Fabryka politycznych jednorazówek. Dlaczego mamy pamięć rybki Dory i wciąż wierzymy w nowych zbawców?
Drżymy. Naprawdę drżymy. Za każdym razem, gdy media ogłaszają nadejście „nowej jakości” w polityce, narodowi robi się cieplej w sercu, jakby ktoś zapowiedział darmowego dentystę, tańsze paliwo i wieczny spokój. Wjeżdża nowa twarz – świeża, błyszcząca, wypolerowana przez sztab PR – i już pół kraju wzdycha, drugie pół coś komentuje, a wszyscy czekają, aż spadnie z nieba kolejny zbawca.
Problem w tym, że my, jako społeczeństwo, mamy pamięć rybki Dory. Ta sama scena, ten sam schemat, ten sam trik – a my wciąż dajemy się złapać na ten sam haczyk. Bo przecież to już przerabialiśmy. I to wielokrotnie.
Najpierw Palikot — barwna postać, rewolucjonista od brokatu, który miał wywrócić stolik. I wywrócił… ale głównie swój własny. Po nim zostały zdarte plakaty, kilka memów i klimat jak po imprezie, z której nikt nie pamięta połowy gości.
Potem Petru – człowiek, który miał zmienić Polskę jak dobrze poukładany Excel. W sondażach – błyskawica. W praktyce – głośny dźwięk uderzenia o rzeczywistość. Rewolucję ekonomiczną zakończył romantycznym sylwestrem na innym kontynencie. A w międzyczasie był tak wszędobylski, że naprawdę można było mieć wrażenie, że wyskoczy nawet z lodówki. Otwierasz chłodziarkę – mleko, jajka, masło… i Petru z nowym sondażem, mówiący: „poparcie rośnie!”.
A wcześniej i później pojawił się Kukiz – facet, który miał rozwalić system od środka. I rozwalił… tyle że nie system, na który liczyli jego wyborcy, tylko swój własny. Zrujnował swój ruch, swój etos, swój przekaz, a na finał wylądował w PSL, czyli w politycznym muzeum wiecznego trwania.
Potem na scenę wszedł Hołownia – płaczący, wrażliwy, telewizyjny, gotowy wzruszyć naród samym spojrzeniem. Polska demokracja w wersji talent show: łzy, światła, piękne słowa… tylko że polityka to nie studio TV, gdzie zmiany robi się jednym guzikiem.
I kolejna produkcja: Piecha i PJJ – szybki start, jeszcze szybszy zjazd oraz jedno kluczowe zadanie wykonane perfekcyjnie: zabrać trochę głosów tam, gdzie miało zaboleć. Precyzyjnie, celowo, bez zbędnych fajerwerków.
A na deser — pojawił się pewien „cud polityczny”, który miał być wielką rewolucją na prawicy. Wszedł z impetem, jak meteor, z hukiem i błyskiem. Mówił głośno, deklarował ostro, obiecywał przewrócenie stolika… i przewrócił. Tyle że swój własny. Dla wielu wyglądało to tak, jakby ktoś wpuścił do środka politycznego specjalnie wypolerowanego konia trojańskiego. Efekt? Zamiast rewolucji – powtórka z Kukiza. Zamiast siły – rozdrobnienie. Zamiast budowania – kolejne pęknięcie. I kolejny „zbawca” do katalogu jednorazówek.
A wszystko to w kraju, w którym od trzydziestu lat trwa niekończący się ping-pong: PiS rządzi – źle, więc wybieramy PO. PO rządzi – źle, więc wybieramy PiS. PiS rządzi – źle, wracamy do PO. I tak w kółko, jak w narodowym „Dniu Świstaka”. Z tą różnicą, że tam bohater próbował coś zmienić. A my? My co kilka lat patrzymy na te same plakaty z inną czcionką. Te same obietnice w nowym kolorze. Ten sam marketing, inną ręką podpisany.
I potem znów słyszymy, że nadchodzi „nowa jakość„. Nowy projekt. Nowa nadzieja. A pod spodem – ta sama korporacyjna papka.
Może – tak sobie myślę – po trzydziestu latach warto choć raz wyjść z tej politycznej karuzeli. Choć raz nie zachwycić się błyszczącym opakowaniem. Choć raz spojrzeć nie na tych, których media pchają nam pod nos, ale na tych, których media nie chcą pokazać.
Może warto zwrócić uwagę nie na kolejny marketingowy produkt, ale na człowieka, którego najchętniej wymazano by z ekranu. Takiego, którego nie zaprasza się do debat, któremu wyłącza się mikrofon, któremu uchyla się immunitet, a wszystko po to, by przypadkiem nie przebił się do opinii publicznej.
Bo w świecie, w którym promuje się wyłącznie to, co bezpieczne i wygodne, prawdziwą rzadkością jest ktoś, kto świeci nie reflektorami, tylko charakterem.
Może więc – choćby raz na trzy dekady – zróbmy coś odwrotnie, niż każą telewizory. Zwróćmy uwagę nie na tych, których lansuje się bez końca, ale na tych, których próbuje się z obrazu zdrapać. Bo być może właśnie tam, w ciszy poza kamerami, stoi człowiek, któremu naprawdę zależy.






