Krakowski Rynek. Miejsce, które przez stulecia widziało koronacje, pochody, manifestacje, jarmarki, miłosne wyznania i tysiące zwyczajnych ludzkich historii. Miejsce, do którego przyjeżdża się, żeby zachwycić się Polską. Dziś stało się miejscem niewyobrażalnej tragedii.
Są zabici. Są ranni. Są rodziny, które właśnie przeżywają najgorsze chwile swojego życia. Są świadkowie, którzy jeszcze długo będą słyszeli w głowie odgłos strzałów. I są dwaj ranni policjanci.
Tych policjantów ratujcie!
To nie jest moment na polityczne konferencje, medialne popisy ani konkurs na najbardziej błyskotliwą teorię dotyczącą tego, co właściwie się wydarzyło. To jest moment na ratowanie ludzi, udzielanie pomocy, zabezpieczenie miejsca tragedii i pracę służb. Na zwyczajną, profesjonalną robotę, od której zależy wyjaśnienie tej tragedii.
Tymczasem ledwie rozległy się strzały, a już w przestrzeni publicznej zaczyna się znajomy spektakl. Eksperci wszelkiej maści, specjaliści od bezpieczeństwa, geopolityki, psychologii tłumu i wszystkiego, co akurat jest potrzebne do wystąpienia przed kamerą, ruszają do pracy. Nie wiedzą, ale już wyjaśniają. Nie mają ustaleń śledczych, ale już budują scenariusze. Nie znają motywów, ale gotowi są opowiedzieć nam całą historię.
Samotny wilk? Oczywiście, dlaczego nie. Ukraińcy? Też już można usłyszeć takie sugestie. Może prowokacja? Może zorganizowany zamach? A może UFO wylądowało na krakowskim Rynku, tylko akurat nie zdążyło zostawić wizytówki?
Ironia? Owszem. Ale trudno inaczej reagować na tę groteskową potrzebę natychmiastowego posiadania odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi jeszcze nie ma, bo być – na obecnym etapie – nie może!
Warto przypomnieć rzecz pozornie banalną: śledztwo nie jest teleturniejem, w którym wygrywa ten, kto pierwszy poda rozwiązanie. Ustalenie motywów, okoliczności, ewentualnych powiązań i odpowiedzialności wymaga dowodów. Nie intuicji komentatora, nie politycznych sympatii i nie internetowych domysłów.
W takich chwilach szczególnie potrzebna jest odpowiedzialność mediów. Informować – tak. Dociekać – oczywiście. Zadawać trudne pytania – bezwzględnie. Ale nie urządzać widowiska z ludzkiego nieszczęścia i nie podsuwać odbiorcom hipotez ściągniętych z sufitu! Każda niepotwierdzona sugestia może stać się paliwem dla nienawiści, uprzedzeń i kolejnych kłamstw.
Jest jeszcze jedna sprawa. Policjanci, którzy zostali ranni, nie są elementem policyjnego komunikatu ani statystyką w wieczornym serwisie. To ludzie, którzy znaleźli się na linii ognia, wykonując swoją służbę. Nie wiemy jeszcze wszystkiego o przebiegu interwencji, ale wiemy wystarczająco dużo, by okazać im szacunek za poświęcenie.
Dzisiaj Kraków potrzebuje ciszy tam, gdzie należy milczeć, kompetencji tam, gdzie trzeba działać, i solidarności tam, gdzie ludzie walczą o życie. Potrzebuje policjantów, ratowników, lekarzy i śledczych, a nie kolejnej armii telewizyjnych proroków.
A kiedy opadną emocje, przyjdzie czas na pytania. Także te najtrudniejsze. Kto, dlaczego, jak i czy można było temu zapobiec?
Na razie jednak niech przemówią fakty.
A jeśli ktoś koniecznie chce wiedzieć, kto jest odpowiedzialny za tę krwawą tragedię, odpowiedź jest znacznie prostsza, niż próbują nam wmówić rozmaici komentatorzy: sprawca to człowiek, który wjechał w okolice krakowskiego Rynku i zaczął strzelać do przypadkowych ludzi. Został postrzelony i zatrzymany przez policję. Jego motywy i wszystkie okoliczności zbrodni muszą ustalić śledczy.
Resztę dopowiedzą dowody. Nie telewizyjni jasnowidze.




