Kiedy funkcjonariusze ICE zastrzelili 37-letniego mieszkańca Minneapolis, Alexa Prettiego, rozgorzała gorąca debata o zasadności użycia broni przez tamtejszych agentów. Jedni, zazwyczaj zwolennicy Demokratów (o poglądach zdecydowanie lewicowych), „wieszali psy” na ICE, inni – zwolennicy Republikanów (o poglądach konserwatywnych) wzięli w obronę stróżów prawa. Chciałem napisać, że w bieżącej walce politycznej pierwsza umiera prawda i logika, ale to przecież oczywisty truizm. Jestem zwolennikiem tezy, że lewica wzięła rozwód z logiką, a to oznacza tylko tyle – i aż tyle – że lewica musi zakwestionować obowiązujący system prawny, który opiera się na prostym łączeniu kropek. Czynność niby prosta, a jednak skomplikowana…
Lewicowi aktywiści błyskawicznie wyciągają wnioski, często sprzeczne z dostępnymi danymi, a każdy przypadek przemocy ze strony ICE staje się pretekstem do obalania „systemu” zamiast rzeczowej debaty nad tym, co się wydarzyło i dlaczego. Co więcej, lewica w wielu komentarzach nie ukrywa, że system prawny jest problemem samym w sobie, jeśli nie podziela ich politycznych oczekiwań. To równie przewrotne, co niebezpieczne: bo jeśli instytucje, które mają zapewniać porządek i sprawiedliwość, mają zostać oceniane wyłącznie pod kątem tego, czy pasują do lewicowej narracji, to oznacza tylko tyle, że lewica sama — paradoksalnie — odrzuca to, co rzekomo chce chronić: stabilny, przejrzysty i oparty na zasadach system prawny. I wtedy argument, że prawda i logika „umierają w pierwszej kolejności” w walce politycznej, okazuje się nie truizmem, lecz samospełniającą się przepowiednią — bo tam, gdzie emocje zastępują analizę faktów, polityczna nienawiść zwycięża zdrowy rozsądek.
Żeby obiektywnie ocenić to, co się wydarzyło w Minneapolis (z polskiej perspektywy), musimy przyjrzeć się innym, podobnym sytuacjom, w których amerykańska policja użyła broni palnej. Takich filmików w Internecie jest bez liku – zazwyczaj pochodzą z kamer umieszczonych w radiowozach lub są to kamery nasobne. Polecam. Bo te sytuacje nie mają kontekstu ideologicznego – pokazują, w jaki sposób reagują amerykańscy policjanci w sytuacjach zagrożenia, gdy istnieje – w ich ocenie – podejrzenie użycia broni przez obywatela. Przypomnijmy jeszcze, że w USA posiadanie broni palnej jest podstawową wolnością obywatelską, tak jak w Polsce prawo do posiadania psa lub stada kotów. Amerykańscy policjanci muszą ten fakt przyjąć do wiadomości i jest on ważnym elementem oceny ryzyka. Występuje jeden wspólny mianownik dotyczący bezpiecznego zachowania w obecności policjantów – wykonuj ich polecenia, nie rób gwałtownych ruchów, trzymaj ręce tak, by znajdowały się na widoku. Jeżeli o tym zapominasz – możesz stać się cięższy o kilka gramów ołowiu pomnożonych przez ilość wystrzelonych kul.
Logiczna puenta tej historii jest niewygodna, bo nie daje się łatwo wtłoczyć w moralne slogany. Jeśli bowiem przyjmiemy, że amerykańscy policjanci działają w realiach państwa, w którym broń palna jest powszechnie dostępna i konstytucyjnie chroniona, to musimy też przyjąć konsekwencje tego faktu. W takim systemie każda interwencja potencjalnie obarczona jest ryzykiem śmierci — nie zabarwionej politycznie, nie symbolicznej, lecz czysto fizycznej. To nie jest kwestia poglądów funkcjonariusza ani jego sympatii czy antypatii, tylko kalkulacji ryzyka wykonywanej w ułamkach sekund. Z polskiej perspektywy łatwo ferować wyroki, bo żyjemy w rzeczywistości, w której policjant niemal nigdy nie zakłada, że obywatel może mieć przy sobie broń. W USA to założenie jest dokładnie odwrotne.
Stąd też reguły zachowania — ręce na widoku, brak gwałtownych ruchów, bezwzględne wykonywanie poleceń — nie są przejawem policyjnego autorytaryzmu, lecz elementarną procedurą bezpieczeństwa. Procedurą, która obowiązuje wszystkich, niezależnie od koloru skóry, poglądów, tego czy obywatel pisze wiersze, czy ich nie pisze. Jeżeli więc ktoś chce uczciwie oceniać przypadki takie jak Minneapolis, powinien najpierw odpowiedzieć sobie na jedno podstawowe pytanie: czy krytykuje konkretne działania w konkretnych okolicznościach, czy sam system. Bo jeśli problemem jest sam fakt, że policjant reaguje jak policjant w kraju uzbrojonych obywateli, to nie jest to zarzut wobec funkcjonariuszy, lecz wobec modelu państwa. A ten model — niezależnie od emocji — rządzi się logiką, której nie da się unieważnić pokazaniem środkowego palca czy też okrzykami, które polski sąd uznał, że nie są już uznane za powszechnie obelżywe.
Podobnego traktowania ze strony służb bezpieczeństwa można doświadczyć również i w Polsce. Gdzie? Już śpieszę odpowiedzieć, ale ani NIE POLECAM, ani NIE ZACHĘCAM. A wręcz przeciwnie: GORĄCO ODRADZAM! Wystarczy na lotnisku albo w samolocie powiedzieć jedno (niewinne) magiczne słowo: BOMBA! Jak już dotrze drużyna interwencyjna, zalecam: trzymać ręce wysoko, odsunąć się od bagażu, wykonywać polecenia funkcjonariuszy oraz krzyczeć wniebogłosy: „JESTEM IDIOTĄ, MAM JAK NAJBARDZIEJ ŻÓŁTE PAPIERY”.
Puenta tego przykładu jest prosta: jeśli zachowujesz się jak zagrożenie, będziesz traktowany jak zagrożenie. Nie dlatego, że funkcjonariusz cię nie lubi, ma złe poglądy albo wstał lewą nogą z łóżka, lecz dlatego, że system bezpieczeństwa nie jest od oceniania intencji — jest reakcją na bodźce. Szybko, stanowczo i bez miejsca na interpretację. I tu właśnie rozbija się wiele emocjonalnych narracji. Ludzie chcą, by państwo było jednocześnie nieomylne, łagodne, elastyczne i reagowało z chirurgiczną precyzją — najlepiej dopiero wtedy, gdy na pewno dzieje się coś złego. Problem w tym, że w realnym świecie taka pewność pojawia się zwykle za późno. Dlatego procedury są 0/1, a konsekwencje — bolesne. W tym wypadku granicą jest procedura — zimna, bezduszna i ostateczna. Nieodwracalna.




