Kiedy słyszę o wspólnych wartościach, które mają obowiązywać w Unii Europejskiej, to zastanawiam się, kto na te wartości wyraził zgodę, kto je dookreślił i czy ludzie wyrazili zgodę i w jakiej to formie. Pytanie to nie jest bynajmniej wyrazem (mojej) przekornej natury, lecz elementarną potrzebą porządku, bez którego każda wspólnota polityczna zamienia się w konstrukcję z papieru, ozdobioną wprawdzie wzniosłymi hasłami, lecz pozbawioną realnego fundamentu.
Liberum veto było może nieszczęściem, ale zarazem przypomnieniem, że nic nie dzieje się bez przyzwolenia obywatela. Dziś natomiast mamy do czynienia z osobliwym odwróceniem tej zasady: wartości pojawiają się jakby z góry, niczym dekret, który nie potrzebuje podpisu poddanych, bo sam fakt jego ogłoszenia ma stanowić legitymację. Ale do rzeczy. Najwyższy „sąd” Unii Europejskiej orzekł, że węgierskie przepisy przeciw LGBTQ naruszają prawo UE oraz unijne wartości dotyczące równości i praw mniejszości. Przypomnijmy, że ustawa – wprowadzone przez rząd Viktora Orbana w 2021 roku – zakazywała tzw. promowania homoseksualności lub zmiany płci wśród osób poniżej 18 roku życia.
Według orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) reformy Orbana naruszały unijne przepisy na wielu płaszczyznach. Co ważne, trybunał orzekł, że łamały podstawowe wartości zawarte w art. 2 Traktatu o Unii Europejskiej. To bezprecedensowa decyzja. Sąd orzekł, że węgierska ustawa była „sprzeczna z tożsamością Unii jako wspólnego porządku prawnego w pluralistycznym społeczeństwie”. John Morijn, profesor prawa i nauk politycznych na Uniwersytecie w Groningen w Holandii, mówi, że orzeczenie ma ogromne znaczenie symboliczne. Nie sposób się nie zgodzić z panem profesorem. Bo skoro orzeczenie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej ma „ogromne znaczenie symboliczne”, to warto zatrzymać się właśnie przy tym słowie — kluczu: symbol. Historia uczy, że symbole w polityce rzadko bywają niewinne. Częściej są zapowiedzią kierunku, w którym podąża otaczająca nas rzeczywistość.
Zdanie przytoczone przez John Morijn, iż mamy do czynienia z rozstrzygnięciem o „tożsamości Unii jako wspólnego porządku prawnego w pluralistycznym społeczeństwie”, brzmi niemal jak definicja podręcznikowa. Lecz definicje, zwłaszcza te najpiękniejsze, mają tę właściwość, że łatwo je uznać za oczywiste — a tym samym wyłączyć spod dyskusji. Kto bowiem odważy się zapytać, czym jest owa „tożsamość” i kto ją określa, ryzykuje natychmiastowe podejrzenie o herezję wobec wspólnoty.
A przecież pluralizm, jeśli ma być czymś więcej niż ozdobnym słowem, zakłada możliwość różnicy — także różnicy ustrojowej, prawnej, a nawet cywilizacyjnej. Jeśli zaś każda taka różnica może zostać uznana za sprzeczną z „tożsamością”, to pluralizm staje się tylko eleganckim szyldem zdefiniowanym przez TSUE. Historia zna aż nadto przykładów, gdy jedność ogłaszano w imię wyższych racji, a kończyło się to zubożeniem, nie zaś wzbogaceniem wspólnoty. Nie jest tajemnicą, że w nowoczesnych systemach politycznych elity odgrywają rolę kierowniczą. Problem zaczyna się wtedy, gdy kierownictwo to przestaje być odpowiedzialne przed tymi, których prowadzi.
Historia — jeśli coś nas uczy — to przede wszystkim nieufności wobec pojęć zbyt ogólnych. „Wspólne wartości” mogą znaczyć wszystko i nic zarazem. Mogą być wyrazem autentycznej zgody, ale mogą też stanowić zasłonę dla interesów wąskiej grupy, która lepiej niż inni wie, co jest dla wszystkich dobre. A skoro tak, to wypada zapytać nie tylko o treść tych wartości, lecz także o ich źródło. Bez tej odpowiedzi pozostają one nie tyle fundamentem wspólnoty, ile wygodnym narzędziem jej dyscyplinowania.
Precedens prawny, z którym mamy do czynienia — jest wyraźnym sygnałem, że oto w miejsce ostrego sporu politycznego wkracza doktryna, która nie tyle przekonuje, co ma obowiązywać. A to już nie jest kwestia interpretacji, lecz kierunku, w jakim zmierza cała konstrukcja europejska. Dlatego nie pierwszy raz apeluję i wołam z całych sił – jak najszybciej uciekać z tego domu wariatów, gdzie za pielęgniarzy przebrali się goście, którzy uważają, że biologiczny mężczyzna może urodzić…Taka konstrukcja – z naturalnych powodów – nie może zakończyć się sukcesem.
I na koniec garść myśli nieodżałowanej pamięci prof. Bogusława Wolniewicza, który o UE mówił tak: „Zdrową ideą Unii było i jest zrozumienie, że wojną europejskim należy położyć kres i to nie przez pacyfistyczne atrapy pokoju jak Liga Narodów czy ONZ, lecz ekonomicznie przez budowę wspólnoty gospodarczej. Dobrze to nawet szło, dopóki nie wyrodziło się w lewacką próbę wtłoczenia wszystkich narodów Europy w jedno scentralizowane, wszechmocne superpaństwo…Przejmuje ją (UE – przyp. autora) agresywne lewactwo z jego ślepą wiarą w nową biurokratyczną utopię staje się zarzewiem nowych konfliktów wewnątrzunijnych…Przyszłość Unii nie rysuje się spokojnie”.
Na co się zgadzaliśmy?







