Są takie chwile w polityce, kiedy rzeczywistość puka do drzwi tak głośno, że trudno udawać, iż nikt jej nie słyszy. W Hiszpanii właśnie nadeszła jedna z nich. Ponad 72 tysiące osób przedostało się przez przejście graniczne Tarajal do Ceuty w ciągu dwóch dni (!!!) Mija 26 dni od przełamania granicy EU, a władze przyznają, że miasto wciąż jest dalekie od powrotu do normalności. Służby, administracja, ochrona zdrowia i wymiar sprawiedliwości znajdują się na skraju zapaści.
Tymczasem premier Pedro Sánchez (przystojny, młody hiszpański socjalista) dopiero teraz zwołuje posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Trudno o bardziej wymowny obraz bankructwa polityki Madrytu, w której reakcja państwa zaczyna się wtedy, kiedy problem zdążył już nabrać właściwej masy. Jeszcze bardziej interesująca jest jednak reakcja Josepa Borrella, byłego ministra spraw zagranicznych Hiszpanii i byłego wysokiego przedstawiciela Unii Europejskiej do spraw zagranicznych. Zamiast postawić Madrytowi podstawowe pytania o skuteczność prowadzonej polityki migracyjnej, pan Borrell’a określa reakcję części europejskich rządów mianem „histerycznej, nieproporcjonalnej i absurdalnej”. Jego zdaniem Europa wpadła w panikę, a kryzysu nie należy wiązać z hiszpańską polityką migracyjną. Naprawdę? Czy pan Borella nie powinien jednak zmienić zestawu tabletek.
To zdumiewająca logika. Jeżeli dom zaczyna płonąć, można oczywiście dyskutować o tym, czy sąsiedzi zareagowali z odpowiednią elegancją. Można nawet oburzać się, że niektórzy z nich zaczęli pytać, dlaczego właściciel domu nie zadzwonił po straż pożarną wcześniej. Ale trudno uznać za „histerię” samo pytanie o przyczyny pożaru.
Granica nie jest – panie Borella – teorią, jakąś umowną kreską narysowaną patykiem na ziemi.
Od początku tego kryzysu słyszymy opowieść o humanitaryzmie, solidarności i obowiązku przestrzegania prawa. Wszystko to brzmi dobrze, a nawet bardzo dobrze. Tyle, że państwo nie może istnieć wyłącznie jako instytucja reagująca na skutki własnych decyzji. Musi również przewidywać ich dalekosiężne konsekwencje.
Jeżeli do państwa można masowo przedostać się nielegalnie, jeżeli następnie pozostaje się na jego terytorium, a w dalszej kolejności pojawia się możliwość legalizacji pobytu, uzyskania świadczeń, dostępu do opieki zdrowotnej i zawieszenia procedur deportacyjnych, to taki system wysyła określony komunikat.
Nie trzeba być cynicznym przeciwnikiem migracji, żeby to zauważyć. Wystarczy zrozumieć, jak działają ludzkie decyzje.
Polityka migracyjna nie jest wyłącznie zbiorem paragrafów. Jest także sygnałem wysyłanym milionom ludzi, którzy rozważają podróż do Europy. Jeśli prawdopodobieństwo pozostania na miejscu po nielegalnym przekroczeniu granicy rośnie, rośnie również atrakcyjność takiej podróży. A wraz z nią rośnie biznes przemytników, który (chcąc nie chcąc) wspierają hiszpańscy socjaliści.
To nie jest argument przeciwko pomocy ludziom znajdującym się w niebezpieczeństwie. Przeciwnie. To argument za tym, aby polityka humanitarna nie była projektowana w sposób, który zwiększa ryzyko kolejnych tragedii. Rząd w Madrycie jest odpowiedzialny za 141 zmarłych, w tym 78 ciał odnalezionych w Ceucie i 63 w Maroku, odpowiedzialny za tcch, którym nie udało się przedostać do „lepszego świata”.
Należy podkreślić z całą stanowczością, że jeżeli nielegalny pobyt może w określonych warunkach zakończyć się legalizacją, a masowy napływ nie prowadzi automatycznie do szybkich i sprawnych procedur powrotowych, granica przestaje być granicą w klasycznym znaczeniu tego słowa. Staje się raczej punktem rozpoczęcia wieloletniej procedury administracyjnej. Państwo – szanowni hiszpańscy towarzysze – musi wiedzieć, kto przekracza jego granicę, na jakiej podstawie i czy ma prawo pozostać na jego terytorium. Dopiero wtedy można mówić o skutecznej polityce azylowej.
Pan Borrell zżyma się na niektóre państwa UE, że „powiesiły psy” na Madrycie. Niepotrzebnie. Pan Borrell mówi o europejskiej solidarności. Trudno jednak wymagać solidarności od innych państw, jednocześnie sugerując im, że nie powinny pytać o skutki decyzji podejmowanych w Madrycie. Europa jest systemem naczyń połączonych. Człowiek, który znalazł się w Hiszpanii, nie musi przecież pozostać w Hiszpanii. Granice wewnętrzne Unii nie zniknęły dlatego, że politycy postanowili mówić o nich mniej. Najgorsza polityka to taka, która udaje, że nie ma konsekwencji.
Reakcja pana Borrella jest rozczarowująca. Zamiast zadać Madrytowi pytanie: „co poszło nie tak”, mówi Europie: „nie przesadzajcie”. Tylko że Europa ma prawo pytać. Ma prawo pytać, dlaczego doszło do masowego przekroczenia granicy. Ma prawo pytać, dlaczego po 26 dniach Ceuta nadal nie wróciła do normalności. Ma prawo pytać, jak długo potrwa rozładowywanie skutków kryzysu i kto za nie zapłaci. Ma wreszcie prawo pytać, czy rozwiązania przyjmowane przez Madryt nie staną się zachętą do powtórzenia podobnego scenariusza na innych kierunkach UE? Szczególnie Warszawa ma prawo do takich pytań, bo za wschodnim płotem cały czas stoi legion gotowych wtargnąć w granice RP.
To nie jest histeria. To jest polityka. A polityka, w przeciwieństwie do moralizatorskich przemówień, musi kiedyś wystawić rachunek.
Zamiast po raz kolejny uderzać się w cudze piersi i szukać winnych, którzy stali za „fałszywymi informacjami”, warto, by władze w Madrycie zadały znacznie prostsze pytanie: czy polityka otwartych drzwi nie jest przypadkiem bardzo czytelną informacją sama w sobie?
Bo jeśli drzwi są szeroko otwarte, trudno później mieć pretensje do ludzi stojących na progu, że zauważyli zaproszenie.




