„Otrzymał pan ode mnie niejawne założenia polskiej polityki zagranicznej. Nic tam nie ma o potrzebie straszenia Polaków Unią Europejską. Członkostwo w UE jest w nim uznane za jeden z filarów naszego bezpieczeństwa, dobrobytu i sprawczości. Polska nie może mieć dwóch sprzecznych polityk zagranicznych – wyjaśnił Sikorski. Minister spraw zagranicznych dodał, że z upoważnienia prezesa rady ministrów oświadcza, że gdy prezydent wypowiada się „w duchu antyunijnym, to nie reprezentuje stanowiska Polski, a jedynie swoje i swojej kancelarii”. Co tam pan Sikorski mógł tajnie wymyślić, tego nie wiem i mnie to zbytnio nie interesuje. Zakładam, ze są to zwykłe pierdoły, na które nałożono klauzulę tajności. Paczka chipsów też zasługuje na taką klauzulę.
I tu dochodzimy do sedna sprawy: Radosław — ten sam, który od lat z upodobaniem lata po europejskich salonach jako ekspert od wszystkiego i od niczego — poucza prezydenta, że ten „nie reprezentuje stanowiska Polski”. Sikorski ustawia się w roli strażnika jedynej słusznej linii partii/matki. A że linia ta czasem przypomina serpentynę po trzech piwach— no cóż, mało istotny szczegół. Sikorski oburzył się, bo prezydent powiedział coś, co wszyscy rozsądnie myślący widzą gołym okiem: że część polityków tenkraj chętnie zamieniłaby suwerenność na kilka świecących paciorków i butelkę czegoś mocniejszego, pędzonego „na myszach”. Oddać kompetencje Brukseli? Proszę bardzo! Związać sobie ręce kolejnymi „mechanizmami kontroli”? Czemu nie! Podpisać wszystko, co podsuną — byle ładnie wyglądało na ulotce wyborczej i można było krzyknąć: „patrzcie, jaka nowoczesna i postępowa Polska, znaczy się tenkraj!”.
Problem w tym, że prezydent ma tę niefortunną skłonność, by przypominać, że Polska to jednak państwo z wielowiekową historią, a nie jakiś tam wschodni land, który codziennie musi całować złotego cielca w rów mariański (chciałem dokładnie napisać, gdzie leży ów rów, ale nasza szanowna Korekta nie puści – taki terror panuje w naszej redakcji). I że nie każdy pomysł płynący z europejskich korytarzy jest złotem i miodem płynący. A już z pewnością nie każdy musi być przyjmowany na kolanach, z pocałowaniem pańskiej ręki.
Ale największa zbrodnia prezydenta nie polegała – moim skromnym zdaniem – na tym, co powiedział, tylko kiedy. W dzień, w którym politycy lubią robić sobie patriotyczne focie, stojąc obok flagi, prezydent odważył się wypowiedzieć coś więcej niż wyświechtaną formułkę o „wspólnych wartościach europejskich”. Zamiast grzecznie pomachać rodakom, pochylić głowę przed błękitnym sztandarem, postanowił przypomnieć, że niepodległość nie jest prezentem od brukselskich biurokratów. I że jeśli będziemy ją kawałkować dalej, to pewnego dnia obudzimy się, mając na własność już tylko: barwy biało-czerwone, hymn i godło — o ile ktoś nam ich wcześniej nie „zharmonizuje” pod unijne standardy.
Nic dziwnego, że rządowa część sceny politycznej wpadła w histerię. Jeszcze by ktoś rzeczywiście pomyślał, że polskie państwo powinno mieć coś do powiedzenia w sprawach dotyczących… polskiego państwa! Wicepremier Sikorski raczył nie zauważyć jednego ale jakże ważnego „drobiazgu” – prezydent Nawrocki nie został wybrany przez Radę Europejską, tylko przez obywateli. A obywatelom — o tym politycy czasem zapominają — wolno chcieć kraju, który sam o sobie decyduje. I prezydent, choćby nie wiedzieć ilu ministrom to psuło humor, ma pełne prawo to przypominać i obowiązek o tym mówić.
Może więc problem nie leży w tym, że prezydent powiedział za dużo, ale że powiedział to, o czym wielu boi się choćby pomyśleć. Że suwerenność nie jest anachronizmem, nie jest reliktem, nie jest „nacjonalistycznym odchyleniem”, tylko fundamentem państwowości. A fundamentów nie powinno się sprzedawać — nawet, gdy nabywca proponuje w zamian „wspólnotę wartości” w błyszczącym opakowaniu. Usłyszeliśmy od prezydenta słowa prawdy, a jej bać się nie możemy i nie powinniśmy!






