Czy władza naprawdę uważa społeczeństwo za stado baranów, któremu wystarczy rzucić kilka chwytliwych haseł, wskazać wroga i od czasu do czasu pozwolić wrzucić kartkę do urny? Chciałbym wierzyć, że nie. Chciałbym też wierzyć, że Polacy nie są jedynie statystami w spektaklu zwanym demokracją, a ich rola nie kończy się w dniu wyborów.
Bo przecież demokracja to nie tylko możliwość wybrania rządzących. To także prawo do patrzenia im na ręce, zadawania niewygodnych pytań i rozliczania z obietnic. Zwłaszcza tych składanych z wielkim przekonaniem, podniosłym tonem i w imię najwyższych wartości.
Może więc zacznijmy od końca. Od słów. A właściwie od pytania: kto je wypowiedział?
Stawiam tezę, że sposób, w jaki obecna władza podchodzi do instytucji państwa i obowiązujących reguł, budzi poważne wątpliwości co do jej deklarowanego przywiązania do praworządności. Nie chodzi mi przy tym o rozstrzyganie odwiecznego sporu: kto pierwszy rzucił kamieniem. Polska demokracja ma za sobą wiele trudnych rozdziałów. Nie brakowało w nich politycznych nadużyć, manipulacji, nieczystych zagrywek i prób podporządkowania instytucji państwa interesom partyjnym. Żadna strona nie ma monopolu na niewinność.
Nie oznacza to jednak, że kolejne naruszenia można usprawiedliwiać poprzednimi. Państwo prawa nie działa na zasadzie: skoro oni kiedyś, to my możemy dzisiaj.
Premier Donald Tusk wielokrotnie deklarował, że jego celem jest przywrócenie praworządności, uczciwości i normalności w życiu publicznym. W imię tych wartości pojawiło się nawet pojęcie „demokracji walczącej”, mające uzasadniać nadzwyczajne działania. Tylko że w demokracji szczególnie niebezpieczny jest moment, w którym cel zaczyna usprawiedliwiać środki, prawo staje się przeszkodą, którą można ominąć w imię wyższego dobra.
Przypomnijmy sobie grudzień 2023 roku i przejęcie mediów publicznych. Wprowadzono je w stan likwidacji, czemu towarzyszyły prawne kontrowersje, protesty i spory o sposób działania państwa. Nie zamierzam tutaj rozstrzygać wszystkich ówczesnych wątpliwości prawnych. Warto natomiast przypomnieć, co w tamtym czasie mówił sam premier.
A mówił między innymi:
„Ale nam do głowy nie przyjdzie, żeby lekceważyć albo uniemożliwiać działanie wymiaru sprawiedliwości, nawet jeśli wiemy, że część prokuratorów działa raczej z politycznych pobudek w tej chwili”.
I dalej:
„Od tego jest prokuratura, policja i sąd”.
Mówił również:
„To nie jest fajny czas na złe rzeczy i na przemoc. Ale ja mam takie głębokie przekonanie, że polska polityka ma być wreszcie wolna od tej przemocowości – słownej, fizycznej, od nadużywania władzy”.
Padały też słowa, które powinny być fundamentem każdej demokratycznej władzy:
„O tym, czy ktoś ma do czegoś prawo czy nie – będzie decydował wymiar sprawiedliwości, a nie Kaczyński czy Tusk”.
I jeszcze jedna deklaracja:
„Bardzo bym chciał, żeby sprawiedliwość była czymś w Polsce, czego nie można uniknąć. Nawet jeśli trochę czasu to zajmuje”.
Piękne słowa. Trudno się z nimi nie zgodzić. Tylko czy dzisiaj nadal obowiązują? Czy są zasadą, której władza zamierza przestrzegać również wtedy, gdy staje się ona dla niej niewygodna?
Minęły lata. Stan likwidacji mediów publicznych nadal trwa, zapowiadane reformy i nowa jakość nie rozwiały wszystkich wątpliwości, a obywatele wciąż czekają na rozwiązania, które miały być dowodem przywracania normalności. Zmiana ludzi na stanowiskach nie jest przecież automatycznie zmianą standardów. Nowe twarze nie gwarantują nowych zasad, a hasło „czysta woda” samo w sobie nie oczyszcza życia publicznego.
I właśnie tu tkwi sedno problemu. Nie w tym, kto ma rację w partyjnym sporze, ale w tym, czy te same reguły obowiązują wszystkich. Czy prawo jest prawem także wtedy, gdy ogranicza naszych? Czy sąd ma rozstrzygać spory niezależnie od tego, komu jego wyrok jest na rękę? Czy standardy, których wymagaliśmy od poprzedników, potrafimy zastosować wobec własnych?
Niepokoi mnie również coś jeszcze. Zamiast rzeczowej rozmowy coraz częściej dostajemy polityczne etykiety. Kto pyta, ten jest oszołomem. Kto krytykuje, ten jest zdrajcą, ruskim agentem, „PiSiorem” albo „Platfusem”. Zamiast argumentów mamy stygmatyzowanie, zamiast dyskusji – plemienną mobilizację. W takim klimacie obywatel przestaje być partnerem władzy, a staje się kibicem, od którego oczekuje się bezwarunkowego dopingu.
Tymczasem wyborca nie jest kibicem. Nie musi bronić każdej decyzji swojej drużyny. Nie ma obowiązku usprawiedliwiać błędów polityków tylko dlatego, że kiedyś oddał na nich głos.
Mam więc pewną propozycję. Może czas na polityczny reset? Na zakończenie nieustannego sezonu strzelanek między Donaldami i Kaczorami. Obaj od lat pozostają centralnymi postaciami polskiej polityki, a ich wzajemny konflikt zdaje się pochłaniać coraz więcej przestrzeni, którą powinny zajmować sprawy państwa i obywateli.
Może nadszedł czas, by obaj uznali, że Polska nie jest ich prywatnym polem bitwy? Że można mieć swoje zasługi, własną historię i polityczne ambicje, a mimo to zrobić krok w tył? Nie chodzi o rozliczanie dorobku ani wymazywanie przeszłości. Chodzi o stworzenie przestrzeni dla innych, dla nowego pokolenia polityków, którzy nie będą musieli definiować swojej działalności wyłącznie przez stosunek do poprzedników.
Niech obaj, jeśli już tak bardzo chcą służyć radą, znajdą miejsce w jakiejś radzie starszych. Doświadczenie może być cenne, ale nie musi oznaczać wieczystego prawa do decydowania o wszystkim.
Bo Polska nie potrzebuje kolejnej wojny domowej, ani tej na ulicach, ani tej prowadzonej w instytucjach, mediach i głowach obywateli. Potrzebuje stabilnego państwa, szacunku dla prawa i polityków, którzy rozumieją, że władza jest służbą, a nie własnością.
I na koniec morał, może banalny, ale dziś szczególnie potrzebny: nie wierzmy politykom na słowo. Wierzmy zasadom, a polityków rozliczajmy z czynów. Nie pytajmy wyłącznie, kto rządzi. Pytajmy, jak rządzi, według jakich reguł i czy sami zgodzilibyśmy się na takie same działania, gdyby podejmowała je druga strona.
Demokracja nie umiera wyłącznie wtedy, gdy ktoś odbiera obywatelom prawo głosu. Może słabnąć również wtedy, gdy obywatele przestają myśleć samodzielnie, a zaczynają bezkrytycznie klaskać swoim.
I tego właśnie powinniśmy się obawiać najbardziej. Nie polityków, którzy się ze sobą nie zgadzają, lecz obywateli, którzy przestają wymagać od nich czegokolwiek.
(foto: Robert Kwiatek)




