Na początku krótka scenka. Małżeństwo. Ona pracuje, a po pracy zajmuje się domem – jak to u nas często bywa. On pracuje, ale wieczorami szlaja się (że tak to ujmę) z kolegami po knajpach, wraca nad ranem, łeb mu rozsadza na kawałki, a w lodówce… piwa brak. Szok. I jak tu wybić klina klinem? Nie sposób. Wiadomo – zasadniczo – wina żony. Nic więc dziwnego, że kobieta, po jakimś czasie takiej szarpaniny, ma prawo wyjść z siebie i stanąć obok. Co robi rozsądna żona: próbuje rozmawiać, przekonuje, a na końcu stawia warunki. Chce ratować małżeństwo, chce ocalić rodzinę. Funkcje można oczywiście odwrócić i to mężczyznę można obsadzić w roli tego rozsądnego. Zwracam uwagę na to co robi kochająca żona/ mąż: rozmawia, przekonuje, stawia warunki. I sądzę, że wszyscy, którzy do tego momentu przeczytali ten materiał mówią: faktycznie, tak reaguje zdroworozsądkowa kobieta, gdy tylko zorientowała się, że jej mąż, to nie ten sam kawaler, co jej w narzeczeństwie codziennie bukiet róż przynosił (zamiennie ona jemu skrzynkę piwa).
I teraz płyniemy do brzegu. Kilka dni temu prezydent Karol Nawrocki wygłosił w czeskiej Pradze wykład o przyszłości Unii Europejskiej i próbach jej centralizacji, której jest przeciwnikiem. I choć mówił tam, że Unia Europejska „jest naszym naturalnym środowiskiem politycznym”, to podkreślał, że „nie jest to Unia naszych marzeń”. Nawrocki opowiedział się m.in. za zniesieniem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej i wskazał na potrzebę zmian w systemie głosowania w Radzie UE. Mówiąc krótko prezydent Nawrocki powiedział coś w stylu: Unia – tak, wypaczenia – nie! No i się zaczęło! „Uprzejmie informuję, że Rada Ministrów nie upoważniła Pana Prezydenta do składania propozycji zmiany traktatów europejskich” – napisał Radek Sikorski, pan na Chobielinie. „Nie jest to przemówienie napisane w Polsce. Tezy tego przemówienia powstały na początku tego roku na zamówienie i za pieniądze Viktora Orbana” – oświadczył Wojciech Przybylski, prezes fundacji Res Publica i ekspert w zakresie polityki europejskiej. I ruszyła cała lawina „ekspertów” od masowego rwania włosów na klacie i dłubania prawym palcem w lewej dziurce nosa. Nie wolno rozpocząć żadnej dyskusji o reformie UE i szlus! Dlaczego nie wolno? Wracam do przykładu tego upośledzonego małżeństwa z początku niniejszego materiału: żeby wracał do domu pijany, drwił, bił i poniżał, to nie wolno rozmawiać, bo to pewnie powoduje dyskomfort u moczymordy.
W tej komedii omyłek rozmowa o reformie UE jest traktowana mniej więcej tak, jak w rodzinie patologicznego alkoholika traktuje się propozycję terapii. „Jak śmiesz?! Wszystko jest idealnie! Przecież biję cię tylko z miłości!” I tak oto każde pytanie o to, czy może jednak warto zreperować tę cieknącą rurę w kuchni, zanim zaleje nam pół domu, jest przedstawiane jako zamach na świętość małżeństwa – podważanie najtwardszych fundamentów UE. Przecież, to się – za przeproszeniem – kupy nie trzyma!
Otóż proszę Państwa, w unijnej rodzinie role są już dawno rozdane: jedni mają prawo pić, tańczyć po stołach i kłaść się spać w butach, inni mają prawo siedzieć cicho, prać, prasować i jeszcze dziękować, że mogą być częścią tej jakże „postępowej” familii. Tylko coś powiedz na naszą umiłowaną UE, a natychmiast zostaniesz okrzyknięty wichrzycielem, buntownikiem oraz podżegaczem wojennym pracującym na zlecenie Orbana, Putina, Watykanu, Marsjan lub kogokolwiek, kto akurat jest pod ręką w repertuarze strachów postępowej Europy.
Zastanówmy się: jeśli Unia Europejska jest naszym politycznym domem, to czy naprawdę remont piwnicy oznacza zdradę? Wygląda na to, że dla części naszych „ekspertów” Unia jest jak te święte krowy w Indiach — nie wolno dotknąć, nie wolno pogłaskać, ba, nawet spojrzeć nie można, bo zaraz dostajemy wykład o europejskich „wartościach”. Za próbę podjęcia dialogu z miejsca stawia się delikwenta w kącie z tabliczką „reakcjonista pierwszej klasy”.
I tak to właśnie u nas wygląda: mąż wraca nad ranem chwiejnym krokiem, w przedpokoju przewraca wieszak, w kuchni demoluje kredens, ale uchowaj Boże, żeby żona spytała, czy to zachowanie normalne. Bo wtedy to już ona ma problem. Ona „psuje atmosferę”, ona „rozbija jedność”, ona „nie ma upoważnienia Rady Ministrów do pytania, czemu on śmierdzi jak PGR po dożynkach”.
Unia Europejska rozchodzi się w szwach nie dlatego, że prezydent Nawrocki i jemu podobni wzywają do głębokie sanacji tej organizacji! UE zmierza ku przepaści, bo ma zamontowanych wiele (a kolejne się montuje) silniczków zasilanych przez galopującą głupotę (np. Zielony Ład). Żeby zawrócić konia znad tej przepaści potrzeba pilnej dyskusji, z równoczesnym ściągnięciem lejcy. W przeciwnym wypadku wszyscy spadniemy. Również i ci, którzy dzisiaj gardłują o tym, że do niczego prezydenta nie upoważnili.






