Prezydent Karol Nawrocki pojedzie na Węgry. Głowa państwa nie spotka się z Viktorem Orbanem, bo ten pod koniec listopada pojechał z wizytą do Władimira Putina. Lewicowo-liberalny mainstream zapiał z zachwytu. Do grona osób szturchających premiera Orbana dołączył polski prezydent. Logika tej decyzji jest równie krystaliczna, jak woda w moim stawie, który ma podłoże jak najbardziej muliste.
Nie trzeba wiele wyobraźni, żeby zrozumieć absurd rozgrywający się na naszych oczach: Polska traci okazję do rozmowy o interesach regionalnych, wymiany doświadczeń, a wszystko to dlatego, że ktoś w Pałacu Prezydenckim postanowił, że „bycie poprawnym politycznie” jest ważniejsze niż bycie skutecznym. Gest ewidentnie symboliczny, nic niewnoszący do pozycji Polski na arenie międzynarodowej. A może warto byłoby porozmawiać z Orbanem i zapytać go, jak będzie wyglądał rozkład sił i ład w Europie po zakończonej wojnie na Ukrainie? Orban ma unikalną pozycję wśród polityków zachodnioeuropejskich – bezpośrednio rozmawia z samym Putinem i siłą rzeczy wie więcej i jest w lepszym położeniu niż my. W odróżnieniu od naszego umiłowanego tandemu Tusk–Sikorski, którzy wiedzą tylko tyle, ile im przywódcy europejscy zechcą powiedzieć, bo do stołu nikt ich nie doprasza.
Chcę tylko przypomnieć tym, którzy chcieliby teraz wyciągnąć przeciwko mnie armaty, że z Putinem rozmawia również Donald Trump, a politycy UE już przebierają nogami, by kręcić lody z ruskimi. W boksach trwa nerwowa atmosfera przed gonitwą, konie grzebią kopytami piach, dreszcz przechodzi po grzbietach… Jakie my będziemy kręcili „lody”? Przypomina się powiedzenie Radosława Sikorskiego, ale ten bon mot nie przejdzie przez gęste sidła naszej Szanownej Korekty, chociaż pasuje akurat jak ulał.
Czy naprawdę była potrzeba tej demonstracji „moralnej czystości”? Absolutnie nie. Spotkanie z Orbanem w żadnym razie nie oznaczałoby legitymizacji prezydenta Putina ani zgody na jego agresywną politykę. To byłoby spotkanie polityczne z przywódcą państwa, które jest nam bliskie historycznie, a i teraz zachowuje się wobec Polski nader przyzwoicie. Węgrzy potrafią zachować klasę! I należało to docenić, ale prezydent Nawrocki postanowił podążać ścieżką łatwego aplauzu i zerowego ryzyka. Zamiast pragmatyzmu – teatr jakże symboliczny.
Efekt? Polska wygląda jak obserwator, który boi się nawet własnego cienia. Delegacja jedzie na Węgry, ale nie spotyka się z premierem Węgier. Po co? Żeby wszyscy mogli odtrąbić triumf nad „złym” Orbanem, a Polska – w praktyce – traci głos w dyskusji, w której mogłaby być graczem, a nie widzem. Prezydent jakby nie zauważył, że miejsca klakierów są już dawno obsadzone przez tych, których „nikt w Europie nie ogra” i nie ma najmniejszego sensu wyrywać im spod d… krzeseł. Będą się trzymać.
A przecież nie na tym polega polityka – nie na poklasku, nie na krótkich wpisach na Twitterze, nie w nagłówkach, tylko na realnych rozmowach, czasami nawet trudnych, ale koniecznych. Niestety, prezydent Nawrocki wybrał teatr pozorów, w którym Polska od wielu już lat gra rolę statysty. Panie prezydencie, to zły doradca, który podszepnął Panu to rozwiązanie! Rozumiem, że chodziło o to, by zejść rządowi „z linii strzału”, ale proszę nie mieć zbędnych nadziei. Jeżeli nie Orban, to „na już” usłużne cyngle „odpalą” jakiegoś Wielkiego lub Małego Bu, kawalerkę albo dwie, a na końcu okaże się, że jest pan rodzonym ojcem kenijskich pięcioraczków. Był pan kiedyś w Kenii? Nie! Nie szkodzi, i tak sprawa jest wyjątkowo prosta, bo kto inny może być ojcem?!?
I tak właśnie wygląda ostatni krok (polityka symboliczna) w wykonaniu prezydenta Nawrockiego: gest pozornie heroiczny, który nic nie kosztuje, ale i też nic nie daje. Odwaga, pragmatyzm, realna polityka – zostają schowane głęboko w szufladzie. Została tylko poprawność polityczna i aplauz lewicowo-liberalnego mainstreamu. Szkoda, że wciąż wybieramy łatwą ścieżkę, a nie realny wpływ na sprawy najbliższej nam okolicy.






