Negocjacje bez Polski! W poszukiwaniu winnych

Date:

Przed nami rozmowy w formacie Trump, Zełeński i niezliczona grupa przywódców państw europejskich (zwaną Koalicją Chętnych), którzy będą debatowali nad zakończeniem wojny na Ukrainie. „Niezliczona”, to może za dużo powiedziane, bo jak sobie tak liczymy, to wśród zaproszonych gości doliczyć się nie możemy… przedstawiciela Polski. Przypomnimy tylko, że Polska  (kraj leżący pomiędzy Zachodnią Europą a Ukrainą) w czasie pierwszych dni konfliktu: aktywnie wsparł Ukrainę na arenie międzynarodowej, doposażyła Kijów sprzętem wojskowym, stała się wielkim zapleczem logistycznym (zaopatrzenie) dla walczącej armii ukraińskiej, poligonem gdzie szkolono rekruta, lazaretem, gdzie leczono rannych ukraińskich żołnierzy, że nie wspomnę o kobietach z dziećmi, których z otwartymi rękoma przyjęto do prywatnych domów, a nie do jakiś obozów przejściowych dla uchodźców.

Nie będę opisywał tej pyskówki pomiędzy Wielkim Pałacem (siedziba prezydenta) a Małym Pałacem (siedziba premiera), że winny sytuacji jest polityk X, a druga strona, że Y. Jak to zwykle bywa w polskiej polityce: łup patelnią –  i odwet – łup patelnią. Tu pustostan i tam pustostan. Echo pustego pokoju niesie daleko…Ale między Bogiem a prawdą, to najmniej pretensji można mieć do prezydenta Nawrockiego, który dopiero co rozpoczął swoje urzędowanie. Natomiast cała dotychczasowa polityka PO i PiS-u wobec Ukarany (i wobec Zachodu w kontekście toczącego się konfliktu) była absolutnie i bezwarunkowo nakierowana na Kijów, bez stawiania jakichkolwiek czerwonych linii (np. żądania ekshumacji ofiar Rzezi Wołyńskiej, braku twardego sprzeciwu na szerzenie ideologii OUN/UPA). Jakakolwiek próba wyartykułowania poglądu, że musimy walczyć o swoje interesy kończyła się oburzeniem, że to nie czas na stawianie żądań, bo przecież „oni walczą za naszą wolność”. Koniec dyskusji, bo jeżeli Ukraińcy walczą za naszą wolność, to jak mamy czelność o cokolwiek wnioskować? Jeszcze powinniśmy ich pocałować tu i tam, a szczególnie tam.

Najpierw wymiksowali nas sami Ukraińcy (skoro Polacy już broni dać nie chcieli), później przywódcy europejscy wsadzili naszego umiłowanego premiera do wagonu II klasy, a teraz (dodatkowo) nasz „wielki przyjaciel” Donald Trump zapomniał zapisać nas „na bileciku” – czyli tańców nie będzie. Wychodzi na to, że to całe gardłowanie, jak to ogromnie liczymy się i w Europie i za Wielką Wodą, jest funta kłaków warte. Daliśmy co mieliśmy, nic za to nie oczekiwaliśmy, to dlaczego teraz się dziwimy? Ktoś zapyta: a co mogliśmy zrobić? Podpowiedzi, już w 2023 r., udzielił premier Leszek Miller (a więc polityk nie z mojej bajki) kiedy to Ukraina złożyła skargę do Światowej Organizacji Handlu (WTO) na Polskę, Węgry i Słowację w związku z przedłużeniem przez te kraje embarga na ukraińskie produkty rolne: „Czy przypadkiem pas na lotnisku w Jasionce nie wymaga remontu?” – pytał wówczas jak najbardziej zaczepnie Leszek Miller, co można przetłumaczyć wprost: zamknąć dla Ukrainy korytarz dostaw ze sprzętem wojskowym i rura zaraz im zmięknie. Ale kto miał to zrobić? Nie było odważnych, by postawić Ukraińcom warunki, bo Polacy znani są z tego, że w polityce jak kochają, to na zabój, a miłość – jak powszechnie wiadomo – jest ślepa, wyłącza rozum, a uruchamia inne popędy. No i finalnie daliśmy d…(tutaj nie mogę napisać czego, bo szanowna Korekta nie puści).

Jeszcze we wrześniu prezydent Nawrocki spotka się z Donaldem Trumpem i będzie próbował ratować twarz. Twarz całej klasy politycznej, no prawie całej, bo Konfederacja „od zawsze” mówiła, że w relacjach z Kijowem musimy być asertywni, prowadzić politykę transakcyjną, bez żadnych zbędnych sentymentów. Chcecie tamto – dajcie to. Chcecie to – dajcie tamto. Dokładnie w ten sam sposób działa prezydent Trump! Po co USA  potrzebna jest europejska „Koalicja Chętnych”? Proste: Ukraina potrzebuje militarnego wsparcia, sama nie posiada przemysłu zbrojeniowego, Europa też go nie ma. Ten przemysł posiadają Stany Zjednoczone, ale one nie chcą poczynić darowizny na rzecz Kijowa! Ktoś musi za ten cały sprzęt zapłacić. Ukraina nie, bo jest bankrutem. I po to jest potrzebna „Koalicja Chętnych”, która zapłaci za Ukraińców. A przy okazji, jak będzie taka potrzeba, to wyśle (owa Koalicja) na Ukrainę swoich żołnierzy. Amerykanie będą trzymać się z daleka. Niech wysyłają.

Z tego punktu widzenia, to może i dobrze, że nas tam (w czasie tych negocjacji) nie ma. Wychodzi na to, że nie będziemy płacić a nasi żołnierze nie zostaną wysłani na Ukrainę. Panie prezydencie, panie premierze: prawda, że nie będziemy płacić i nie wyślemy żołnierzy na Ukrainę? Przysięgnijcie się na Biblię! Pan premier może na flagę UE, bo w jego przypadku nie ma znaczenia na co się przysięga.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Gdy opis staje się zbrodnią: Czy elitom starczy odwagi na zmierzenie się z prawdą o Gazie?

Poseł Berkowicz pod lupą prokuratury za mocne słowa o Izraelu. Czy w świecie, gdzie raport ONZ przeraża bardziej niż milczenie, odwaga zmierzenia się z prawdą to już przestępstwo?

Orban, Trump i polityczna herbatka. Co się stało nad Balatonem? Fikołki polskiej prawicy*

Czy polska prawica przegapiła moment, w którym Viktor Orban i Donald Trump stracili kontakt z rzeczywistością? Analizujemy, dlaczego uparte bronienie dawnych idoli to droga donikąd i polityczne samobójstwo.

Czołgiem przez paragrafy: Dlaczego psucie prawa to rachunek, który zapłacisz Ty

To nie kabaret, to rzeczywistość. Gdy Trybunał staje się piaskownicą, a psucie prawa standardem, fundamenty państwa drżą. Dowiedz się, dlaczego za polityczną wojnę elit zapłacimy my wszyscy.

Lojalność ważniejsza niż MAGA. Gdy Donald Trump atakuje papieża

Czy polityka może unieważnić autorytet Piotra? Donald Trump atakuje papieża w imię wyborczej gry. Jako wierni tradycji mówimy: stop. Są granice, których konserwatyście przekroczyć nie wolno.