Są w historii narodów chwile, które później wydają się jakby nieuchronne. Patrzymy na nie z oddalenia i ulegamy złudzeniu, że skoro nastąpiły, musiały przecież nastąpić. Tak było pisane…Tymczasem historia nigdy nie jest nieuchronna. Tworzą ją ludzie, ich decyzje, brak decyzji, ich lęki i ich odwaga. Czasami szalona, podobna do lotu w stronę płomienia, który kusi, ale może zaboleć. Historię tworzą ludzie, którzy gotowi są powiedzieć „nie” wtedy, gdy wszyscy rozsądni radzą: siedzieć cicho i nie odzywaj się.
Polska drugiej połowy XX wieku znała wiele takich chwil. PRL była krajem, w którym państwo miało ogromną władzę, a obywatel miał często niewiele poza własnym sumieniem. PRL była krajem, w którym słowa „wolność”, „niezależność” i „prawda” mogły kosztować znacznie więcej niż zwykłe słowa. Czasem utratę zdrowia, wolności, a pop kraju krążyli „nieznani sprawcy”, którzy uciszali niepokornych. I właśnie w takim czasie dorastało pokolenie, które nie chciało pogodzić się z tym, że historia została już napisana i że Polakom pozostaje jedynie ją bezwolnie odczytywać.
Do tego pokolenia należy Krzysztof Wyszkowski.
Krzysztof (nie ukrywam, że mam zaszczyt być z Nim po imieniu) nie należał do ludzi, którzy czekają na pomyślny wiatr. Należał do tych, którzy próbują stawiać żagle wtedy, gdy wieje przeciwnie. W latach siedemdziesiątych, na Wybrzeżu, uczestniczył w tworzeniu niezależnego ruchu społecznego i wydawniczego. Współpracował z Komitetem Obrony Robotników, współtworzył Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża, drukował i kolportował niezależne pisma. Była to praca pozornie niewielka: kartka papieru, maszyna drukarska, kilka egzemplarzy pisma, wiadomość przekazana z rąk do rąk. Lecz z takich właśnie rzeczy składają się początki wielkich przemian.
Władza może zamknąć drukarnię. Może skonfiskować papier. Może przesłuchać człowieka. Może nawet na pewien czas zmusić go do milczenia. Nie potrafi jednak łatwo zatrzymać słowa, które zostało już wypowiedziane i usłyszane przez innych.
W sierpniu 1980 roku historia przyspieszyła.
Stocznia Gdańska stała się miejscem, w którym robotniczy protest przestał być tylko protestem. Stał się wydarzeniem narodowym, ducha powstaniem i jego odrodzeniem. Wśród ludzi, którzy znaleźli się wówczas w stoczni, był Krzysztof Wyszkowski. Zajął się drukiem i redagowaniem strajkowego biuletynu. I właśnie wtedy padło słowo, które miało już pozostać w polskiej historii na zawsze: „Solidarność”.
Nie sposób przecenić znaczenia słów, które w odpowiednim momencie otrzymują życie na wyjałowionej pustyni. „Solidarność” była przecież czymś więcej niż nazwą. Była przypomnieniem starej prawdy, że człowiek samotny może być bezbronny, lecz ludzie, którzy potrafią stanąć obok siebie, tworzą siłę większą od strachu.
A potem przyszedł grudzień 1981 roku.
Noc stanu wojennego była próbą dla wszystkich. Jednych zmusiła do milczenia, innych do emigracji, jeszcze innych do dalszej walki. Krzysztof Wyszkowski należał do tych ostatnich. Został internowany. Później uciekł z miejsca odosobnienia, ukrywał się, został aresztowany. Te fakty są znane. Lecz za faktami kryje się coś ważniejszego: świadomość ryzyka, które ponosił człowiek, wybierając wierność własnym przekonaniom.
Nie ma bowiem odwagi bez ceny. Gdyby odwaga nic nie kosztowała, byłaby tylko pustym sloganem.
Dziś, po dziesięcioleciach, łatwo zapomnieć, jak wiele niepewności było w tamtych dniach. Jak wielu ludzi zamknęło się w swoich „czterech ścianach”. Nie znano przyszłości. Nie było wiadomo, kiedy skończy się system, który wydawał się niezniszczalny. Nie było wiadomo, ilu ludzi jeszcze zapłaci za swoje przekonania. Nie było wiadomo nawet, czy wielki ruch społeczny, który narodził się w Sierpniu, przetrwa.
A jednak przetrwał.
I dlatego szczególne znaczenie ma chwila, w której Order Orła Białego trafia do człowieka, którego droga związana była z tamtym doświadczeniem. Orzeł Biały jest przecież symbolem starszym od współczesnych sporów i starszym od współczesnych partii. Jest znakiem Rzeczypospolitej. Przypomina o państwie, które może przeżywać klęski, rozbiory, wojny i ustrojowe katastrofy, a jednak zachowuje swoją pamięć.
Tutaj, na Pomorzu Gdańskim, w miejscu tak silnie związanym z Sierpniem, historia zatacza szczególny krąg.
Człowiek, który przed laty drukował słowa w warunkach konspiracji, otrzymał najwyższe odznaczenie Rzeczypospolitej. Człowiek, który uczestniczył w tworzeniu niezależnego ruchu społecznego, został uhonorowany przez państwo, którego wolność była wówczas dopiero pragnieniem.
To nie jest tylko osobista historia Krzysztofa Wyszkowskiego.
To jest także przypomnienie, że państwa nie budują się wyłącznie ustawami. Budują się również z pamięci, odpowiedzialności i odwagi swoich obywateli.
Po roku 1989 Wyszkowski nie przestał zabierać głosu. Jako publicysta i uczestnik życia publicznego zachował własny sposób patrzenia na najnowsze dzieje Polski. Spierał się, oceniał, polemizował. Nie wszystkie jego poglądy muszą być podzielane, aby dostrzec rzecz zasadniczą: człowiek, który przez całe życie przywiązywał wagę do niezależności, pozostał wierny prawu do własnego sądu. Jego spór z Lechem Wałęsą nie był sporem osobistym (jak wielu zdaje się uważać), a fundamentalnym pytaniem, które padło z trybuny sejmowej z ust premiera Jana Olszewskiego: Czyja będzie Polska? To ważne pytanie rozdziera Polskę po dzień dzisiejszy.
I może właśnie dlatego Jego biografia przypomina nam coś, o czym w spokojnych czasach łatwo zapomnieć.
Wolność nie polega na tym, że wszyscy myślą tak samo.
Wolność polega na tym, że człowiek może powiedzieć: „Myślę inaczej” — i nie musi za to wyrzec się własnej godności.
Krzysztof Wyszkowski należy do ludzi, którzy tę prawdę poznali nie z książek, lecz z osobistego doświadczenia.
Dlatego przyznanie Orderu Orła Białego jest czymś więcej niż wręczeniem odznaczenia. Jest chwilą, w której współczesna Polska spogląda wstecz i dostrzega ludzi stojących kiedyś pośród niepewności, ryzyka i nadziei wyszeptanej w modlitwie. Ludzi, którzy nie mogli wiedzieć, jak zakończy się ich wysiłek. Mogli jedynie zdecydować, po której stronie staną.
Krzysztof Wyszkowski stanął po stronie słowa niezależnego, po stronie prawa do zrzeszania się, po stronie pamięci o Polsce wolnej.
Historia oceniła już wiele z tamtych wydarzeń. O kolejnych będzie jeszcze długo dyskutować. Tak być powinno. Naród żywy nieustannie rozmawia ze swoją przeszłością.
Ale są rzeczy prostsze.
Był sierpień, kiedy trzeba było stanąć razem.
Były lata, kiedy trzeba było pamiętać.
Była lata, kiedy należało dać świadectwo.
I był człowiek, który w tych wszystkich chwilach był obecny.
Dziś nad Jego drogą życia pochyla się Orzeł Biały.
Niech więc będzie to znak nie tylko uznania dla Krzysztofa Wyszkowskiego, lecz także znak pamięci o tych wszystkich, którzy w czasach trudnych uwierzyli, że Polska może być państwem wolnych ludzi.
Bo narody trwają nie tylko dzięki temu, że pamiętają swoje zwycięstwa. Trwają także dzięki temu, że pamiętają, kto miał odwagę marzyć o zwycięstwie wtedy, gdy zwycięstwo nie było jeszcze widoczne na horyzoncie.
Krzysztof, wielu łask bożych i niech Pan Bóg prostuje Twoje ścieżki, gdziekolwiek jesteś!




