Chodzi oczywiście o legalizację pobytu nielegalnych migrantów, których liczba może sięgnąć kilkuset tysięcy (!). Na mocy przepisów przyjętych w połowie kwietnia przez hiszpański rząd osoby o nieuregulowanym statusie mogą wystąpić o roczną (w przypadku nieletnich – pięcioletnią) legalizację pobytu na terytorium Hiszpanii. Dostaną oni prawo pobytu, opiekę zdrowotną i zawieszenie procedur deportacyjnych. W ten sposób hiszpańscy lewicowi fanatycy budują sobie nową bazę wyborców. „Polska nie może popełniać takich błędów!” – mówi europoseł Ewa Zajączkowska-Hernik.
Są kraje, które w dziejach Europy odegrały role tak doniosłe, iż każda ich decyzja — nawet najbardziej doraźna — zdaje się rzucać cień dłuższy niż przewidywali jej autorzy. Do takich należy bez wątpienia Hiszpania, gdzie granica między marzeniem a rzeczywistością bywała niekiedy osobliwie cienka. Don Kichot jest tego najlepszym przykładem. Nie pierwszy to raz, gdy polityka bierze na siebie rolę twórcy nowej rzeczywistości. Rzecz jednak w tym, że rzeczywistość — w przeciwieństwie do literatury — ma zwyczaj upominać się o rachunek. A rachunek ten bywa wystawiany nie w chwili entuzjazmu, lecz dopiero wtedy, gdy opadnie kurz decyzji podjętych w dobrej wierze lub w jeszcze lepszym interesie. Posunięcia władz hiszpańskich, zmierzające do szerokiej legalizacji pobytu ludzi dotąd funkcjonujących poza porządkiem prawnym, można rozpatrywać w różnych kategoriach. Jedni zobaczą w tym gest humanitarny, inni — próbę uporządkowania stanu faktycznego, jeszcze inni zaś dostrzegą w nim kalkulację bardziej przyziemną. Historia uczy nas, że wszystkie te motywy potrafią współistnieć, a ich proporcje rzadko bywają ujawniane publicznie.
Warto jednak zauważyć, że Europa jest organizmem powiązanym znacznie ściślej, niż chcieliby to przyznać entuzjaści suwerennych eksperymentów. Decyzja podjęta w Madrycie nie kończy swojego życia na Pirenejach. Prędzej czy później dociera — choćby echem — do sąsiadów, którzy zaczynają zadawać sobie pytania nie o intencje, lecz o konsekwencje. Niepokój, jaki daje się zauważyć we Francji. Zamknięcie granicy — nawet jeśli pozostaje na razie tylko postulatem — jest zawsze świadectwem nie tyle siły, ile obawy przed skutkami cudzych rozstrzygnięć. Można oczywiście powiedzieć, że każdy naród ma prawo do własnych błędów. Rzecz jednak w tym, że w zintegrowanej Europie błędy przestają być wyłącznie własne. Rozlewają się powoli, lecz nieubłaganie, przekraczając granice, które na mapach wciąż jeszcze istnieją.
Dlatego pytanie nie brzmi dziś, czy Hiszpania ma moralne prawo prowadzić taką politykę imigracyjną czy nie. Pytanie brzmi raczej: kto i kiedy zapłaci za jej skutki — oraz czy inne europejskie narody będą musiały płacić cudze rachunki. Historia rzadko udziela odpowiedzi pocieszających. Oriana Fallaci pisała: „… my, Włosi, nie jesteśmy w tej samej sytuacji co Amerykanie. Nie jesteśmy ich tyglem ras i narodów, ich mozaiką różnorodności posklejanych w całość wspólnym obywatelstwem (…) nasza tożsamość kulturowa jest dobrze określona od tysięcy lat, nie możemy znosić migracyjnej fali ludzi, którzy z nami nie mają nic wspólnego… Którzy nie są gotowi, by stać się takimi jak my, by asymilować się wśród nas jak lotaryńscy Habsburgowie z Toskanii czy Burbonowie z Neapolu”.
Słowa te — jakkolwiek dla wielu niewygodne — dotykają kwestii, którą współczesna Europa zdaje się omijać z rosnącą zręcznością. Problem nie polega bowiem wyłącznie na liczbach, procedurach czy paragrafach. Idzie o coś znacznie trudniejszego do uchwycenia: o zdolność wspólnoty do zachowania własnej ciągłości w obliczu zmian, które przekraczają tempo jej naturalnej adaptacji.
Dawne monarchie, przywoływane przez Fallaci, miały tę osobliwą właściwość, że obcy przybysze — nawet jeśli obejmowali władzę — musieli z czasem stać się częścią zastanego porządku (patrz dynastie Jagiellonów i Wazów). Proces ten bywał długotrwały, lecz miał kierunek: od przybysza ku wspólnocie, w której przyszło im żyć i dożyć. Dzisiejsza Europa zdaje się eksperymentować z kierunkiem odwrotnym — oczekując, że to wspólnota dostosuje się do przybysza.
Jeżeli zatem w Madrycie podejmuje się decyzje o znaczeniu wykraczającym poza granice państwa, należałoby przynajmniej jasno powiedzieć, kto weźmie odpowiedzialność za ich konsekwencje. W przeciwnym razie Europa znajdzie się w sytuacji dobrze znanej z kart dziejów: wspólnota losu okaże się wspólnotą problemów, lecz już niekoniecznie wspólnotą decyzji.
A to jest układ, który prędzej czy później rodzi napięcia — i to takie, których nie rozwiązuje ani dobra wola, ani retoryka – tylko brutalna siła, o której już kilka lat temu pisali francuscy generałowie, przestrzegając władze Republiki przed zbliżającą się wojną domową.






