Przyznaję uczciwie i bez zbędnego bicia, że nie włączałem wczoraj telewizora, gdyż uznałem, iż własną decyzją ciśnienia nie będę sobie podnosił. Także nie widziałem paleosędziów, którzy składali przysięgę wobec sejmowych kolumn i tow. Czarzastego. Na kanwie tego oczywistego cyrku naszła mnie dojmująca myśl, że oto szary obywatel (taki jak ja) może mieć poważne problemy z połączeniem dwóch kropek. Otóż mamy do czynienia z taką oto sytuacją, że dwa zwalczające się obozy odżegnują stronę przeciwną od czci i wiary, a przy tym energicznie odgrażają się kułakiem. Ludzie to obserwują i – co oczywiste – rezonują, co, jak sądzę, jest na rękę demiurgom tych wydarzeń, którzy szatkują społeczeństwo na swoje polityczne sałatki.
Nie jest to zjawisko nowe, choć jego współczesna oprawa medialna nadaje mu tempo, niemalże prędkość światła. Dawniej tresura społeczna wymagała czasu, cierpliwości i pewnej delikatnej subtelności; dziś odbywa się w rytmie migających pasków informacyjnych, gdzie argument zastępuje slogan, a refleksję — odruch. Człowiek przyzwyczajany jest do reagowania, a nie do myślenia. Ma klaskać albo gwizdać, nigdy zaś zastanowić się nad zagadnieniem, kto ustawił scenę i napisał kwestie. Właśnie to ma być zakryte przed okiem obserwatora.
Tresura ma to do siebie, że przynosi skutki odwrotne do zamierzonych przez tresera — jeśli tylko ten uwierzy zbyt mocno we własną wszechmoc. Społeczeństwo można bowiem nauczyć powtarzania gestów, lecz nie da się na trwałe odebrać mu instynktu podejrzliwości. Gdy raz obywatel zauważy, że kolejne widowiska różnią się wyłącznie dekoracją, zaczyna wątpić nie tylko w aktorów, ale i w sam teatr. A wtedy rzecz robi się poważna.
Już nie raz byliśmy świadkami, gdy politycy odgrażali się swoim przeciwnikom, że jak tylko zdobędą władzę, to rozliczą wszystkie „zbrodnie” poprzedników, wypalą je rozgrzanym żelazem. A gdy już władza została zdobyta – następowała dziwna flauta wymiaru sprawiedliwości: sprawy cichły, zapowiedzi rozpływały się w proceduralnych mgłach, a obywatel uczył się, że groźba była jedynie elementem jakiejś inscenizacji. Z czasem przestaje więc wierzyć nie tylko w zapowiedzi, lecz także w samą możliwość rozstrzygnięcia czegokolwiek. A to już nie jest kwestia sympatii politycznych, lecz erozji państwa jako takiego — bo instytucje, którym się nie wierzy, istnieją jedynie na papierze – i tak właśnie wygląda państwo z kartonu i dykty.
Historia dostarcza tu przykładów aż nadto czytelnych. Wystarczy przypomnieć schyłkowe lata I Rzeczypospolitej (tej szlacheckiej), gdy instytucje państwa — sejm, trybunały, urzędy — trwały formalnie, lecz przestały budzić zaufanie. Liberum veto, które miało być narzędziem wolności, stało się instrumentem paraliżu; obywatel zaś, widząc, że decyzje zapadają nie w imię dobra wspólnego, lecz prywatnych interesów i obcych wpływów, odwracał się od państwa, zamykał się na swoim folwarku. Nie trzeba było wówczas wielkich armii, by Rzeczpospolitą pokonać — wystarczyło, że przestała ona istnieć w świadomości własnych obywateli, w interesie których przecież istniała!
Podobny mechanizm działa wszędzie tam, gdzie władza — każda władza — uznaje, iż społeczeństwo należy utrzymywać w stanie permanentnego pobudzenia. Dzielić, podsycać, przeciwstawiać. Owszem, krótkoterminowo daje to efekty: mobilizuje elektoraty, wzmacnia dyscyplinę sympatyków, pozwala rządzić przez emocje. Ale długofalowo podkopuje fundament, na którym opiera się każde państwo — przekonanie, że istnieje coś wspólnego ponad sporem.
Jeśli bowiem obywatel zaczyna podejrzewać, że instytucje są jedynie narzędziem w rękach jednej lub drugiej frakcji, przestaje je traktować poważnie. Trybunał nie jest już trybunałem, lecz „ich” lub „naszym” trybunałem. Państwo zaś staje się sceną, na której kolejne grupy próbują odegrać swój akt dominacji. A publiczność — zmęczona, rozdrażniona — powoli schodzi z widowni, tak jak ja wczoraj.
I wtedy pozostaje już tylko cisza. A cisza w polityce bywa groźniejsza niż najgłośniejszy spór. Ale jest jeszcze coś bardziej groźnego – w ową ciszę „wchodzą” różnej maści wariaci, którzy zaczynają wydawać dźwięki – powstaje nieznośna kakofonia, która zagłusza nie tylko rozsądek, lecz także elementarne poczucie wspólnoty. W takim zgiełku trudno już odróżnić rację od krzyku. Każdy dźwięk rości sobie pretensję do bycia jedynym słusznym tonem, choć w istocie jest jedynie częścią rozstrojonej orkiestry, w której już nikt nie pamięta partytury.
Doświadczenie uczy, że podobne chwile nie trwają wiecznie, lecz ich skutki bywają długotrwałe. Bo gdy państwo raz utraci powagę w oczach obywatela, odzyskuje ją z wielkim trudem i nie bez kosztów. A rachunek ten — jak to zwykle bywa — wystawiany jest nie tym, którzy dyrygowali hałasem, lecz tym, którzy chcieli jedynie spokojnie wysłuchać melodii.
I już na zakończenie pozwolę sobie przytoczyć słowa śp. prof. Bogusława Wolniewicza, który powiedział: „Określenia »demokracja liberalna« używa się tak, jakby przydawka »liberalna« była w nim nierozłączna, a powiedzenie »demokracja nieliberalna« wewnętrznie sprzeczne. Tymczasem są to dwie różne postaci demokracji. (…) Demokracja obywatelska to taka, w której zachodzi równowaga między interesem zbiorowym i interesem własnym (…). Demokracja liberalna to taka, w której duch obywatelski wygasł i pojęcie interesu zbiorowego stało się martwe: pozostały tylko interesy partykularne jednostek i grup (…). Demokracja oznacza, że prawo egzekwuje się ściśle, czyli surowo, co znowu odróżnia rygoryzm prawny demokraty od prawnego laksyzmu (przymykanie oka – przyp. autora) liberała”.
Nic dodać, nic ująć w kontekście wczorajszej komedii.






