Ledwo tylko pojawiła się informacja, że w planowanej Radzie Pokoju Donald Trump widzi Polskę (zaprosił 60 państw) i że konkretnie widziałby tam Polskę reprezentowaną przez prezydenta Karola Nawrockiego (co oczywiste), natychmiast – bezrefleksyjnie – pojawiły się w Polsce opinie, że absolutnie nie należy do tej rady przystępować. Że to twór obniżający rangę ONZ, że mają tam zasiadać Putin i Łukaszenka (choć w ONZ również zasiadają ich państwa), że „Europa” jest temu przeciwna (nie wiadomo tylko, czym dokładnie jest ta mityczna Europa), więc i my nie powinniśmy się angażować itd.
Nikt nawet nie zadał sobie kluczowych pytań: czym ta Rada ma być, jaki będzie jej status prawny, jak formalnie zostanie powołana, na podstawie jakiego aktu prawnego, jakie będą jej konkretne cele, zadania i działania, czy Polsce opłaca się grać w gronie dużych, światowych graczy, czy stać nas na kręcenie nosem i – co najważniejsze – dlaczego właściwie mielibyśmy nim kręcić i w czyim interesie.
Nie – to wszystko jest nieważne dla części pseudopolskich polityków oraz służących komuś, ale raczej nie Polsce, dziennikarzy. Jest „nie, bo nie”, bo „musimy robić, jak każe Europa” (a w zasadzie dwa–trzy państwa z tego kontynentu), a nawet wyprzedzać ich myśli i wychodzić przed szereg.
Taka postawa i takie działania prowadzą jednak do śmieszności, braku powagi i szacunku ze strony innych, a w konsekwencji do wasalizacji (choć istnieje też koncepcja, że rządzącym dziś Polską właśnie o to chodzi). Tymczasem poważna polityka to nie emocje, nie niecierpliwość, nie wybieganie przed szereg, nie poświęcanie się dla innych, nie uniesienia serca, nie romantyzm, nie uprzedzenia i fobie. Prawdziwa, poważna i mądra gra geopolityczna – tak jak prawdziwa polityka międzynarodowa – to twarda, zimna, bezemocjonalna i egoistyczna gra interesów. Sojusze i układy są w niej zmienne, obowiązują tylko tak długo, jak długo opłacają się wszystkim stronom. A cel jest zawsze jeden: interes, zysk oraz dobro własnego państwa. Nie innego – tylko własnego.
Aby taką politykę prowadzić, trzeba odrzucić sentymenty, uczuciowe westchnienia, poetyckie uniesienia, całą romantyczność i altruizmy nakazujące niszczyć siebie w imię interesów innych. Trzeba najpierw twardo, jednoznacznie i trwale zdefiniować cele dalekosiężne oraz cele etapowe, które mogą się dynamicznie zmieniać wraz ze zmieniającą się sytuacją międzynarodową, ale zawsze muszą konsekwentnie prowadzić do celu ostatecznego. Należy trzeźwo i realistycznie ocenić własne atuty oraz słabości, wycenić swoją siłę i wyznaczyć sobie adekwatne do niej miejsce w międzynarodowym układzie sił.
Trzeba wybrać obóz jednego z wielkich graczy pod kątem najlepszego wyboru dla siebie i zająć tam miejsce godne – ani ponad stan, ani poniżej własnych możliwości – o które należy zawalczyć. Nie są to nigdy wybory trwałe, bo układ sił jest dynamiczny, ale aby się liczyć, trzeba być podmiotem, a nie przedmiotem: ubezwłasnowolnionym pionkiem w cudzej grze. Na kolejnych etapach można próbować rozgrywać pewne kwestie pomiędzy blokami wielkich graczy, lecz jest to gra wyłącznie dla najlepszych. Słabi szybko zostaną zmiażdżeni pomiędzy blokami, dlatego należy traktować ją jako ostateczność. We współczesnym świecie, na etapie wyłaniania się nowego globalnego układu sił opartego na dwóch–trzech dużych blokach, samotni harcownicy nie mają szans. Ten przydługi opis stanowi jednak fundament dla dalszych rozważań.
Mając powyższe na uwadze, sugeruję działania oparte właśnie na tych zasadach. Dlatego uważam, że nawet tak mgliste jeszcze koncepcje, jak Rada Pokoju – o której wciąż niewiele wiemy – powinny być przez Polskę „obstawiane”. Nic o nas bez nas. Nie sentymenty, nie miłość do innych, lecz cynicznie rozumiany interes własny musi być jedynym motorem działania. Dlatego dobrze, aby prezydent RP był w Davos przy stole rozmów i wykazywał zainteresowanie Polski tą inicjatywą. Nie wolno nam tego odpuszczać.
A że jest tam Rosja? Tylko człowiek pozbawiony rozumu i elementarnego zrozumienia geopolityki może sądzić, że da się stworzyć ciało w rodzaju Rady Pokoju, które miałoby realną siłę sprawczą, bez Rosji czy Chin. Zresztą w ONZ również są te państwa i jakoś nikomu to nie przeszkadza. Nie ma tu znaczenia, czy się to komuś podoba, czy nie. Można co najwyżej nie siadać do stołu i pozostać poza grą – jako bezwolny pionek, którym grają inni. Trzeciej drogi nie ma; nie istnieje możliwość wyalienowania się z procesów globalnych.
Dodatkowo należy podkreślić, że Europa – rozumiana jako UE – pogrążona w autodestrukcji i automarginalizacji, nie jest dziś istotnym graczem, szczególnie wśród państw z najwyższej półki. Jest traktowana nie jako całość, lecz jako konglomerat państw o często sprzecznych interesach, z którymi rozmawia się osobno. Podkreślę to raz jeszcze: UE jako taka jest niewiarygodna dla kluczowych państw budujących nowy ład światowy; nie stanowi dla nich spójnego podmiotu. Zresztą nawet wewnątrz UE w takich sytuacjach każde państwo gra wyłącznie na siebie – co jest zrozumiałe, bo interesy międzynarodowe jej członków bywają skrajnie odmienne, a czasem wręcz przeciwstawne.
Na koniec warto dodać jeszcze jedno zdanie o ONZ, która – według niektórych – miałaby być rzekomo osłabiana przez nowy twór. Otóż ONZ to dziś zbieranina cwaniaków żyjących z pieniędzy państw członkowskich (podobnie jak WHO). W sferze realnej sprawczości jest to organizacja martwa, tak jak martwa była przed II wojną światową Liga Narodów. Dlatego nowa inicjatywa może okazać się rozwiązaniem ciekawym i ożywczym – pod warunkiem poznania jej szczegółów.
Jedno wiemy na pewno: dla USA będzie to narzędzie realizacji ich interesów. Ale nie ma w tym nic nienormalnego. Wielkie państwa zawsze budują bloki korzystne dla siebie. Mniejsi, lecz poważni gracze muszą wybrać układ najkorzystniejszy dla własnego interesu i własnego państwa.






