Prolog: „Człowiek się uczy na błędach”, „Co nie zabije to wzmocni”, „Podróże kształcą”. To wszystko nieprawda. (…) znam ludzi, którzy potrafią 10 lat walić głową w ścianę i ciągle są zdziwieni, że ich głowa boli, a ściana stoi. Także człowiek się uczy na błędach wtedy, kiedy wie, że je popełnia. Podróże kształcą? Tak, ale tylko wykształconych ludzi. Ludzie jadą do Egiptu, stoją pod piramidami i mówią: „Patrz jaka niska, wyższa się wydawała”. I to jest koniec refleksji na temat 3 tysięcy lat historii. Jadą do Meksyku i na pytanie „Jak było?” mówią: „Meksyk jak Meksyk, ciepło było”. No i co nie zabije to wzmocni, to nieprawda. Co nie zabije to, nie zabije, wcale nie musi wzmacniać. Potrafi sponiewierać i zostać na całe życie”. – Jacek Walkiewicz, autor książek.
Po wybuchu konfliktu na Bliskim Wschodzie ponda 740 Polaków (w tym dzieci) udało się w rejon toczących się walk. Zakładam, że nieliczne jednostki, to pracownicy jakiś polskich firm, którzy MUSZĄ tam jechać, bo inaczej w przedsiębiorstwie nastąpi gospodarczy Armagedon. Może w drogę ruszyło trochę naszych dyplomatów i „zielonych ludzików”… Ale jest to kwota, którą można zliczyć na palcach jednej ręki. Zatem co szukają tam pozostali nasi rodacy: wrażeń, emocji, delikatnego drżenia serca, zapachu napalmu o poranku? A może im – po prostu – pod czachą nie styka…
W kraju – jak wiadomo – niewiele się dzieje, jak w „Rejsie”: „koń… krowa, kura, kaczka… Kura, kaczka, drób… (…) O! Jest! Widzę! Droga… Chyba na Ostrołękę”. Człowiek może się zanudzić na śmierć. Nic więc dziwnego, że bardziej krewcy rodacy postanowili poszukać adrenaliny w miejscu, gdzie rakiety latają gęściej niż gołębie na gdańskim Starym Mieście.
I znów Polska okazuje się krajem ludzi odważnych do granic brawury – albo brawurowych do granic nierozsądku. Bo gdy normalny turysta sprawdza prognozę pogody (będzie padać czy nie będzie), nasz rodak sprawdza najbliższy kalendarz ostrzałów. Gdy inni pytają w hotelu o śniadanie, my pytamy, czy schron przeciwlotniczy jest w cenie pokoju czy należy dopłacić extra. Taki nowy model turystyki wojennej: all inclusive z syreną alarmową w abonamencie. Ale skoro Baltazar Gąbka hr. Zielona Pietruszka mógł podróżować po krainach ciekawych, acz niebezpiecznych, to współczesny Kowalski (który ma na przedramieniu wydzierganego ryczącego tygrysa) może dwa razy szybciej!
Oczywiście później – gdy robi się naprawdę gorąco – zaczyna się narodowy sport pod tytułem „co rodakowi nie pomożesz”. Telefony do ambasady, dramatyczne apele w mediach społecznościowych, a na końcu oczekiwanie, że państwo polskie przyśle samolot lub okręt wojenny (najlepiej podwodny, ale nie mamy). Bo przecież skoro obywatel postanowił sprawdzić, jak wygląda wojna z bliska, to ojczyzna powinna zapewnić mu bezpieczny powrót – najlepiej w klasie biznes.
I tak to się kręci: najpierw turystyka w strefę wojny, potem ewakuacja na koszt Polaków, którzy prawidłowo ocenili sytuację i zostali w domach. Naród romantyków, tylko zamiast szabli mamy dziś smartfon i tani bilet lotniczy w klasie „osioł+”. A zdrowy rozsądek? Cóż… najwyraźniej został w kraju – w bagażu podręcznym, którego ktoś zapomniał zabrać na lotnisko. Stali czytelnicy naszego portalu wiedzą, że niezwykle krytycznie oceniamy Radosława Sikorskiego, ale nie sposób obecnie nie zgodzić się z p. Sikorskim, gdy ten w stanowczych słowach oświadczył, iż ma nadzieję, że (te osoby) nie będą teraz „domagać się ewakuacji na koszt podatników”.
Bo jest w tym pewna elementarna logika, której – jak się zdaje – zabrakło na etapie kupowania biletu lotniczego. Jeśli ktoś jedzie w strefę działań wojennych, mimo że MSZ powtarza jak mantrę: nie jedź, to trudno potem udawać zdziwienie, że nagle robi się tam… jakby niebezpiecznie.
Państwo nie jest biurem podróży od ekstremalnych wycieczek, a budżet nie jest funduszem ratunkowym dla amatorów wojennej adrenaliny. Podatnik płaci na szkoły, drogi, szpitale – nie na bilety powrotne dla tych, którym pomyliła się mapa świata z katalogiem atrakcji. Oczywiście zaraz pojawi się chór oburzonych: że współczucie, że solidarność, że obywatel w potrzebie. Wszystko pięknie – tylko że współczucie nie powinno zastępować zdrowego rozsądku. A solidarność nie polega na tym, że jeden obywatel ryzykuje z ciekawości lub głupoty, a drugi – zupełnie niewinny – płaci rachunek za bilet powrotny.
Krótko rzecz ujmując: rachunek zawsze przychodzi na końcu i byłoby czymś uczciwym, gdyby tym razem trafił do właściwego adresata. Pojechałeś na własne ryzyko – wracaj na własny koszt. Jakieś pretensje? Pisz pan/pani na Berdyczów! Także w tym przypadku + dla ministra Sikorskiego.






