysztof Bosak potrafili ostro protestować. Słyszeliśmy wtedy argumenty, że chodzi o pluralizm, uczciwość debaty i prawo wyborców do poznania stanowiska wszystkich ugrupowań.
Natomiast dzisiaj, gdy Neokonfederaci są obecni w mediach zazwyczaj powiązanych z PiSem, to niestety, nie spotykamy się z porównywalnie mocną, pryncypialną reakcją, co kiedyś.
I właśnie tutaj widać, że krakowskie wybory stają się czymś więcej niż lokalnym epizodem.
Stają się testem wiarygodności politycznych deklaracji. Dają asumpt do zadania bardzo ważnego pytania: Czy ludzie przedstawiający się jako wolnościowcy i antysystemowcy, zachowali się jak trzeba?
Odpowiedź na powyższe pytanie, jest plonem krakowskiej kampanii.
Bo łatwo mówić o wolności słowa, kiedy broni się własnego mikrofonu.
Łatwo mówić o pluralizmie, kiedy chce się wejść do studia.
Łatwo zapomnieć o „wywracaniu stolika”, kiedy system dostawił do niego krzesło.
Znacznie trudniej oprzeć się moralności Kalego, bohatera „W pustyni i w puszczy”, parafrazując:
Zły uczynek jest wtedy, gdy system knebluje Neokonfederację,
zaś dobry, gdy system knebluje konkurencję.
Jacek Oberland





