Słowa Roberty Metsoli wypowiedziane w polskim Sejmie powinny wybrzmieć w Europie jak polityczny rachunek sumienia. Przewodnicząca Parlamentu Europejskiego przyznała wprost: Polska od lat ostrzegała przed Rosją, przed uzależnieniem energetycznym od Moskwy, przed imperialnymi ambicjami Kremla. „Mieliście rację. Europa powinna was usłyszeć wcześniej” – powiedziała.
Piękne słowa. Ważne słowa. Tylko że jest w nich pewien zasadniczy problem.
Jaka Polska, pani przewodnicząca?
Ta Polska, która ostrzegała, czy ta, która przez lata uznawała ostrzeganie za przejaw politycznej obsesji? Ta, której politycy mówili o rosyjskim imperializmie, czy ta, której przedstawiciele woleli wierzyć w możliwość ułożenia się z Putinem? Ta, która budowała strategiczną niezależność, czy ta, która traktowała ostrzeżenia przed rosyjskim gazem jako niepotrzebne komplikowanie europejskiej współpracy?
Nie, Polska nie jest abstrakcyjnym pomnikiem, pod którym wszyscy politycy mogą dziś składać kwiaty i odbierać zasługi.
Polska ma nazwiska. Ma decyzje. Ma daty. Ma ludzi, którzy mieli odwagę mówić rzeczy niewygodne, kiedy europejskie salony wolały słuchać zapewnień o pragmatycznym partnerstwie z Moskwą.
Wystarczy przypomnieć wystąpienie Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi w 2008 roku. Prezydent ostrzegał wówczas, że po Gruzji może przyjść kolej na Ukrainę, państwa bałtyckie, a w dalszej perspektywie także Polskę. Nie była to fantazja politycznego radykała. Była to trafna diagnoza rosyjskiej polityki imperialnej.
Podobnie ostrzegały kolejne środowiska i ośrodki polskiej polityki bezpieczeństwa. Polska perspektywa nie była jednak w Europie traktowana jako wystarczający powód do zmiany kursu. Zbyt wielu europejskich przywódców wolało interesy, kontrakty i iluzję stabilizacji.
I właśnie dlatego dzisiejsze słowa Metsoli są tak istotne. Bo przyznanie racji po katastrofie jest łatwe. Trudniej przyznać, że wcześniej własna polityka była błędna.
Ale zanim zaczniemy wystawiać rachunki Brukseli i Berlinowi, spójrzmy na własne podwórko.
A co z polskimi elitami?
Co z tymi, którzy zamiast merytorycznie odpowiadać na ostrzeżenia, próbowali je dyskredytować? Co z politykami, komentatorami i publicystami, którzy z alarmowania o Rosji uczynili dowód rzekomego zacietrzewienia, rusofobii albo politycznej paranoi?
Co z elitami związanymi z dzisiejszą Koalicją Obywatelską, które przez lata uczestniczyły w sporze o ocenę Rosji, politykę energetyczną i wiarygodność ostrzeżeń formułowanych przez obóz prezydenta Kaczyńskiego?
Nie chodzi o to, by każdemu przypisywać identyczną odpowiedzialność. Chodzi o elementarną uczciwość: nie można dziś z dumą opowiadać, że Polska miała rację, a jednocześnie udawać, że wszyscy polscy politycy tę rację rozumieli i konsekwentnie reprezentowali.
Nie rozumieli. Nie wszyscy. I nie zawsze.
Warto więc przypomnieć, że ostrzeżenia przed Rosją nie były partyjnym kaprysem. Były sprawą bezpieczeństwa państwa. A bezpieczeństwo państwa nie powinno zależeć od tego, kto akurat siedzi w kancelarii premiera, kto zajmuje Pałac Prezydencki i kto ma większość w Sejmie.
Dziś, gdy rzeczywistość brutalnie zweryfikowała złudzenia europejskich elit, łatwo ustawić się w szeregu zwycięzców. Łatwo powiedzieć: przecież zawsze wiedzieliśmy. Łatwo przykleić sobie etykietę konsekwentnego obrońcy polskiej racji stanu.
Tylko że pamięć polityczna nie powinna być aż tak krótka.
Bo przecież historia ma tę niewygodną właściwość, że nie daje się całkowicie przepisać na potrzeby aktualnej konferencji prasowej.
Jest jeszcze jeden problem. Europejskie elity nie tylko nie słuchały Polski. One często traktowały polskie ostrzeżenia jako przeszkodę w realizacji własnych interesów. Niemiecka polityka energetyczna, Nord Stream, wiara w możliwość gospodarczego związania Rosji z Europą – wszystko to miało swoich architektów, zwolenników i politycznych patronów. Dziś niektórzy z nich mówią o strategicznym błędzie tak, jakby był on zjawiskiem atmosferycznym, za które nikt konkretny nie odpowiada.
To nie była pogoda. To były decyzje.
Największą kompromitacją elit nie jest bowiem to, że nie przewidziały wszystkiego. Jest nią to, że zbyt często lekceważyły tych, którzy ostrzegali.
Przypominam sobie rok 2010, kiedy to Jarosław Kaczyński napisał artykuł pt. „Sojusznicy i wartości”, który został skierowany do polityków i środowisk opiniotwórczych na świecie oraz do eurodeputowanych i ambasadorów akredytowanych w Polsce. Prezes PiS ostrzega w nim, że Rosja systematycznie odbudowuje swoją strefę wpływów, jednocześnie ocenia, że maleje zaangażowanie USA w Europie. W odpowiedzi Radosław Sikorski pytał czy „pan prezes jest na proszkach, czy nie”.
I dlatego wystąpienie Metsoli powinno być początkiem poważnej rozmowy, a nie okazją do kolejnego politycznego autopromocyjnego spektaklu. Rozmowy o odpowiedzialności za błędne diagnozy, o ludziach odsuwanych na margines debaty, o politycznych mechanizmach ośmieszania niewygodnych opinii.
Bo jeśli dziś słyszymy: „Mieliście rację”, to naturalną konsekwencją powinno być następne pytanie: Kto miał rację, kto się mylił i kto ponosi odpowiedzialność za to, że ostrzeżenia zostały zignorowane? Nie wystarczy dziś przywdziać biało-czerwonych barw i ustawić się do wspólnego zdjęcia z przewodniczącą Parlamentu Europejskiego. Nie wystarczy odmienianie słowa „bezpieczeństwo” przez wszystkie przypadki. Nie wystarczy patriotyzm na użytek bieżącej politycznej koniunktury.
Trzeba jeszcze mieć odwagę powiedzieć: w tej sprawie nasi polityczni przeciwnicy mieli rację, a my się myliliśmy. Liderzy PiS mówili: Uwaga Rosja, liderzy Koalicji Obywatelskiej: „…chcemy dialogu z Rosją taką, jaką ona jest” (Donald Tusk).
I właśnie tego rachunku sumienia wciąż brakuje – zarówno w europejskich salonach, jak i w części polskich elit.
Bo Polska nie potrzebuje dziś polityków, którzy będą sobie nawzajem rozdawać medale za cudzą przenikliwość. Potrzebuje państwa, w którym ostrzeganie przed zagrożeniem nie jest traktowane jak polityczna zdrada, a trafna diagnoza nie staje się zaletą dopiero wtedy, gdy potwierdzi ją wojna.
Pani Metsola powiedziała: „Mieliście rację”.
Dziękujemy. Ale teraz pozwólcie nam zadać pytanie, którego europejskie i polskie elity tak bardzo nie lubią:
Kto przez lata miał tę rację w nosie?




