Na początku była pasja… Bo tak już jest, że wielkie dzieła nie rodzą się z wielkich możliwości, ale z wielkich idei. Nie z wyrachowania – ale z głębi serc i umysłów.
Zacznijmy jednak od kontekstu historycznego. Koniec XVIII wieku przyniósł jeden z najbardziej dramatycznych momentów w historii Polski: Naród został pozbawiony swojego państwa. Spora część Polaków była odtąd poruszona myślą o odzyskaniu zabranego dobra, jakim jest niepodległość, nawet za cenę własnego życia. Ale nie brakowało również tych, którzy walczyć chcieli nie mieczem czy kosą, lecz piórem i pędzlem. Z naszej perspektywy wiemy, że ich postawa była niezwykle cenna: kolejne powstania i spiski kończyły się niepowodzeniami i zaostrzeniem represji zaborców. Trzeba było czekać długie 123 lata na sprzyjający moment na arenie dziejów, by wywalczyć wolność. W tej sytuacji kultura i nauka przejęły funkcje, których z oczywistych względów nie mogło pełnić państwo: funkcje podtrzymania tożsamości i budowania w Polakach tego, co określamy mianem szeroko pojętej polskości.
Żył wówczas człowiek, którego niebiosa nie obdarzyły artystycznym talentem, ale który rozumiał czym jest narodowa kultura i nauka: Józef Maksymilian hrabia Ossoliński. Był typem erudyty, który nie zamknął drzwi swojej biblioteki, aby delektować się spokojem, ale szeroko je otworzył. Twarz miał niezbyt urodziwą, ale serce – o dużej wrażliwości na piękno ksiąg i dzieł sztuki. Bogaty i hojny – zwłaszcza, gdy chodziło o naukę. Zapisał nazwisko swego rodu złotymi zgłoskami w księdze tych, którym zawdzięczamy intelektualne ocalenie przed zagładą.
Ossoliński zdawał sobie sprawę, że zamiar utworzenia narodowego zakładu musi być dobrze przemyślany i świetnie zorganizowany. Dlatego podjął dwie ważne decyzje: po pierwsze nie działać samemu, lecz pozyskać innych zapaleńców, po drugie wybrać na lokalizację takie miejsce, gdzie polskość budzi najmniej wrogości, czyli zabór austriacki. I tak oto w roku 1817 we Lwowie powołano do życia w poklasztornych budynkach Fundację nazwaną Zakładem Narodowym im. Ossolińskich. Założeniem jej było nie tylko gromadzenie zbiorów książek, rękopisów, numizmatów i muzealiów, nie tylko ich udostępnianie, ale też szeroko pojęta opieka nad młodymi twórcami oraz wydawanie pisma naukowego. Dla wszystkich celów pozyskał Ossoliński aprobatę austriackiego cesarza, a przede wszystkim zapał innego polskiego arystokraty, księcia Henryka Lubomirskiego, z którym układ dawał Ossolineum gwarancje finansowe i możliwość wzbogacenia zbiorów o cenne eksponaty.
Mijały lata. Zakład działał na tyle prężnie, na ile pozwalały na to zaborcze realia. Aż nadszedł moment odzyskania wolności, który dla Ossolineum oznaczał szanse na prawdziwe rozwinięcie skrzydeł. Szans tych, pod okiem dyrektora Ludwika Bernackiego, nie zmarnowano, a charakterystyczny, przepiękny gmach ZNiO był nie tylko nieodłączną częścią pejzażu miasta, ale też dumnym symbolem trwałości polskiej kultury – w polskim Lwowie.
A potem przyszedł okrutny czas II wojny światowej, gdy niemiecki i sowiecki okupant zakwestionował nie tylko ważność polskiej kultury i nauki, ale w ogóle prawo do egzystencji elit i szerokich warstw Narodu. Skazani na śmierć lub bycie niewolnikami, Polacy z narażeniem życia podejmowali próby ocalenia i ewakuacji przynajmniej najcenniejszej części zbiorów. Z różnym skutkiem. Pod koniec wojny wiele eksponatów Ossolineum miało podzielić los innych polskich arcydzieł, zrabowanych i wywiezionych w głąb Niemiec. Na szczęście transport nie powiódł się i porzucone na terenie Polski zbiory pozostały w rękach prawowitych właścicieli. Gorszy los spotkał to, co pozostało we Lwowie: 70% przedwojennego zasobu Ossolineum zagarnęli Sowieci, a starania o odzyskanie lub dostęp do tych dóbr zostały skazane na wieloletnie odbijanie się od ściany.
Powojenną siedzibą Ossolineum stał się Wrocław – miasto nadziei, gdzie znaleźli też nową przystań wyrzuceni ze swoich domów Kresowianie. Zakład działa do dziś. Przetrwał wszelkie zmiany i niepokoje, narzucone podziały i rozproszenie zbiorów. Gromadzi i udostępnia, kształci i kształtuje, pełni funkcje biblioteki i wydawnictwa. A nade wszystko stanowi namacalny znak, że polskość to coś więcej niż byt polityczny i położenie na mapie. Polskość to ponadczasowa wartość utkana z żywej materii, jaką są serca kolejnych pokoleń świadomych swej tożsamości Polaków.
Tekst ukazał się w miesięczniku „Nasze Słowo”.






