Z prof. dr. Boštjanem Markiem Turkiem rozmawia Henryk Piec o kryzysie europejskiej chadecji, dziedzictwie rewolucji 1968 roku i ideowej przemianie Zachodu. Rozmowa dotyczy tego, dlaczego partie centroprawicowe utraciły część swojej tożsamości oraz jakie konsekwencje dla Europy niesie odejście od tradycyjnych wartości.
Powiedział Pan, że partie wywodzące się z tradycji chadeckiej i centroprawicowej stopniowo przejęły część ideologii swoich dawnych przeciwników politycznych. Czy była to świadoma decyzja elit, czy raczej efekt długotrwałej presji kulturowej i medialnej ze strony lewicy?
Nie była to wyłącznie świadoma decyzja elit politycznych. Przede wszystkim był to efekt wieloletniej, systematycznej presji kulturowej i medialnej, która rozpoczęła się wraz z rewolucją 1968 roku i przez kolejne dekady tylko przybierała na sile. Właśnie temu poświęcona jest moja najnowsza książka „Wojna o pokój. Rewolucja 1968 roku i rozkład Zachodu”. Ukazała się już w języku słoweńskim, chorwackim, ukraińskim i angielskim (wydawnictwo Arktos w Londynie). We wrześniu zostanie wydana we Francji przez wydawnictwo Reinharc, a w przyszłym roku ukaże się także po polsku. Trwają również przygotowania do wydań włoskiego i czeskiego. Po wydarzeniach maja 1968 roku w Paryżu neomarksistowscy studenci, wywodzący się głównie z zamożnych rodzin mieszczańskich, rozpoczęli frontalny atak na podstawowe filary cywilizacji zachodniej: rodzinę, autorytet, naród, religię i tradycję. Ich program idealnie zbiegł się z falą konsumpcjonizmu napływającą ze Stanów Zjednoczonych. Marks twierdził, że człowiek jest jedynie produktem środowiska społecznego – co zresztą jest wewnętrznie sprzeczne i szczegółowo analizuję to w swojej książce. Freud z kolei sprowadził człowieka do zespołu popędów, którym należy pozwolić na swobodny rozwój. Z połączenia tych dwóch nurtów narodziła się nowa antropologia. Człowiek przestał być postrzegany jako istota skierowana ku transcendencji, a zaczął być traktowany jako jednostka, która powinna uwolnić się od wszelkich tradycyjnych więzi, aby stać się idealnym konsumentem, a zarazem członkiem kolektywu. W komunizmie ludzi organizowano politycznie – poprzez pochody, członkostwo w partii czy związkach zawodowych. Dziś organizuje nas konsumpcja. Nie chodzimy do centrów handlowych dlatego, że naprawdę czegoś potrzebujemy. Idziemy tam dlatego, że sam pobyt w galerii handlowej stał się potrzebą. Spędzamy tam godziny, często nie zastanawiając się nawet, po co właściwie tam jesteśmy. To mechanizm działający na poziomie podświadomości. Elity centrowe i chadeckie stopniowo dostosowywały się do tej rzeczywistości, obawiając się, że zostaną uznane za „zacofane”, „patriarchalne” czy „nietolerancyjne”. Media, uniwersytety i instytucje kultury przejęły język nowej ideologii. Zamiast bronić chrześcijańskiej antropologii – człowieka jako osoby posiadającej duszę, stworzonej na obraz Boga, rodziny jako podstawowej komórki społecznej oraz narodu jako historycznie ukształtowanej wspólnoty – zaczęły przejmować lewicową terminologię. Nie było to zwycięstwo rozumu. Była to kapitulacja! Charles de Gaulle, jeden z pierwszych polityków dotkniętych skutkami rewolucji 1968 roku, doskonale rozumiał, że polityka musi opierać się na realistycznym humanizmie zakorzenionym w chrześcijaństwie. Jego następcy w zachodnioeuropejskich partiach chadeckich tę intuicję utracili. Ostatnim politykiem tej miary, który konsekwentnie bronił i realizował tę wizję, był kanclerz Niemiec Helmut Kohl. W zadziwiająco krótkim czasie Zachód odszedł od zasad, które przez stulecia stanowiły fundament jego cywilizacji. Konserwatywne partie przyjęły logikę, zgodnie z którą, aby zachować polityczne znaczenie, muszą być „bardziej nowoczesne” niż sama lewica. W efekcie stały się narzędziem procesu, który niegdyś chciały powstrzymać. Dziś widać wyraźnie, że główne ośrodki decyzyjne Europy – Bruksela, Berlin i Paryż – uczyniły tę ideologię obowiązującą normą. Wokizm*, będący bezpośrednim spadkobiercą rewolucji 1968 roku, funkcjonuje dziś niczym świecka religia. Jak trafnie zauważył G.K. Chesterton, chrześcijańskie cnoty potrafią popaść w szaleństwo, gdy zostaną oderwane od swoich chrześcijańskich korzeni. Właśnie z tym mamy dziś do czynienia. Elity nie przewidziały, że presja ideologiczna doprowadzi do rozkładu nie tylko ich politycznych przeciwników, lecz także ich samych. Dlatego żyjemy dziś – przynajmniej na poziomie dominujących idei – w epoce głębokiego nihilizmu, który można porównać jedynie z najbardziej skrajnymi doświadczeniami XX wieku: komunizmem, nazizmem, faszyzmem i innymi totalitarnymi ideologiami.
Czy współczesna europejska centroprawica popełniła strategiczny błąd, próbując zdobyć wyborców poprzez przejmowanie postulatów lewicy, zamiast konsekwentnie bronić własnej tożsamości? Czy dlatego elektorat przesuwa się dziś jeszcze bardziej na prawo od partii chadeckich, ponieważ właśnie tam odnajduje odzwierciedlenie swojego światopoglądu?
Tak, współczesna europejska centroprawica popełniła strategiczny, a wręcz historyczny błąd. Zamiast konsekwentnie bronić własnej tożsamości, próbowała pozyskać wyborców, przejmując część postulatów i języka lewicy. Proces ten rozpoczął się już w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku, kiedy partie chadeckie zaczęły akceptować idee „otwartości”, „inkluzywności” i „postępu”, wyrastające z kultury ukształtowanej przez rewolucję 1968 roku. Zamiast bronić rodziny jako naturalnej i ustanowionej przez Boga instytucji, zaczęły mówić o „różnorodnych formach życia rodzinnego”. Zamiast postrzegać naród jako wspólnotę historyczną i kulturową, przyjęły ideologię multikulturalizmu. Zamiast bronić autorytetu i hierarchii wartości, zaakceptowały egalitaryzm, który stawia ucznia na równi z nauczycielem, a dziecko z rodzicami. Skutki były łatwe do przewidzenia. Wyborcy, którzy nadal poszukują ładu, ciągłości, zakorzenienia i poczucia przynależności, zaczęli odwracać się od partii chadeckich. Ludzie, którzy niegdyś głosowali na chrześcijańskich demokratów, ponieważ widzieli w nich obrońców fundamentów cywilizacji, zaczęli szukać tych wartości w nowych ruchach narodowych i konserwatywnych. Nie jest to przejaw radykalizacji społeczeństwa, lecz naturalna reakcja na ideową pustkę. Charles de Gaulle doskonale rozumiał, że ostatecznym sędzią w polityce jest naród. Gdy elity przestają mówić językiem zwykłych ludzi, a zaczynają posługiwać się językiem ideologicznych laboratoriów, społeczeństwo po prostu się od nich odwraca. Dlatego elektorat przesuwa się dziś w prawo nie dlatego, że stał się „ekstremistyczny”, lecz dlatego, że właśnie tam odnajduje przynajmniej część swojego światopoglądu: szacunek dla narodu, rodziny, historii i konkretnego człowieka, a nie dla abstrakcyjnych ideologii. Centroprawica, która chciała być „bardziej lewicowa od lewicy”, aby uchodzić za nowoczesną i akceptowalną, utraciła własną duszę. A partia, która traci duszę, prędzej czy później traci również swoich najwierniejszych wyborców. W mojej książce okres rządów Angeli Merkel (2005–2021) przedstawiam jako kluczowy etap przyspieszonego rozkładu cywilizacyjnego Zachodu i Unii Europejskiej. To właśnie wtedy Niemcy oraz instytucje unijne uczyniły priorytetem idee wywodzące się z dziedzictwa roku 1968, które dziś określamy mianem wokizmu: promocję małżeństw jednopłciowych, radykalnego feminizmu, ruchu Black Lives Matter, systematyczną krytykę Polski za reformę sądownictwa i Węgier za ich politykę wobec środowisk homoseksualnych, a przede wszystkim politykę masowego przyjmowania migrantów z krajów Globalnego Południa. Słynne hasło Angeli Merkel: „Wir schaffen das” – „Damy radę” – okazało się polityczną iluzją. Napływ milionów migrantów zasadniczo zmienił strukturę demograficzną Europy Zachodniej, a proces ten trwa do dziś. Wystarczy spojrzeć na obecną sytuację w Ceucie. To miejsce ma wymiar symboliczny. W XV wieku było jedną z pierwszych kolonii zdobytych przez portugalskich żeglarzy w czasie ekspansji cywilizacji zachodniej. Dziś stało się symbolem procesu odwrotnego – rosnącej presji migracyjnej z Południa na Europę. Polityka ostatnich lat osłabiła wewnętrzną spójność kontynentu – wspólny styl życia, system wartości i nadzieję, które przez dziesięciolecia sprawiały, że Zachód był wzorem dla reszty świata. Jednocześnie Niemcy zainwestowały ogromne środki w tzw. zieloną transformację i walkę z „bóstwami klimatu”. Paradoksalnie doprowadziło to do zwiększenia zależności od rosyjskiego gazu, osłabienia europejskiego przemysłu oraz wzrostu strategicznej podatności Europy. Gdy w 2022 roku wybuchła wojna na Ukrainie, słabość tej polityki ujawniła się z całą mocą. Niemcy pogrążyły się w recesji i zaczęły rozważać powrót do energetyki jądrowej, co samo w sobie było przyznaniem, że wcześniejszy kierunek okazał się błędny. W tym samym czasie do uniwersytetów i debaty publicznej wkroczyły idee, które jeszcze przed erą Angeli Merkel wydawały się niewyobrażalne: ideologia gender, posthumanizm czy radykalny multikulturalizm. Europa, która jeszcze w 2004 roku potrafiła się rozszerzać i zachowywać względną jedność, zaczęła coraz wyraźniej pękać wzdłuż osi Wschód–Zachód oraz Północ–Południe. Dlatego uważam, że okres rządów Angeli Merkel był momentem, w którym elity chadeckie i centrowe ostatecznie przyjęły lewicową agendę. Konsekwencjami stały się wewnętrzny paraliż Europy, kryzys demograficzny, utrata tożsamości oraz strategiczna słabość, której najbardziej dramatycznym symbolem jest dziś wojna u granic naszego kontynentu.
Czy można powiedzieć, że część polityków chadeckich stała się dziś narzędziem lewicowych przemian społecznych? Czy była to – i nadal jest – świadoma decyzja, czy raczej skutek braku zdolności przewidywania konsekwencji własnych działań?
Tak, uważam, że część polityków chadeckich stała się dziś narzędziem lewicowych przemian społecznych. Nie zawsze było to działanie świadome, ale z czasem nabrało charakteru systemowego. Po roku 1968 wielu polityków uznało, że aby ich ugrupowania przetrwały, muszą się „zmodernizować”. Zaczęli więc akceptować postulaty „otwartości”, ruchów feministycznych, aktywizmu LGBT, liberalnej polityki migracyjnej czy klimatyzmu traktowanego jako nowa, niepodważalna prawda. W rzeczywistości oznaczało to przyjęcie wizji człowieka wywodzącej się z marksizmu – człowieka definiowanego przede wszystkim przez uwarunkowania społeczne, pozbawionego wymiaru transcendentnego. Jedni robili to świadomie, pragnąc zyskać uznanie środowisk akademickich, mediów i opiniotwórczych elit. Większość jednak zwyczajnie nie potrafiła przewidzieć konsekwencji tej zmiany. Nie zrozumieli, że ideologia wyrastająca z połączenia marksizmu i freudyzmu nie dąży do kompromisu. Jej celem jest całkowita przebudowa człowieka – stworzenie „nowego człowieka”, oderwanego od rodziny, narodu, religii i tradycji, a zarazem całkowicie podatnego na potrzeby rynku i wpływ ośrodków ideologicznych. Charles de Gaulle sprzeciwiał się zarówno skrajnym formom komunizmu, jak i nieograniczonemu kapitalizmowi, który niszczy klasę średnią. Dzisiejsze elity chadeckie zaakceptowały swoisty hybrydowy model: konsumpcyjny kapitalizm przeniknięty marksistowską ideologią dekonstrukcji. W ten sposób same stały się narzędziem procesu, który powinny były powstrzymywać. Kardynał Robert Sarah wielokrotnie ostrzegał, że Zachód umiera, ponieważ utracił swoją duszę. Politycy, którzy porzucili chrześcijańską antropologię, stali się częścią tego procesu, zamiast być jego obrońcami. I proces ten trwa nadal. Każde kolejne rozszerzenie katalogu tożsamości i postulatów promowanych przez ruch LGBTQIA+ jest – w moim przekonaniu – kolejnym krokiem w kierunku cywilizacji, która coraz bardziej oddala się od swoich chrześcijańskich korzeni i własnej tożsamości.
Czy chrześcijańska demokracja, która odchodzi od jednoznacznego odwoływania się do chrześcijańskiej antropologii i moralności, pozostaje jeszcze chrześcijańską demokracją? Czy staje się raczej centroprawicową partią konserwatywną pozbawioną trwałych fundamentów, gotową płynąć z prądem lewicy?
Chrześcijańska demokracja, która rezygnuje z jednoznacznego odwoływania się do chrześcijańskiej antropologii i moralności, przestaje być chrześcijańską demokracją. Staje się jedynie centroprawicową partią konserwatywną pozbawioną trwałych fundamentów, a w konsekwencji – wcześniej czy później – zaczyna dryfować w lewo. Chrześcijańska demokracja zrodziła się z przekonania, że polityka nie może pozostawać neutralna wobec fundamentalnego pytania o naturę człowieka. Człowiek nie jest wyłącznie konsumentem przemieszczającym się od jednego centrum handlowego do drugiego ani jedynie elementem kolektywu, jak twierdzili marksiści. Jest osobą stworzoną na obraz Boga, obdarzoną godnością i podlegającą prawu naturalnemu, którego nie może zmienić żadna ideologia, żadna rewolucja ani żadna biurokracja. Charles de Gaulle doskonale uosabiał takie rozumienie polityki. Jego humanizm był realistyczny i głęboko zakorzeniony w chrześcijaństwie. Bronił wolności jednostki i suwerenności narodu zarówno przed ekonomicznymi, jak i politycznymi megastrukturami. Sprzeciwiał się „rządom sędziów”, ponieważ uważał, że jedynym najwyższym arbitrem w demokracji jest naród. Odrzucał zarówno komunizm, jak i skrajny kapitalizm, widząc, że oba systemy prowadzą do osłabienia i zaniku klasy średniej. Kiedy współczesne partie, które nadal określają się mianem chadeckich, porzucają tę antropologię, tracą swoją istotę. Zaczynają mówić językiem rewolucji 1968 roku – językiem wyzwolenia od autorytetu, rodziny, narodu i tradycji. Przyjmują założenie, że każdą nową mniejszość należy bezwarunkowo „włączać”, że programy szkolne powinny być dostosowywane do ideologii gender, że należy krytykować Polskę za reformę wymiaru sprawiedliwości, a Węgry – przynajmniej do niedawna – za ich politykę wobec środowisk homoseksualnych, jednocześnie akceptując masową migrację bez poważnej refleksji nad jej konsekwencjami. Akceptują również pogląd, że walka ze zmianami klimatu stała się nową absolutną religią, choć ojcowie założyciele zjednoczonej Europy doskonale rozumieli, że Europa nie może istnieć bez swoich korzeni. Bez metafizycznego punktu odniesienia przestajemy odróżniać to, co fundamentalne i niepodważalne – godność osoby ludzkiej, rodzinę jako podstawową komórkę społeczną, naród jako historycznie ukształtowaną wspólnotę czy kulturę jako przestrzeń zakorzenienia – od tego, co jedynie chwilowe, zmienne i podlegające politycznej modzie. Charles de Gaulle potrafił tę różnicę dostrzec. Współczesne elity w znacznej mierze już jej nie rozumieją. Dlatego stają się podatne na każdą presję, zwłaszcza jeśli płynie ona z ośrodków władzy, takich jak Bruksela. Gdy pojawia się żądanie kolejnego rozszerzenia ideologii LGBTQIA+, ustępują. Gdy pojawia się presja na przyspieszenie „zielonej transformacji”, mimo że uderza ona w rolników i europejski przemysł motoryzacyjny, również ustępują. A kiedy stają twarzą w twarz z własnymi wyborcami, którzy nadal oczekują jasnych zasad i trwałych wartości, nie potrafią udzielić przekonującej odpowiedzi. Taka partia nie jest już zdolna bronić własnej cywilizacji. Staje się częścią procesu jej stopniowego rozkładu. Zamiast wyznaczać kierunek, ogranicza się do zarządzania bieżącymi wydarzeniami i płynie tam, dokąd wieje wiatr ideologicznych mód i intelektualnych laboratoriów. W chwili, gdy udzielam tego wywiadu, taki los wydaje się dotykać również niemiecką Unię Chrześcijańsko-Demokratyczną pod przywództwem kanclerza Friedricha Merza.
c.d.n. 10.08.26
Prof. dr Boštjan Marko Turk (ur. 1 lutego 1967 r. w Lublanie) jest słoweńskim literaturoznawcą, profesorem literatury francuskiej na Uniwersytecie w Lublanie, autorem publikacji naukowych, eseistą i komentatorem życia publicznego. Doktorat z literatury francuskiej uzyskał na Université Paris-Sorbonne (Paris IV), gdzie prowadził badania nad twórczością Paula Claudela. Jego zainteresowania naukowe obejmują literaturę francuską i słoweńską, historię idei, filozofię kultury oraz związki literatury z przemianami społecznymi i politycznymi Europy Środkowej. Jest autorem licznych monografii, artykułów naukowych i esejów publikowanych w językach słoweńskim, francuskim i innych językach europejskich. Prof. Turk współpracował z wieloma europejskimi ośrodkami akademickimi, m.in. we Francji, Czechach, Słowacji, Polsce i Chorwacji. Jest członkiem Europejskiej Akademii Nauk, Sztuk i Literatury w Paryżu oraz Europejskiej Akademii Nauk i Sztuk w Salzburgu. Jego dorobek łączy badania literackie z refleksją nad kulturą, historią idei i współczesnymi wyzwaniami cywilizacyjnymi Europy.




