Były takie czasy, kiedy obywatelowi, któremu brakowało w lodówce, można było wskazać szczaw i mirabelki. Polska polityka społeczna miała wtedy coś z poradnika survivalowego: nie masz co włożyć do garnka? Natura czeka. Nie masz pieniędzy? Rozejrzyj się po najbliższym drzewie lub kolejowym nasypie. Dziś – po blisko trzech latach rządów Donalda Tuska – mamy wyraźny postęp. Już nie szczaw i mirabelki. Dziś „na tapecie” mamy żołędzie!
A miało być przecież zupełnie inaczej. Miało być lepiej, taniej, a przede wszystkim miało być więcej pieniędzy w kieszeniach obywateli. Tak przynajmniej wynikało z opowieści Donalda Tuska i jego obozu politycznego. Jedną z najbardziej pamiętnych obietnic była wyższa kwota wolna od podatku – 60 tys. zł. Chodziło o to, żeby Polakowi po zapłaceniu danin zostało więcej, a nie mniej. Żeby nie tylko starczyło na kawę, ale żeby tej kawy w domowych spiżarniach było po kokardę.
Minęło trochę czasu i okazuje się, że z pieniędzmi w kieszeniach jest jak z białą lokomotywą. Wszyscy o niej słyszeli, ale nikt jej nie widział. Oprócz tych, którzy wciągają za pomocą zrulowanych banknotów. Za to coraz lepiej znamy ceny, zwłaszcza benzyny po… niestety, nie po 5,19 zł za litr.
A teraz – dużymi korkami – nadchodzi kawa.
Globalne rynki straszą możliwością gigantycznych podwyżek cen tego napoju. W najbardziej pesymistycznych scenariuszach mowa nawet o ponad 300 procentach. To już nie jest zwykła podwyżka. To jest propozycja, żeby poranną filiżankę traktować jak lokatę kapitału. Człowiek zamiast pytać, czy kawa jest dobra, zacznie pytać, czy można ją odziedziczyć. I wtedy na scenę wkracza – jakby na białym koniu – minister rolnictwa i wszystkich rzeczy zaoranych – Stefan Krajewski z PSL-u.
Pytany o perspektywę kawowej drożyzny nie wpada w panikę. Nie zapowiada programu „Kawa 800+”. Nie proponuje dopłat do cappuccino. Nie słyszymy również o narodowym Holdingu Espresso, a przydało by się tam zainstalować kilku zaufanych towarzyszy z PSL-u. Minister zachowuje spokój i wskazuje jakże proste rozwiązanie.
Kawa z żołędzi!
Sam zresztą taką kawę pije. Jak tłumaczył, jest smaczna, a on sam klasycznej kawy nie pije zbyt dużo. Znaczy się pali, ale nie zaciąga się. I tutaj właśnie historia zatacza koło. Kiedyś: „Nie macie chleba? Na nasypach kolejowych jest szczaw i mirabelki”. Dzisiaj: „Kawa może zdrożeć? Są żołędzie”. Jutro zapewne ktoś zapyta, co zrobić, kiedy cena żołędzi poszybuje w górę? Odpowiedź jest przecież oczywista jak budowa cepa: pokrzywa. A kiedy pokrzywa osiągnie rekordowe notowania, pozostanie nam trawa. W ostateczności możemy wrócić do korzeni – w sensie jak najbardziej dosłownym.
Można oczywiście powiedzieć, że minister żartował. I zapewne tak było. Trudno przecież oczekiwać, że państwo będzie ustalało cenę arabiki i rozdawało obywatelom bony na latte. Ale jest w tej historii coś znacznie bardziej interesującego niż sam żart.
Bo miało być taniej.
Miało być lepiej.
Miało być więcej pieniędzy w kieszeniach.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
A kiedy obywatel zaczyna pytać, gdzie właściwie są te dodatkowe pieniądze, dostaje coraz częściej odpowiedź z gatunku poradnika przetrwania: proszę oszczędzać, proszę wybierać tańsze produkty, proszę korzystać z lokalnych zamienników. Czyli znowu dochodzimy do momentu, w którym obywatel powinien wykazać się szaloną kreatywnością, bo państwo bezradnie rozkłada ręce.
Co poszło nie tak?
To pytanie jest oczywiście niebezpieczne. W polityce zadawanie pytań bywa bowiem bardziej ryzykowne niż picie kawy po trzecim espresso. Można usłyszeć o sytuacji międzynarodowej, inflacji, wojnie, klimacie, Unii Europejskiej, poprzednikach i wszystkim tym, co akurat znajduje się pod ręką. Tylko że rachunek w sklepie jest bezpartyjny.
Nie interesuje go, kto rządzi. Nie czyta programów wyborczych. Nie ogląda konferencji prasowych. Sprzedawca nie pyta, czy głosowaliśmy na Tuska, Kaczyńskiego, Mentzena czy kogokolwiek innego. Skanuje produkt i mówi cenę. I wtedy okazuje się, że najważniejszym testem politycznej obietnicy nie jest konferencja, tylko paragon. Można przez lata opowiadać o tym, że obywatel będzie miał więcej pieniędzy w kieszeni. Problem zaczyna się wtedy, gdy obywatel zagląda do kieszeni i znajduje tam głównie rachunek i dźwięczący bilon.
A jeśli jeszcze kawa podrożeje o kilkaset procent, rachunek może stać się dokumentem wręcz historycznym. Na szczęście mamy żołędzie. To bardzo pocieszające. Zwłaszcza że – jak wynika z wypowiedzi ministra – mamy w tej dziedzinie własną, polską tradycję. Pan Krajewski określił ją zresztą wdzięcznym hasłem: „tradycyjnie nowocześnie, taki jest PSL”.
Trudno o lepsze podsumowanie obecnej sytuacji.
Choć można znaleźć jeszcze lepsze. Wystarczy spojrzeć nieco dalej na wschód. Kiedy w Korei Północnej temperatura przekracza 40 stopni, tamtejsza propaganda również nie traci wiary w tradycję. Obywatelom przypomina się o leczniczym potencjale żeń-szenia. Państwowe media zachwalają tradycyjne potrawy jako sposób na przetrwanie upałów.
I nagle polski żołądź nabiera zupełnie nowego znaczenia.
Tam: jest gorąco? Sięgnijmy do tradycji.
U nas: kawa droga? Sięgnijmy do tradycji.
Tam zupa z żeń-szenia. U nas kawa z żołędzi.
Nie jesteśmy więc może aż tak daleko od siebie, jak mogłoby się wydawać. Różnica polega na tym, że u nas tradycja ma być „tradycyjnie nowoczesna”, a tam tradycja jest po prostu państwową metodą radzenia sobie z rzeczywistością.
Na razie nie ma jednak powodów do paniki. Polska polityka kulinarna posiada jeszcze ogromne rezerwy.
Jeżeli kawa będzie za droga, mamy żołędzie.
Jeżeli żołędzie podrożeją, mamy pokrzywę.
Jeżeli pokrzywa osiągnie rekordowe notowania, pozostaje trawa.
A jeżeli i trawa stanie się dobrem luksusowym, zawsze możemy powiedzieć, że to świetna wiadomość. Polacy zaczęli przecież oszczędzać.
Na czym?
Na wszystkim.
Miało być nowocześnie, jest tradycyjnie.
Miało być taniej, będzie z żołędzi.
Miało być więcej pieniędzy w kieszeniach, a tymczasem coraz dokładniej uczymy się, co można zjeść, wypić albo ugotować, jeśli tych pieniędzy zabraknie.
Bo wtedy naprawdę zatęsknimy za szczawiem. I mirabelkami…




