Opowiem Wam historię, która wydarzyła się tu i teraz, w Polsce. I nie, to nie jest scenariusz do kabaretu. Chociaż w sumie… pasowałby idealnie, bo to co się dzieje, to już nie jest polityka. To jest jeden wielki, niesmaczny pasztet i… i po prostu regularne psucie prawa.
Chodzi oczywiście o tę całą szopkę z Trybunałem Konstytucyjnym. Ja wiem, dla zwykłego Kowalskiego ten cały Trybunał to coś odległego, coś, czego na co dzień nie widać i z czym raczej nie ma się styczności. Takie tam sobie ciało, o które politycy walczą jak o życie, chociaż połowa ludzi pewnie nie wie, po co i dlaczego. A przecież to jest sąd ostateczny! To tam się decyduje, co w tym kraju jest prawem, a co nie. Tak w skrócie, żeby każdy wiedział, o co ten dym.
I tak sobie patrzę na to, co się dzieje z Trybunałem Konstytucyjnym i mam jedno wrażenie ktoś wziął prawo i… rozjechał je czołgiem. Serio. To nie jest już naginanie. To jest psucie prawa w wersji hard.
Dla zwykłego Kowalskiego to wszystko jest gdzieś daleko. Jakby inna planeta. „Jakieś ślubowania, jakieś przepisy, jakieś formuły…” niby ważne, ale przecież jego to nie dotyczy. No to ja Wam powiem, dotyczy. Bo jak ten „ostateczny sąd” zaczyna działać na zasadzie „bo tak nam pasuje”, to nagle okazuje się, że wszystko może być interpretowane… jak się komu podoba.
A swoją drogą słucham prawników i włos się na głowie jeży. Jeden mówi: ślubowanie nieskuteczne, bo nie tak jak w ustawie. Drugi: spokojnie, zwyczaj to nie przepis. Trzeci: może i nieskuteczne, ale konsekwencje już są. I człowiek siedzi i myśli to w końcu to prawo jest czy go nie ma?
A dym jest taki, że profesor Piotrowski jak zaczyna mówić, co tam się wyprawia, to… to normalnie włos się na głowie jeży! Gość nie zostawia suchej nitki na tym „sejmowym ślubowaniu”. Mówi wprost: to jest nieskuteczne! Formuła z kosmosu, której w ustawie nie ma. A sędziowie? No cóż, zamiast stać na straży paragrafów, wzięli udział w jakimś dziwnym przedstawieniu bez udziału Prezydenta. Efekt? Według ekspertów sami sobie zamknęli drogę i de facto zrezygnowali z urzędu, zanim go na dobre objęli. No majstersztyk, nie ma co!
Bo wiecie, najgorsze jest to, że to już nie jest wina tylko jednej strony. Tu nie ma świętych. Jedni i drudzy łamią, naginają, interpretują. W zależności od tego, kiedy komu pasuje. Trochę jak dzieci w piaskownicy, tylko że zamiast łopatek mają ustawy.
I tak trwa ten festiwal niszczenia prawa. No cóż… rozpad podstaw państwowości. Mieliśmy naprawiać, a grzęźniemy coraz bardziej w bagnie, które ktoś nadal nazywa prawem.
Czasami naprawdę się zastanawiam, do czego ta nasza wojna polsko-polska doprowadzi. Mamy dwa plemiona, które okładają się pałami, krew leje się strumieniami, a trup ściele się gęsto. Każda ze stron krzyczy: „To ja mam rację! To mi się należy zwycięstwo!”. Druga oczywiście drze się dokładnie tak samo. Walka trwa, tylko… tylko czy oni w tym amoku nie zapomnieli już, o co w ogóle walczą? Czy to nie jest już tylko wojna dla samej wojny? Na Bliskim Wschodzie przynajmniej widać czasem jakieś mgliste światełko, że kiedyś ktoś usiądzie do stołu. A u nas? U nas wojna ma trwać. Bo tak chcą elity. Zero refleksji. Zero próby zatrzymania się. Tylko puste gesty i kolejne ruchy „na siłę”.
I wiecie, kto na końcu za to zapłaci? Nie politycy. Nie ci, co dziś krzyczą najgłośniej. Zwykli ludzie. Tacy jak my.
No to powiedzcie mi szczerze, czy my jeszcze mamy państwo prawa, czy już tylko …?
PS. Marzy mi się, jak w jakiś pięknym śnie, że wreszcie przyjdzie opamiętanie i … i usiądą do rozmów dogadają się … Niestety to tylko sen …






