I tak oto polityka Kijowa coraz bardziej przypomina szkolny korytarz podczas długiej przerwy. Jeden krzyczy: „Poczekaj po lekcjach!”, drugi odpowiada: „No to chodź! Tu i teraz. Żadne po lekcjach”, a reszta udaje, że nic takiego się nie stało. A kto najbardziej się przestraszył? Wychodzi na to, że lider węgierskiej opozycji niejaki Madziar, któremu Zełeński wrzucił na barki młyński kamień, a warto przypomnieć, że toczy się kampania wyborcza. Jeżeli Viktor Obran szukał dowodu na to, iż Ukraina nie jest dla Węgrów państwem przyjaznym, to Zełeński podał mu dowód na tacy.
Historia uczy rzeczy prostych, choć politycy zdają się o nich zapominać. Państwa prowadzą spory, lecz rozum nakazuje czynić to tak, by nie dostarczać przeciwnikowi argumentów, które potem będą powtarzane na każdym wiecu i w każdej ulotce wyborczej. W tym wypadku argument spadł Orbanowi z nieba niczym prezent, którego nawet nie trzeba było odpakowywać.
W kampanii wyborczej liczą się bowiem nie subtelności dyplomacji, lecz obrazy. A obraz jest prosty: oto przywódca obcego państwa wtrąca się w wewnętrzną scenę polityczną i mimowolnie wzmacnia tego, kogo chciał osłabić. W dziejach Europy podobne pomyłki zdarzały się nieraz i niemal zawsze kończyły się tak samo — wzrostem nieufności i nieskrywaną wrogością.
Polityka międzynarodowa ma tę osobliwą właściwość, że słowa wypowiedziane w emocji żyją dłużej niż ich autorzy. Jedno zdanie potrafi krążyć po gazetach i salach parlamentów niczym niechciany duch, przypominając wyborcom, kto komu i w jakim tonie groził. Tak więc zamiast dyplomatycznej partii szachów dostaliśmy scenę z przerwy szkolnej. Różnica polega jedynie na tym, że w tej zabawie pionkami są państwa, a rachunek za emocje płacą narody. I to już przestaje być szkolną bójką — zaczyna być poważną polityką.






