W polityce nic nie ginie. Zwłaszcza jakiś happening. Dobry happening (to nie zarzut) jest jak pieniądz – jeśli tylko znajdzie się ktoś, kto potrafi go dobrze zainwestować, zaczyna przynosić całkiem przyzwoite odsetki. Grzegorz Braun należy do tych polityków, którzy z właśnie z happeningu uczynili nie tyle metodę działania, ile cały model biznesowy. Im więcej oburzenia, kamer, prokuratorów, komisji i mikrofonów, tym lepiej dla pana Brauna.
I tu dochodzimy do rzeczy znacznie ciekawszej niż same zarzuty postawione przez prokuraturę, ich kwalifikacja prawna czy wysokość rzekomych szkód. Ciekawszy jest mechanizm. Bo można oczywiście przyjąć najbardziej banalne wyjaśnienie: prokuratura po prostu robi swoje. Wpłynęły zawiadomienia, zgromadzono materiał dowodowy, przeanalizowano zachowania europosła i postawiono kolejne zarzuty. Państwo działa! Kodeks jest kodeksem! Procedura jest procedurą! Nie ma świętych krów i wszyscy są równie wobec prawa. Koniec historii.
Tyle że w polityce historia nigdy nie kończy się tam, gdzie kończy się komunikat prokuratury. Kilka nowych zarzutów – dotyczących między innymi zabrania flag, zniszczenia wystawy oraz wypowiedzi, którą prokuratura uznała za pomówienie – tworzy bowiem coś więcej niż prawnicze portfolio jednego europosła. Tworzy widowisko. A widowisko ma swoją ekonomię i dynamikę. Grzegorz Braun doskonale rozumie, że jego największym kapitałem nie jest program polityczny, bo mało kto czyta. Nie jest nim nawet struktura partyjna, bo tę ma jeszcze skromną. Jego kapitałem jest rozpoznawalność. Każdy kolejny spór, każda kamera przed salą rozpraw, każdy prokurator, któremu można odpowiedzieć efektowną tyradą, każdy mikrofon, do którego można powiedzieć coś, czego inni politycy powiedzieć nie mogą albo nie chcą, zwiększa wartość marki Konfederacji Korony Polskiej.
Dlatego sytuacja, w której państwo – całkiem legalnie i być może całkiem zasadnie – dokłada panu Braunowi kolejnych przeciwników, jest dla niego sytuacją niemal idealną. Przemysław Wipler nazwał nowe zarzuty „głupimi, że aż zęby bolą”. Można się z tym zgadzać albo nie. Można uważać, że kwalifikacja prawna konkretnych zachowań ma sens, a można uważać ją za przesadną. Ale jest coś znamiennego w samym sporze o flagę wartą kilkadziesiąt czy kilkaset złotych. W polityce, która potrafi operować miliardami, nagle dostajemy rachunek za flagę. I natychmiast wszyscy zaczynają mówić o fladze.
Grzegorz Braun tymczasem mówi o państwie, ideologii, suwerenności, symbolach, narzucaniu poglądów przez eurokratów. Prokuratura mówi o przepisach kodeksu karnego. Media relacjonują konflikt. Publiczność wybiera sobie interpretację. A pan Braun wychodzi z tego jako człowiek, który „walczy z systemem”. To jest właśnie ten mechanizm, którego nie rozumieją albo nie chcą rozumieć ci, którzy są przekonani, że każde uderzenie w polityka KKP automatycznie go osłabia.
Otóż nie zawsze.
Czasami jest dokładnie odwrotnie.
Polityk protestu potrzebuje przeciwnika. Jeśli go nie ma, musi go sobie znaleźć. Jeśli państwo dostarcza go samo, można tylko podziękować. Najlepiej jeszcze, gdy przeciwnik występuje z powagą urzędu, posługuje się paragrafami i wydaje oficjalne komunikaty. Wtedy protestujący dostaje coś bezcennego: dokument potwierdzający jego własną opowieść. Pan Braun może powiedzieć swoim wyborcom: oto ci, który chcą mnie zniszczyć, czytaj: was chcą zniszczyć („idą po was, ale najpierw muszą przyjść po mnie – tak brzmi teza lidera KKP)! Znowu mnie ścigają. Znowu próbują mnie uciszyć. Znowu państwo występuje przeciwko człowiekowi, który mówi rzeczy, których elity liberalno-lewicowe nie chcą słyszeć.
I nieważne, czy chodzi o flagę, wystawę, wypowiedź czy cokolwiek innego. Mechanizm jest ten sam. Prokuratura przedstawia sprawę w języku prawa. Grzegorz Braun odpowiada w języku politycznej rebelii. Publiczność nie musi znać akt sprawy. Wystarczy, że zobaczy krótkie nagranie z sali rozpraw.
A tam pan Braun czuje się jak ryba w wodzie.
Bo sala rozpraw, przynajmniej w jego wykonaniu, przestaje być wyłącznie miejscem czynności procesowych. Staje się sceną. Prokurator ma rolę prokuratora. Obrońca ma rolę obrońcy. A pan Braun odgrywa rolę pana Brauna – czyli człowieka, który potrafi z każdego wystąpienia zrobić spektakl, że aż miło popatrzeć. I to nie jest zarzut do pana Brauna, bo jeżeli już ktoś go wypchnął na scenę, to grzechem byłoby nie skorzystać…
I tu pojawia się pytanie, którego nie wypada zadawać w państwie, w którym wszyscy tak bardzo lubią wierzyć w przypadki. Komu właściwie służy „podpompowanie” pana Brauna? Nie twierdzę, że ktoś w rządzie wydał polecenie: „Panowie, trzeba teraz zrobić Braunowi kampanię”. Na takie twierdzenie nie ma żadnego dowodu. Byłoby ono zresztą zbyt proste. Polityka rzadko działa w ten sposób. Możliwe jest coś znacznie bardziej banalnego i przez to znacznie bardziej interesującego: ktoś po prostu zauważył, że pan Braun jest użyteczny.
Użyteczny jako straszak. Użyteczny jako przeciwnik. Użyteczny jako człowiek, który potrafi w ciągu kilku minut powiedzieć coś takiego, żeby cała prawica przez następne kilka dni kłóciła się sama ze sobą. „Z Braunem? Never!” – mówi pan Kaczyński.
Bo największą wartością pana Brauna dla jego politycznych przeciwników wcale nie jest to, że zabiera głosy centrum, bo nie zabiera. Największą wartością może być to, że zabiera uwagę prawej stronie. Prawa strona zaczynają dyskutować nie o podatkach, gospodarce, bezpieczeństwie, demografii czy cenach energii, lecz o tym, czy pan Braun jest jeszcze politykiem prawicy, czy już politycznym folklorem, z którym nie chcemy mieć nic wspólnego. Czy należy go potępiać? Czy należy go bronić? Czy jego przeciwnicy mają rację? Czy prokuratura przesadza? Czy ktoś „nakręca” pana Brauna? Czy pan Braun jest ofiarą systemu czy jego „produktem”?
I proszę bardzo. Mamy ferment jak w świeżo co nastawionym winie.
A ferment na prawicy bywa dla rządzących znacznie wygodniejszy niż silna, zjednoczona opozycja.
To, dlatego pan Braun może być dla jednych politycznym problemem, a dla innych – paradoksalnie – politycznym fruktem.
Jeżeli bowiem wyborca prawicy ma do wyboru kilka konkurujących ze sobą obozów, z których każdy uważa pozostałe za mięczaków, naiwniaków albo agentów, to nie trzeba już specjalnie walczyć o jego uwagę. On sam dostarczy sobie politycznej rozrywki.
Grzegorz Braun jest w tym układzie doskonałym katalizatorem. Nie musi nikogo przekonywać. Wystarczy, że istnieje. Jeszcze lepiej, jeśli jest oskarżony. Najlepiej zaś, jeśli oskarżenia dotyczą spraw, które dla przeciętnego człowieka wydają się absurdalnie błahe w porównaniu z wagą politycznych deklaracji.
Wtedy powstaje złoty interes.
Prokuratura może powiedzieć: „To nie jest polityka, to jest prawo”.
Pan Braun może odpowiedzieć: „Właśnie dlatego mnie prześladują, że jestem niewygodny politycznie”.
I każdy ma swoją narrację.
Najbardziej zadowolony jest oczywiście pan Braun.
Bo jego marka rośnie.
Nie musi nawet wygrać procesu, może a nawet powinien przegrać. Wystarczy, że codziennie pojawia się w wiadomościach. A polityka jest dziś w dużej mierze konkurencją o czas antenowy. W tym sensie kolejne zarzuty mogą być dla pana Brauna nie kosztem, lecz inwestycją. Oczywiście inwestycją ryzykowną, bo państwo ma instrumenty, których polityczny aktor nie do końca kontroluje. Ale z punktu widzenia medialnego – inwestycją znakomitą. Każde wysłuchanie na Sali rozpraw, każda konferencja, każdy komunikat prokuratury daje kolejną okazję do odegrania przedstawienia.
Może więc największym paradoksem całej sprawy jest to, że człowiek, który przedstawia siebie jako największego wroga systemu, może być dla systemu całkiem wygodnym przeciwnikiem. Nie dlatego, że ktoś nim steruje. Sytuacja wygląda tak: Pan Braun dostaje scenę. Prokuratura wysyła komunikat. Minister Żurek pokazuje się w reflektorze stanowczości. Konkurenci na prawicy dostają kolejny powód do kłótni. Media dostają nagłówki.
A wyborca dostaje jeszcze jeden odcinek serialu pod tytułem „Braun kontra państwo”.
Tylko że w serialu politycznym najważniejsze nie jest to, kto ma rację.
Najważniejsze jest to, kto ogląda.
A po liczbie kamer skierowanych na Grzegorza Brauna można sądzić, że widownia na razie nie zamierza wychodzić z sali.
Pan Grzegorz przymknął właśnie drugie oko i pod wąsem lekko się uśmiechnął.




