Marszałek Krzysztof Bosak powiedział rzecz, którą politycy zwykle lubią przemilczeć: jeżeli stan finansów publicznych nadal będzie tak zły, jak obecnie, trzeba będzie rozważyć likwidację 13. i 14. emerytury. W polskiej polityce istnieje pewien magiczny przycisk. Wystarczy powiedzieć „cięcie wydatków”, a natychmiast pojawia się pytanie: komu zabierzemy?Seniorom? Rodzinom? Samorządom? Nauczycielom? Rolnikom? Przedsiębiorcom? Znacznie rzadziej pada pytanie: dlaczego państwo w ogóle doszło do sytuacji, w której musi wybierać, komu zabrać?
Marszałek Bosak zastrzega, że oszczędności powinny dotyczyć wszystkich dziedzin państwa, a nie wyłącznie polityki społecznej. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa rozmowa. Bo problemem nie jest jedna trzynastka czy czternastka. Problemem jest system, w którym kolejne rządy przyzwyczaiły obywateli do tego, że państwo może obiecać wszystko, sfinansować prawie wszystko i jeszcze przez chwilę udawać, że rachunek zapłaci jakiś Święty Mikołaj, o pardon Dziadek Mróz.
Tyle że budżet ma paskudny zwyczaj przypominania o rzeczywistości. Nie interesuje go, kto jest „fachowcem”, a kto „złodziejem”. Nie rozpoznaje partyjnych barw. Nie słucha konferencji prasowych. Zna tylko dwie liczby: ile wpłynęło i ile wydano. A te liczby zaczynają wyglądać coraz mniej komfortowo.
Warto spojrzeć na nie nie przez pryzmat jednego roku, lecz całej dekady. W 2015 r. deficyt budżetu państwa wyniósł 42,6 mld zł, rok później 46,2 mld zł. Potem jednak wyraźnie spadł: do 25,4 mld zł w 2017 r., 10,4 mld zł w 2018 r. i 13,7 mld zł w 2019 r. Czyli można było! Potem przyszła pandemia i w 2020 r. deficyt skoczył do 85 mld zł. Był to wyjątkowy czas i trudno udawać, że państwo mogło wtedy zachowywać się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Co jednak ciekawe, w kolejnych dwóch latach deficyt ponownie mocno spadł — do 26,4 mld zł w 2021 r. i 12,6 mld zł w 2022 r.
I właśnie tutaj kończy się historia o pojedynczych wyjątkach, a zaczyna historia o skali, którą wdzięcznie kreśli rząd Donalda Tuska.
W 2023 r. deficyt wyniósł już 85,6 mld zł. W 2024 r. przekroczył 211 mld zł, a w 2025 r. sięgnął około 275,7 mld zł. Z 12,6 miliarda w 2022 r. do prawie 276 miliardów w 2025 r. To nie jest kosmetyczna różnica. To zmiana skali. Na 2026 r. ustalono limit deficytu na 271,7 mld zł, a projekt budżetu na 2027 r. zakłada 282,6 mld zł. To oczywiście wartości planowane, a nie wykonanie. Ale sam kierunek powinien skłaniać do poważnej rozmowy, a nie rzucania sloganów typu: Jesteśmy zieloną wyspą!
Oczywiście, można wszystko wytłumaczyć. Wojna. Obrona. Zdrowie. Inwestycje. Energia. Drogi. Kolej. Transformacja. Bezpieczeństwo. I większość tych argumentów jest prawdziwa. Oczywiście można wydawać dużo i mieć z tego państwo z elektrowniami atomowymi, drogami, koleją czy Centralny Port Komunikacyjny. Można też wydawać dużo i mieć z tego przede wszystkim coraz większy rachunek. I tu dochodzimy do ulubionej polskiej dyscypliny sportowej: zmiany odpowiedzialności.
Kiedy rządzi PiS, deficyt jest dowodem ich nieudolności. Kiedy przychodzą „fachowcy” z KO, ten sam deficyt staje się „trudnym dziedzictwem”, „koniecznością inwestycyjną” albo skutkiem sytuacji międzynarodowej. A kiedy przyjdą następni, zapewne powiedzą to samo.
Historia polityczna się zmienia. Księgowość pozostaje.
Dlatego pytanie o 13. i 14. emeryturę powinno być tylko fragmentem znacznie większej dyskusji. Jeżeli naprawdę trzeba oszczędzać, pokażmy całą listę. Administrację. Fundusze. Dotacje. Spółki. Programy. Inwestycje. Koszty obsługi długu. Wszystkie trwałe zobowiązania państwa. Nie tylko emerytury. Nie tylko rodziny. Nie tylko obywatela, któremu najłatwiej powiedzieć: „tym razem trzeba zacisnąć pasa”. Bo jeżeli odpowiedzią na rosnący deficyt ma być wyłącznie pytanie, komu zabrać kolejne świadczenie, to jest to najprostsza część całej dyskusji.
Znacznie trudniejsze pytanie brzmi: z czego państwo powinno zrezygnować, zanim zacznie głębiej sięgać do pieniędzy obywatela? Państwo może wydawać więcej, jeżeli ma ku temu powód. Może się zadłużać, jeżeli inwestuje i potrafi ten dług obsłużyć. Może pomagać obywatelom, gdy przychodzi kryzys.
Ale istnieje moment, w którym „jeszcze jeden program” przestaje być pomocą, a staje się kolejną pozycją na rachunku.
I wtedy przychodzi najgorsza wiadomość.
Rachunek nie przychodzi do premiera. Nie przychodzi do marszałka Sejmu. Nie przychodzi do prezesa tej czy innej partii.
Rachunek przychodzi do podatnika.
Może więc największym problemem Polski nie jest to, że rządzą nami „złodzieje” albo „fachowcy”. Może największym problemem jest to, że wszyscy nauczyli się rządzić cudzymi pieniędzmi. A cudze pieniądze mają tę wyjątkowo nieprzyjemną właściwość, że wcześniej czy później okazują się nasze. I wtedy nie ma już znaczenia, kto komu wygarnął na konferencji prasowej.
Zostaje faktura wraz z odsetkami.




