Jest taka choroba polskiej ideowej prawicy. Ja określam ją terminem wziętym z ust Jana Skrzetuskiego, wypowiedzianym w „Ogniem i mieczem”, jako „dziwne materii pomieszanie”. Aby zdefiniować ten problem należycie, najlepiej powołać się na przypadek chorobowy, który tym razem dotknął… Sławomira Mentzena.
Sławomir Mentzen, którego osobiście bardzo poważam, lubi prowadzić partię drogą łamania pewnych zastanych przyzwyczajeń politycznych, co – jak widać – podoba się wyborcom, gdyż Konfederacja stabilnie zyskuje coraz większe poparcie. Ostatnim oryginalnym pomysłem tej partii jest próba przygotowania programu w oparciu o udział czynnika społecznego. Pod nowocześnie brzmiącą nazwą „Projekt 2027” uruchomiono specjalny portal, na którym każdy może wpisać swoje propozycje programowe, a nawet aspirować do roli eksperta. Wyznaczono też ekspertów-moderatorów w poszczególnych dziedzinach, na które przedmiotowo podzielono program. I momentalnie zaroiło się od „dobrych pomysłów”.
Piszę „dobrych” z lekką nutką ironii, bowiem Internet odpowiedział natychmiast, a strona zapełniła się wszelkiej maści propozycjami zmian polskiej rzeczywistości, wśród których – obok masy pobożnych życzeń – czasami można doszukać się nawet rozsądnych inicjatyw legislacyjnych. I choć inicjatywa ta nie przewiduje cenzury, to dobrze, że wyznaczono jakichś ekspertów, którzy – jeśli dobrze rozumiem ich rolę – w pierwszej kolejności mają oddzielić ziarno od plew.
Już na tym etapie można jednak zauważyć owo „dziwne materii pomieszanie”, gdyż zastanawiające jest, co pobożne życzenia, czasami nawet rozsądne, mają wspólnego z budowaniem programu politycznego. Jako osoba mająca trochę doświadczenia politycznego wiem, że program partii to swego rodzaju konkretyzacja doktryny politycznej – czy, jak kto woli, deklaracji ideowej – wyznaczająca cele zmierzające do realizacji postulatów doktrynalnych, ich uzasadnienie, a czasami także sposób ich realizacji. Tymczasem nijak do programu politycznego nie można zaliczyć propozycji zmian przepisów odnoszących się do kazuistycznie przedstawionej sytuacji.
Można jeszcze zrozumieć politycznych amatorów, ale – by daleko nie szukać – zdarza się to również posłom, jak choćby posłowi Połuboczkowi, postulującemu „osobistą odpowiedzialność urzędników za bezprawne decyzje niszczące przedsiębiorców” (co do zasady istnieje już taka ustawa z 2011 r.). Po doczytaniu uzasadnienia postulat ten sprowadza się do zmiany przepisów w taki sposób, by owi urzędnicy ponosili osobistą odpowiedzialność majątkową wobec Skarbu Państwa (obecnie państwu przysługuje regres wobec urzędnika za wypłacone odszkodowanie).
Co innego prezes Mentzen. Jako profesjonalista i – skądinąd – ekspert na stronie „Projekt 2027” podniósł on „dziwne materii pomieszanie” na zdecydowanie wyższy poziom. Był bowiem łaskaw ogłosić w mediach społecznościowych swój pierwszy pomysł: „otwarty dostęp do KSeF podmiotów publicznych”. Zaproponował w skrócie, że skoro już musimy mieć ten KSeF – czy, jak ja go nazywam, KSyF – to przynajmniej niech obywatele w każdym czasie mają wgląd w faktury podmiotów publicznych, celem weryfikacji zakupów urzędniczych. Niby postulat „fajny”, w wyobraźni daje popalić urzędnikom, zwiększa transparentność działań władzy publicznej. Tylko jak on się ma do polityki samej partii?
Na kilka dni przed ogłoszeniem „Programu 2027” cała Konfederacja, jak jeden mąż, protestowała przed urzędami skarbowymi w całej Polsce pod hasłem #StopKSeF. Kilka dni temu – gdy w opinii publicznej szeroko rozeszły się już wieści nie tylko o porażce, jaką był start systemu (cóż, to już chyba tradycja każdej reformy w tej bananowej „dymokracji”), ale także o opiniach dotyczących niezgodności tego narzędzia inwigilacji podatników z podstawowymi zasadami konstytucyjnymi – Konfederacja protestowała ponownie, organizując nawet konferencję w Sejmie.
Skoro zatem oficjalną narracją programową partii pozostaje walka z KSyFem, to dlaczego jednocześnie prezes tej partii, występujący jako ekspert w ramach projektu budowania programu, w ogóle dopuszcza programowo (nie mylić z bieżącą polityką) możliwość istnienia tego szkodliwego rozwiązania?
Dziwne to materii pomieszanie. A może z prezesa Mentzena – żyjącego swoją firmą co najmniej w takim samym stopniu jak polityką (jest w końcu niezwykle dumny ze swojej firmy doradczej) – wychodzi stary, styropianowy doradca podatkowy, który podświadomie nie wyobraża sobie rzeczywistości nie tylko bez KSyFu i JPK, ale – co dopiero – bez VAT-u, którego likwidacja była niegdyś postulatem środowiska, z którego Konfederacja się wywodzi. Tym bardziej że pomysł dokręcenia podatnikom śruby KSyFem, niedokręconej jeszcze wystarczająco JPK-iem, nie jest nowy – pamięta najlepsze czasy Morawieckiego, który rękami niemal nikomu nieznanej z nazwiska pani minister finansów jeszcze go przygotowywał. Na ministra Domańskiego przypadła ta niewdzięczna rola wdrażania pomysłu nieswojego, lecz – z punktu widzenia rządu – opatrznościowego.
Dziwne zatem, że tak doświadczony doradca podatkowy jak prezes Mentzen nie wyczuł wcześniej, że coś niedobrego się święci. Ja przynajmniej nie pamiętam, by Konfederacja – zanim KSyF-owy nóż pojawił się na szyi podatników – nie tylko protestowała, ale choćby ostrzegała przed nadchodzącą katastrofą.
Przeraża mnie to o tyle, że zaczynam się obawiać, by i mnie nie złapał bakcyl przypadłości „dziwnego materii pomieszania”. Z pewnością Czytelnik czułby się znudzony wywodami starego, prawniczego styropianu…






