Niby niewiele, ale całkiem sporo. Czy na członkostwie w Radzie Pokoju można coś zyskać? Powiem to trochę z lekką nutą sarkazmu, ale nie spodziewałem się takiej szybkiej reakcji na bardzo dobry tekst dr. Bartosza Józwiaka pt. „Nie należy bać się wyzwań. Polska w Radzie Pokoju Trumpa? Czas na egoizm narodowy!”. Wydawać by się mogło, że obecnie w Pałacu Prezydenckim ktoś czyta dobre opinie pojawiające się w przestrzeni medialnej. Ledwie bowiem zdążyłem zapoznać się z opinią kolegi Józwiaka, a już dotarły do mnie informacje, że Prezydent Karol Nawrocki stara się realizować w praktyce tezy Prezesa UPR dotyczące sposobu prowadzenia polityki międzynarodowej. Jak wynika z doniesień portalu DoRzeczy, powołujących się na informacje Doroty Gawryluk, Karol Nawrocki przedstawił stronie amerykańskiej propozycję, żeby w zamian za przystąpienie Prezydenta do tzw. Rady Pokoju Donalda Trumpa USA wyraziłyby zgodę na stałą bazę wojskową w Polsce.
Bez wątpienia wystąpienie z taką inicjatywą spełnia wszelkie kryteria prowadzenia aktywnej, niezależnej i pronarodowej polityki międzynarodowej. Można też z całą pewnością stwierdzić, że jest to próba wykorzystania sytuacji przez mniejszego gracza, ale, jak widać, posiadającego pewne walory w oczach amerykańskiego hegemona. I to wszystko w ramach indywidualistycznego planu realizowanego przez przywódcę jednego z najważniejszych mocarstw. Bo nie oszukujmy się — Rada Pokoju, nawet jeśli zdaniem niektórych mediów ma za zadanie zastąpić lub co najmniej wypełnić lukę, jaka wytworzyła się na skutek erozji systemu ONZ i pewnej utopii stosunków międzynarodowych opartych na wartościach, jest jednak przedsięwzięciem osobistym Donalda Trumpa i jego otoczenia politycznego, przy nieco bezczelnym wykorzystaniu aktywów politycznych mocarstwa uważanego jeszcze za najpotężniejsze na świecie.
Bo co do tej pory wiemy o tej Radzie Pokoju, biorąc pod uwagę, że sam pomysł ewoluował od utworzenia gremium mającego zarządzać Strefą Gazy po wielkim wkładzie Donalda Trumpa, jakim jest doprowadzenie do trwałego pokoju między Hamasem a Izraelem — który jest zresztą łamany niemal codziennie — do podmiotu zdolnego zarządzać konfliktami na świecie? Do tej pory wypłynęły jedynie główne założenia i kilka wersji statutu Rady, ujawnione w formie przecieków przez amerykańskie media. Jedno jest pewne: Rada ma charakter autorytatywny. Słusznie dr Wojciech Szewko porównuje mechanizm działania tego organu do rad tworzonych w ramach monarchii absolutnych o ustroju stricte administracyjnym. To Donald Trump jest jedynym nieodwoływalnym członkiem tego kolegium, posiadającym uprawnienia kierownicze i decyzyjne. Kadencja Donalda Trumpa jest bezterminowa i nie jest powiązana z pełnieniem przez niego funkcji prezydenta USA. Pozostali członkowie Rady są powoływani w sposób całkowicie dowolny przez Donalda Trumpa lub jego następcę, bowiem w razie konieczności tylko Donald Trump może takowego następcę wskazać. Decyzje Rady, choć — jak by się to wydawało — władcze na kanwie stosunków międzynarodowych dzięki powadze osób w niej zasiadających, są w rzeczywistości wolą Donalda Trumpa, gdyż zachowuje on prerogatywę ustalania porządku obrad oraz prawo weta wobec niesatysfakcjonujących go postanowień Rady. No i pozostaje jeszcze kwestia „wpisowego” z tytułu wyboru do tak szacownego gremium — niebagatelna suma jednego miliarda dolarów.
Pomimo że trudno zachować powagę, szczególnie jeśli przez dziesięciolecia tkwiło się mentalnie w idyllicznym obrazie świata nienaruszalności zasady suwerenności państw, pokojowego rozwiązywania konfliktów w oparciu o wartości oraz idealizowanym przeświadczeniu o wyższości zasad demokratycznego Zachodu nad autorytarnym barbarzyństwem jakiegoś odległego „trzeciego świata”, to sam pomysł utworzenia Rady Pokoju pokazuje nie tyle skalę i nieodwracalność zmian, ile ujawnia procesy, które niczym choroba toczyły społeczeństwa Zachodu, nie dając widocznych dla większości objawów. Z jednej strony mamy do czynienia z zawłaszczaniem politycznym zasobów państw w imię jednostkowych korzyści jednej osoby lub jej najbliższego otoczenia, bo czym innym, jak nie „familijnym” biznesem, jest owa Rada Pokoju. Z drugiej widzimy, jakie są zasady gry w stosunkach międzynarodowych — gry o to, czy dany kraj znajdzie się na powierzchni historii, czy zostanie porwany nurtem wywołanym przez tych graczy, których stać na wywoływanie fal.
Stąd przedstawiony na wstępie pomysł Prezydenta Nawrockiego nie tylko należy uznać za ciekawy, ale przede wszystkim za taki, który może sugerować, że Pałac Prezydencki zaczyna myśleć o polityce międzynarodowej w kategoriach właściwych dla gry, która obecnie się toczy. O ile kolega Józwiak obawiał się, że po raz kolejny romantyzm, przejawiający się szczególnie w rodzimych animozjach, da o sobie znać, o tyle wiele wskazuje na to, że przynajmniej możemy próbować bić się o wyższą stawkę. Zdaje się to rozumieć Karol Nawrocki, skoro nie tylko wyraża ostrożną wolę udziału w „familijnym” przedsięwzięciu Donalda Trumpa, które — jeśli zostanie zrealizowane — będzie miało wpływ na politykę międzynarodową, ale także stara się wykorzystać związane z tym koszty, negocjując na korzyść Rzeczypospolitej. Nie oszukujmy się — miliard dolarów do wydania lekką ręką, przy obecnym stanie finansów publicznych, to kwota powodująca stan przedzawałowy u ministra Domańskiego. Samo uczestnictwo w prywatnej imprezie Trumpa et consortes również zbytniej chluby nie przynosi. Pamiętajmy też, że zaproszenie jest imienne i nie dotyczy Polski. Wszystko jednak wskazuje na to, że Karol Nawrocki nie tylko nie popada w „syndrom trumpowskiej miłości własnej”, ale próbuje wymienić pasywa na aktywa.
Próbuje, bo raczej mało prawdopodobne jest, by USA zgodziły się na propozycję Karola Nawrockiego. Nawet jeśli po stronie Donalda Trumpa istniałaby dobroduszna przychylność wobec polskiego Prezydenta, nie zapominajmy, że wciąż obowiązują ustalenia porozumienia NATO–Rosja z 1997 r., którego zapis, iż Sojusz nie będzie realizował swojej obrony zbiorowej poprzez „dodatkowe stałe rozmieszczenie znacznych sił bojowych”, jest interpretowany przez Rosję jako brak zgody na stałą obecność wojsk sojuszniczych na terenie wschodniej flanki. Mimo wszystko będzie to widoczny znak dla naszego — póki co — najważniejszego sojusznika, że mamy świadomość własnych celów strategicznych, znamy konsekwencje uczestniczenia w kontrowersyjnym „familijnym” pakcie po stronie Trumpa co przekłada się na prawo do politycznej wdzięczności oraz chcemy autonomicznie działać w ramach rozkręcającego się, nowego koncertu mocarstw. Niby niewiele, ale patrząc z perspektywy dotychczasowej jakości polskiej polityki zagranicznej — całkiem sporo.






