Nie będę się wymądrzać na temat wyniku wyborów na Węgrzech. Znam w zasadzie tylko Budapeszt, który absolutnie uwielbiam a w którym ze świecą szukać kogokolwiek, kto przez ostatnie 4-5 lat wciąż jeszcze Orbana popierał. Nawet jeśli – jak moja znajoma akademiczka – popierał go wcześniej.
Myślę zresztą, że kluczem do sukcesu Petera Magyara jest właśnie to, że się za mocno od Orbana nie różni. On bardzo skutecznie zidentyfikował rzeczy, które się Węgrom bardzo w retoryce i działaniach Orbana podobały i jeszcze skuteczniej te, które przestały im się podobać.
Nie wiem, w którym momencie Orban uwierzył, że „dbanie o interes narodowy” – który przełożył się na kurs wprost kolizyjny z Brukselą i który mógł się w obliczu oderwania brukselskiej technokracji od rzeczywistości faktycznie do pewnego momentu powszechnie na Węgrzech podobać – powinien automatycznie przełożyć się na romans z dilerem węglowodorów kopalnych ze Wschodu. I to w kraju, który wciąż doskonale pamięta krwawe stłumienie rewolucji węgierskiej przez Sowietów w 1956 roku.
Ale to tylko takie wrażenia laika, bo chciałabym potraktować wynik węgierskich wyborów jako pretekst do szerszej refleksji, która – oprócz Orbana – obejmuje też Donalda Trumpa a dotyczy w zasadzie całości polskiej prawicy.
Długo było dla mnie absolutnie zrozumiałe, dlaczego europejska międzynarodówka ugrupowań konserwatywnych chętnie się z Orbanem mizia. Ale – tak jak dla Węgrów – to dla mnie przestało być zrozumiałe, kiedy stało się absolutnie jasne, że Orban nie tyle „wstaje z kolan”, co już z nich wobec Brukseli wstał i tanecznym krokiem udał do stolika w przeciwległym kącie sali, przy którym siedzi już Łukaszenka i z którego powrotu nie ma. Chyba, że po wypiciu herbatki z polonem.
Słuchałam wczoraj audycji w radiowej Jedynce, w której bardzo w sumie przyjazny i przychylnie nastawiony dziennikarz dopytywał Macieja Wójcika, byłego wiceministra w rządzie PiS, o jego poparcie dla Orbana właśnie. Ta rozmowa poszła bardzo, bardzo źle – dla pana Wójcika. Oto okazało się, że zdjęcia z Orbanem to obecnie pewne obciążenie a wpisy deklarujące poparcie tym bardziej, i że ciężko się z tego wytłumaczyć.
I ja się zaczęłam zastanawiać: po co się w ogóle tłumaczyć? Po co te mętne wyjaśnienia, napastliwe sugestie, że dziennikarz się czepia? Po co robić z siebie i z ludzi idiotów?
Naprawdę tak trudno byłoby przyznać: podobała nam się podmiotowość, jaką względem Brukseli pokazywały Węgry, imponowało nam wysokie i trwałe poparcie, jakie miał w kraju, przegapiliśmy moment, w którym stracił kontakt z rzeczywistością i potrzebami wyborców, i w którym ta smutna prawda dotarła również do większości popierających wcześniej politykę Orbana Węgrów?
Serio, jasne odcięcie nie byłoby czystsze? Nie byłoby – przede wszystkim – bardziej uczciwe, również wobec samego Orbana, który na emeryturę się przecież jeszcze nie wybiera? Wobec własnych wyborców i ogólniej – polskiej opinii publicznej, która wie, że minister z rządu Victora wynosił informacje Ławrowowi a Kreml oferował mu pomoc w postaci zmontowania tzw. „false flag” operation?
Po co te opowieści dziwnej treści o tym, że Magyar to damski bokser, co psa ugotował w mikrofalówce padające z ust ludzi, którzy jeszcze niedawno bronili Nawrockiego przed zarzutami o sutenerstwo i kombinowanie przy tej nieszczęsnej kawalerce, jakby co najmniej chodziło o Mar-a-lago albo szczepionki Pfizera?
Jest to tym bardziej zastanawiająca i absolutnie bezsensowna strategia, kiedy wziąć pod uwagę ostatnie wydarzenia, w których głównym bohaterem jest prezydent Stanów Zjednoczonych. Co do niego też coraz trudniej mieć wątpliwości: on miewa doskonałe intuicje polityczne i nie sposób odmówić mu talentu (a wojnę z Iranem zacząłby w takich okolicznościach, jak rok 2026 również prezydent z nadania amerykańskich demokratów i trzeba urodzić się albo jutro, albo pod kamieniem, żeby tego nie rozumieć), ale we własnym, dobrze rozumianym interesie, należy zacząć przyjmować wobec niego postawę pewnej jednak ostrożności.
Jak katolikom w katolickim kraju, który kocha swojego papieża-Polaka chcecie tłumaczyć prezydenta, który porównuje się do Jezusa i wdaje w pyskówkę z papieżem, który jedyne, co robi to próbuje właściwie wykonać swoją papieską robotę?
Po co robić z ludzi idiotów i samemu wychodzić na idiotę? Nie lepiej mówić, jak jest? Zwłaszcza, kiedy wszyscy widzą?
Ja nie mam wątpliwości, że polska prawica ma ogromną szansę wrócić do władzy po rządach uśmiechniętej koalicji, w której straszą Giertych, ministra Kotula i Nowacka. W której co rusz wybucha jakaś paskudna afera obyczajowa, czasem również ze zwierzętami domowymi w roli głównej.
Trzeba się będzie bardzo postarać, aby tę szansę zmarnować. Opowiadając duby smalone o Magyarze jako damskim bokserze prawa strona polskiej sceny politycznej jest jednak na najlepszej drodze do realizacji tego przedsięwzięcia.
* tytuły pochodzą od redakcji M24






