W Krakowie wydarzyło się coś, co powinno otrzeźwić prawicę. Łukasz Gibała wygrał wybory prezydenckie, a kandydatka koalicji rządowej nie zdołała odwrócić losów rywalizacji, mimo politycznego desantu z Warszawy. Donald Tusk, Władysław Kosiniak-Kamysz i inni krewni królika przyjechali wesprzeć swoją kandydatkę. A wszystko to psu na budę!
Niektórzy politycy opozycji już zapewne otwierają szampana. I właśnie w tym tkwi problem. Prawica po raz kolejny może pomylić porażkę przeciwnika z własnym zwycięstwem. Zapewniam, nie ma ku temu żadnych podstaw. Kraków nie wybrał konserwatywnego przełomu. Wygrał Łukasz Gibała, kandydat kojarzony z nurtem progresywnym, byłym bliskim znajomy superTuska, czyli Janusza Palikota, tego samego, który w Sejmie wywiał gumowym przyrodzeniem. Z punktu widzenia konserwatystów zmiana gospodarza ratusza nie oznacza zatem zmiany ideowego kierunku miasta.
To trochę jak z Brexitem. Brytyjczycy opuścili Unię Europejską, ale sam rozwód z Brukselą nie oznaczał ucieczki od progresywnych trendów. Można odrzucić jedną polityczną konstrukcję, a następnie zbudować sobie inną, równie odległą od możliwości i szansy, przed którymi stała Wielka Brytania. I jeszcze ogłosić sukces… Z deszczu pod rynnę!
Prawico, obudź się! Polityka nie polega na kibicowaniu każdemu, kto akurat pokona Tuska. Polityka nie polega na liczeniu cudzych porażek i dopisywaniu ich do własnego rachunku zwycięstw. Polega na zdobywaniu społecznego poparcia dla własnych idei, własnego programu i własnej wizji państwa oraz samorządu. Jeśli wyborcy odrzucają jednego kandydata, a wybierają drugiego, który nie reprezentuje konserwatywnego światopoglądu, to nie jest powód do triumfu. To sygnał, że prawica nie potrafiła przekonać mieszkańców Krakowa do swojej oferty! Koniec kropka!
A przecież ostrzeżenie jest poważniejsze niż mogłoby się wydawać. Konserwatyści nie mogą bez końca żyć w przekonaniu, że wystarczy wskazać błędy przeciwników, przypomnieć ich niepopularne decyzje i czekać na polityczne owoce. Samo niezadowolenie z rządzących nie tworzy konserwatywnej większości. Nie zastąpi wiarygodnych twarzy, przemyślanego programu ani odpowiedzi na realne problemy mieszkańców. Nie zastąpi też odwagi, by wyjść poza własny elektorat!
Dlatego czas na rachunek sumienia, a nie na szampana. Czas skończyć z samozadowoleniem, politycznym lenistwem i wiarą, że historia sama wykona za prawicę całą pracę. Trzeba przestać mylić zasięgi w mediach społecznościowych z poparciem społecznym, głośne deklaracje z realną ofertą, a słabość przeciwnika z siłą własnego obozu.
Kraków nie dał konserwatystom powodu do świętowania. Dał im powód do poważnego namysłu.
Albo prawica zacznie walczyć o wyborców, których dziś nie potrafi przekonać, albo pozostanie politycznym komentatorem cudzych sukcesów i porażek. Podobna sytuacja panuje w Trójmieście, gdzie Koalicja miażdży formacje prawicowe, które zdają się czekać na jakiś interwencję z niebios. Powtarzam, można jeszcze długo wygrywać spory w internecie, triumfować w studiach telewizyjnych i przekonywać samych siebie, że społeczeństwo prędzej czy później przyzna konserwatystom rację. Przy urnach takie złudzenia bywają jednak kosztowne.
W polityce nie przyznaje się punktów za dobre intencje ani za niechęć do przeciwnika. Liczą się wyborcy i ich decyzje. Kraków właśnie przypomniał o tym prawicy. Teraz pytanie brzmi, czy prawica zechce tej lekcji wysłuchać, czy też — jak tyle razy wcześniej bywało — uzna, że to inni powinni wyciągnąć z niej wnioski.
Pan Gibała już łasi się do swojej kontrkandydatki, z którą właśnie wygrał, bo wie, że pokorne ciele dwie matki ssie. A krakowska prawica? No, cóż będzie się przyglądała temu ssaniu z boku. Może kiedyś Bóg zechce pomóc...




