Odszedł człowiek młody — a przecież już wpisany w tok spraw publicznych, które w Polsce nigdy nie są tylko sprawami dnia bieżącego. Łukasz Litewka należał do pokolenia, które nie pamięta dawnych przełomów, lecz musi mierzyć się z ich skutkami; które nie tworzyło fundamentów, ale na nich staje — czasem pewnie, czasem z wahaniem.
Rzeczpospolita ma to do siebie, że nieustannie splata w jedno to, co nowe, z tym, co dawne. I bywa, że najwięcej mówią o niej nie wielkie deklaracje, lecz drobne znaki. Gdy składał ślubowanie poselskie i dodał słowa „Tak mi dopomóż Bóg”, uczynił gest, który nie wymaga komentarza, a jednak go prowokuje. Była w nim nie tyle manifestacja, ile raczej echo ciągłości — tej samej, która przez pokolenia towarzyszyła ludziom biorącym odpowiedzialność za sprawy wspólne.
Nie oznacza to zgody ponad podziałami ani ich zanegowania. Spór jest bowiem naturalnym stanem życia publicznego — i bywa nawet jego siłą. Lecz są momenty, w których spór ustępuje miejsca refleksji nad samą istotą wspólnoty. W takich chwilach bardziej liczy się ton niż argument, pamięć niż racja.
W swoich wystąpieniach Łukasz Litewka powracał do spraw prostych, które jednak najtrudniej utrzymać w porządku publicznym: do godności człowieka, do odpowiedzialności za słabszych, do przekonania, że państwo istnieje nie tylko jako mechanizm, lecz także jako zobowiązanie. Mówił o tym bez patosu, raczej językiem codziennym, jakby świadomie unikając wielkich słów, które w polskiej historii zużywały się nieraz szybciej niż czyny.
Śmierć — zwłaszcza nagła — przerywa nie tylko życie jednostki, lecz także pewien ciąg możliwości. To, co mogło się wydarzyć, pozostaje już tylko domysłem. W tym sensie każda taka strata jest podwójna: dotyka tego, co było, i tego, co mogło nadejść.
Jak zauważał Paweł Jasienica, historia nie jest wyłącznie kroniką wielkich czynów, lecz także sumą losów ludzkich, często krótkich i niepozornych, a jednak wplecionych w większą całość. I może właśnie w tym należy szukać właściwej miary — nie w głośności sporów, lecz w trwałości śladu, jaki pozostaje.
Po Łukaszu Litewce pozostaje ślad dyskretny, lecz wyraźny: kilka słów wypowiedzianych w odpowiedniej chwili, kilka spraw podjętych z przekonaniem, że warto. A także cisza, która — jak zawsze — mówi najwięcej.
Żegna go dziś także ten, kto stoi po drugiej stronie sporu — konserwatysta, który nie podzielał jego wizji państwa, lecz uznaje wagę służby publicznej i powagę ludzkiego losu. Bo w obliczu majestatu śmierci różnice tracą swoją ostrość, a pozostaje wspólnota doświadczenia — krucha, lecz prawdziwa.






